<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630</id><updated>2011-10-12T11:07:00.939-07:00</updated><title type='text'>Inspirują mnie ludzie</title><subtitle type='html'>opowiadania Martowe</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>20</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-1139867846241220340</id><published>2009-08-04T11:23:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:24:40.200-07:00</updated><title type='text'>Szukam</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh817xa0QI/AAAAAAAAFHY/pePivtujPDg/s1600-h/10+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh817xa0QI/AAAAAAAAFHY/pePivtujPDg/s320/10+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366176222031827202" /&gt;&lt;/a&gt;Szukam swojego brata od dziesięciu lat. Mam dla niego coś bardzo ważnego. Nie mogę odpoczywać. Nie potrafię zająć się własnym życiem, pracą, przyjaciółmi. Moja głowa przepełniona jest myślami o bracie. Przemierzam wiele kilometrów dziennie niosąc paczkę dla brata. Nie zatrzymuję się nigdzie dłużej niż na jedną noc. Śpię u dobrych ludzi w pokojach gościnnych, w tanich hotelach. Często bywa, że na świeżym powietrzu, pod drzewem, na ławce. Nie dbam o to. Muszę jedynie zregenerować siły by wyruszyć w dalszą podróż. Pieszo, autostopem, pociągiem, przepływając rzeki, przemierzając lasy. Wspinam się po stromych górach, moje stopy zapadają się w miękkim piasku, dudnią o bruk, włosy myje deszcz, czesze je wiatr. Lepki brud miasta osadza się na mojej skórze. Zostawiam ślady na śniegu, zostawiam ślady na błotnistej ścieżce. Przeskakuję strumyki, ostrożnie przechodzę przez ruchliwe ulice.&lt;br /&gt;Teraz. Stoję na kupie ubitego piachu. Dookoła gruz, żwir, fragmenty rusztowania. Koleiny pozostawione przez koparki. Nazywam takie miejsca zniszczoną ziemią. Roślinom trudno jest przebić się przez uklepane podłoże. Nie ma tu drzew. Ich korzenie nie rozbiją zbitej masy. Słońce pali drobne trawki, które jakimś cudem tu wykiełkowały. Betonowych brył i powyginanych prętów nie usunie burza. Dalej, przede mną jest miasto. Kolejne na mojej drodze. Nad budynkami unosi się szare powietrze.&lt;br /&gt;Zejście do miasta będzie próbą sił. Czuję to w opuszkach palców. Pocieram kciuki o palce wskazujące, aby pozbyć się mrowienia. Nie pomaga. Wiedzy nie da się stłumić.&lt;br /&gt;Robię krok na przód. Szuranie butów o piaszczystą powierzchnię. Szelest wiatru muskający uszy. Zapach degeneracji. Wnikam w ciężką atmosferę metropolii. Każdy krok przybliża mnie w stronę pułapki. Ludzie? Wściekłe psy? Zawalające się budynki? Z czyjej strony mam spodziewać się niebezpieczeństwa? Idę. Oczyszczam umysł z obaw. Skupiam się na oddechu. Cokolwiek złego mnie tu spotka przybliży mnie w jakiś sposób do brata. Kogokolwiek spotkam, spytam, czyje oczy poznam - wszystko to będzie wskazówkami. Wszystko to mi pomoże.&lt;br /&gt;Mijam domki z działkami. Ogródki są ogrodzone konstrukcjami z patyków i zardzewiałych rur. Wszystko to powiązane jest sznurkami, drutami, kablami. Na ogrodzonej ziemi nic nie rośnie. Między grządkami wetknięte są badyle z zawieszonymi pustymi butelkami. Plastikowe butelki poruszane wiatrem mają odstraszać ptaki. Ale ptaki dobrze wiedzą, że tu nie mam nic do jedzenia.&lt;br /&gt;Dalej zaczynają się betonowe bloki. Nie ma już działek. Ludzie, których mijam spoglądają na mnie. W ich oczach jest strach i nienawiść. Tak, nie mieszkam tu. To jest dla nich wystarczający powód by mną gardzić. Niektórzy przystają, charczą i plują na chodnik. Kobiety krzywią twarze, na których szminką wypisały sobie „zerżnij mnie”. Ich dzieci otwierają usta, ślina cieknie im po brodzie. Wracają na obiad szybkim krokiem. Zaraz skryją się w betonowych budowlach i będą jeść trupa. Opowiedzą jaki to bandyta przyszedł do ich miasta. Czy to nie jest czasem tak, że ludzie sami tworzą przestępców? Przecież jeszcze nic złego nie zrobiłem.&lt;br /&gt;- Takich powinni zamykać – mówi starucha po drugiej stronie chodnika. Niby do siebie, niby do innych przechodniów. Starucha ma nerwowy tik. Porusza ustami jakby ciągle coś przeżuwała. Ma wygolone brwi. Zamiast nich narysowała sobie kredką idealne łuki. Za to pod nosem ma wąsy. Patrzy na mnie załzawionymi oczami. Idę dalej. W głąb. Czy nie lepiej było ominąć to miasto? Oczywiście, że nie. Jestem spragniony nowych doświadczeń.&lt;br /&gt;Osiedle wreszcie się kończy. Docieram do asfaltowej ulicy. Przemierzają ją ludzie z wozami, końmi, z wózkami wypełnionymi warzywami. To chyba kupcy. Idą do centrum miasta, żeby sprzedać swój towar. Jestem głodny. Muszę coś zjeść, inaczej zasłabnę. I tak nie ma tu czym oddychać. Może potem nie będzie nic do jedzenia? Podchodzę do mężczyzny w wózkiem. Wiezie pomidory, ogórki i kukurydzę.&lt;br /&gt;- Ile za warzywa? – pytam.&lt;br /&gt;Kupiec wytrzeszcza oczy. Patrzy na mnie przez kilka chwil.&lt;br /&gt;- Nie chcę nic od ciebie. Weź co chcesz i odejdź ode mnie.&lt;br /&gt;Zdejmuję z szyi chustę. Pakuję w nią tyle warzyw ile się zmieści. Nie odzywam się już więcej do handlarza. Przyspieszam, aby zostawić go w tyle.&lt;br /&gt;Teraz idę chrupiąc ogórki. Pyszne. Pewnie przywiezione z daleka, skoro tu nic nie rośnie.&lt;br /&gt;Miastowi nie lubią obcych. A może nie lubią tylko mnie?&lt;br /&gt;Takie ciągłe potępianie musi być męczące. Trzeba wciąż pamiętać jaką pozę się przyjęło. Pod tym względem bycie potępianym jest o wiele łatwiejsze. Moi drodzy, ja niestety mam dla was tylko miłość. Możecie wziąć ode mnie tyle ile chcecie. Ja zawsze i tak dostanę więcej. Mam jej tyle ile potrzebuję.&lt;br /&gt;Teraz droga jest asfaltowa. Po obu stronach budynki, bary, sklepy z narzędziami, ubraniami, fryzjer. Jest większy ruch. Wozy mieszają się z autami. Kierowcy trąbią na powolnych tragarzy.&lt;br /&gt;Skręcam w uliczkę. Dociera tu mało światła. Wchodzę do pierwszego napotkanego baru.&lt;br /&gt;Śmierdzi tu papierosami i męskim potem. Przy stolikach siedzą klienci. Za ladą gruby, zarośnięty barman.&lt;br /&gt;Od stolika wstaje kobieta. Podchodzi do mnie.&lt;br /&gt;- Mój drogi, masz takie brzydkie cienie pod oczami - mówi. - Chodź ze mną. Może coś na to poradzę.&lt;br /&gt;- Jesteś za bardzo pewna siebie. Ale może właśnie kogoś takiego potrzebuję.&lt;br /&gt;- Na pewno.&lt;br /&gt;Bierze mnie za rękę i wyprowadza z budynku. Nie trzyma mojej dłoni jak dziecko, nie trzyma jej jak kobieta. W sposób stanowczy, ale nie nerwowy prowadzi mnie na przód. Zdecydowany, lekki krok. Bez bagażu i potknięć. Można się zakochać. Ta wspaniała pewność, że można się zakochać.&lt;br /&gt;Wychodzimy z miasta. Oddalamy się. Tutaj jest pustynia. Pył i piach. Drżące powietrze. Żar. Lubię twoją białą sukienkę. Lubię twoje ciało i usta. Jak szron, jak iskry.&lt;br /&gt;Jestem niczym, już mnie nie ma.&lt;br /&gt;Zrobię to dla ciebie. Moja perło. Mój smutku. Będziemy razem. Owiniemy się bawełną. Owiniemy się wiatrem. Zasypie nas piach, spali nas słońce. Będziesz drżeć, krzyczeć, szamotać się i pomyślisz, że to będzie trwać wieczność. Tak rzeczywiście będzie.&lt;br /&gt;Twoje mięśnie, twoje wnętrze, twoja dłoń, twój uścisk, oddech, barwa skóry.&lt;br /&gt;Kocham cię, Jezu. Kocham się z Jezusem. Ten wstyd jest ci zupełnie nie potrzebny. Bo ty nie masz żadnych grzechów. Jesteś czysta jak powietrze uwięzione w bursztynie.&lt;br /&gt;Chcę płakać, ale nie mogę. Chcę wziąć głębszy oddech. Podnieść się z piasku. Lecz ciało jest zbyt ciężkie. Zasypiam i budzę się co chwilę. Nic nie widzę. Jest tylko słońce. Jej już nie ma. Odeszła, uciekła? Ktoś ją porwał? Zamęt, zmęczenie. Jeszcze czuję jej pocałunki na twarzy. Przed chwilą tu była. Mam jej zapach na dłoniach.&lt;br /&gt;Jest coś nie tak. Źle źle źle. Nie mogę leżeć tak długo na słońcu. Dostanę udaru. Muszę się napić. Dużo wypić. Chłodnej wody, zanurzyć się w czystym źródle. Gdzie? Gdzie? Muszę iść. Podnoszę się na łokciach. Opadam. Policzek dotyka piachu. Piasek jest miękki, kuszący. Słyszę czyjeś kroki. To zwierzę. Idzie w moim kierunku. Nie spieszy się. Staje nade mną. Przy mojej twarzy zatrzymują się kopyta.&lt;br /&gt;- Wróciłam.&lt;br /&gt;Spoglądam do góry. Mrużę oczy. Nie mogę dojrzeć twojej twarzy. Słońce za twoimi plecami oślepia mnie. Jesteś tylko konturem. Potężnym i wysokim. Chcę się odezwać, ale usta mam wypełnione jakąś substancją. Chcę je opróżnić. Wypluć.&lt;br /&gt;- Zostaw. Dałam ci to.&lt;br /&gt;Obchodzisz mnie dookoła. Słońce oświetla twoją postać. Widzę, czym się stałaś. Końskie ciało z kobiecym tułowiem. Przy lewej piersi masz ranę. Przy każdym kroku wylewa się z niej krew. Umierasz? Nie wyglądasz na słabą. Jesteś rzeźbą. Jesteś jak z kamienia. Krew kapie mi na twarz. Twoja krew. Ma smak. Jakiś. Nie. Wiem. Moje usta są tak wyschnięte, mój język nie odczuwa. już. krew kapie mi na oczy. tak głośno, nagle staje się tak głośno. czuję ten zapach. ten ostry zapach. końskiej sierści. jesteś absolutem i śmiercią. tak bardzo cię kocham teraz. dałaś mi to? prawda? dałaś mi to? ty głupia. jesteś tak przerażająco głupia. chcę krzyczeć. nie odchodź jeszcze. weź mnie ze sobą. jestem słaby, ale dla ciebie stanę się silny. będę cię gonił, zbuduję sobie skrzydła, umyję cię, to wszystko się zagoi, nie idź, bądź, bądź, bądź. cały czas. moim posągiem, czymś stałym. bądź moją świątynią. przepełnij mnie. jestem taki pusty, że aż nie mogę krwawić, nie mogę płakać. zostań zostań zostać. co ty sobie zrobiłaś? co ty sobie zrobiłaś…&lt;br /&gt;Ruszasz przed siebie. Galopem. Zostawiasz na piasku krwawy ślad. Nawet się nie oglądasz. Moja twarz jest rozpalona. Świat przybiera czerwoną barwę. Podnoszę dłoń do ust. Jest ciężka. Rozchylam z wysiłkiem wargi. Wyjmuję dwoma palcami to co zapycha mi przełyk. To kryształ. Czerwony kryształ wielkości dorodnej śliwki. Połyskuje w świetle karmazynowego słońca. Nie nie nie. Dlaczego! Nie chciałem tego! Wcale tego nie chciałem. Kryształ mięknie. Zmienia się w kawałek mięsa. Ten kawałek mięsa to twoje serce. Jesteś okrutna, jesteś wspaniała. Nieuchwytna, zła. Nie masz uczuć. Masz zbyt wiele uczuć. Chcę umrzeć. Teraz uciekasz. Uciekaj, uciekaj. Nie chcę cię znać, nie chcę cię czuć. Chcę cię mieć. Tak na własność. Trzymać cię w dłoniach. Spać z tobą. Ale tak nie będzie. Nie. Ściskam serce w dłoni. Wypływa z niego ciepła krew. Parzy mnie. Wspaniałe. To takie wspaniałe, że zadajesz mi ból. Chociaż już ciebie nie ma, mogę do ciebie coś czuć. Chcę tak dużo.&lt;br /&gt;Smaruję twoją krwią twarz i pierś. Wreszcie mogę krzyczeć. Mój głos niesie się po pustkowiu. Mój krzyk nie ma końca. Jest mocny i wciąż we mnie narasta. Jakby można było wykrzyczeć cały swój ból i bezradność. Moje wnętrze rozrywają emocje. Nie umiem ich kontrolować, nie umiem zatrzymać. Coś w środku, coś w głowie, niepokój, chaos, wrzask. Odpływam daleko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Leżę. Drewniana podłoga. Hałas. Promienie słońca przedzierające się przez materiał. Jestem na wozie. Droga jest wyboista. Co chwila moje bezwładne ciało podskakuje. Przy mnie siedzi mężczyzna w wełnianej kurtce. Twarz ma owiniętą szmatą. Widać tylko oczy. Na głowie duży, zakurzony kapelusz.&lt;br /&gt;- Otruto cię.&lt;br /&gt;Chcę spytać co się dzieje i kim jest nieznajomy, ale mojego głosu nie ma.&lt;br /&gt;- Nawet nie próbuj mówić - obcy kładzie mi na ustach rękę w skórzanej rękawicy. Pachnie czymś dobrym. Wspomnieniem.&lt;br /&gt;- Wiem kogo szukasz. Chyba go znam. Ale nie jestem pewien czy on jest twoim prawdziwym celem. Dlatego nie chce mi się tobie pomagać. Noc powinna to rozstrzygnąć. A teraz śpij. Śpij i śnij.&lt;br /&gt;Obcy zakrywa moje oczy dłońmi. Zapach jego rękawic natychmiast mnie usypia.&lt;br /&gt; Dobrze. Jest mi tak dobrze. Śnię…&lt;br /&gt;Anabel jest kobietą, która nigdy nie dorośnie. Wygląda na dwanaście lat. Jest moją żoną. Umie powozić, zajmować się końmi i całym gospodarstwem. Ubiera się w dziecięce sukienki, wiąże włosy w warkocze. Nigdy nie będziemy mieć dzieci. Inni nam współczują, ale dla nas nie ma to znaczenia. Nasze dzieci to każdy dzień, każdy pocałunek złożony na jej brzuchu i niedojrzałej piersi.&lt;br /&gt;Anabel ma delikatne rysy, duże oczy i różowe rumieńce. Anabel jest moim płomieniem. Anabel myje mnie, gdy wracam z podróży. Siedzę wtedy w drewnianej balii. Ona dokładnie szoruje moje plecy, rozczesuje włosy, masuje moje stopy, opatruje odciski. Anabal zawsze na mnie czeka. Anabel karmi mnie swoim plackiem z porzeczkami. Poi mnie mlekiem, które wypływa ze jej pochwy.&lt;br /&gt;Wie, że zawsze wrócę. Wie, że moje ciało należy do niej. Nawet wtedy gdy jestem daleko i śpię z innymi kobietami. Anabel próbuje mnie i ociera pot z mojego czoła. Pożąda jej wielu mężczyzn. Chcą podziwiać jej dziecięce ciało. Chcą dzięki niej poczuć nieskażoną młodość. Zapach Anabel przyciąga psy i wędrujących mnichów.&lt;br /&gt;Anabel nie musi się myć. Zlizuję z niej zmęczenie, każdą troskę. Biorę ją na ręce i mocno przytulam. Rozbieram ją i kochamy się. Gdy siada na mnie to zupełnie tak, jakby przysiadał motyl. Chwyta się mojego ciała i z całych sił na mnie napiera. Mała Anabel krzyczy z rozkoszy. Jej krzyk jest jak pierwsze westchnienie wiosny po mroźnej zimie. To czysta siła dzięki, której kiełki budzą się do życia, pęka lód, rozwiewają się chmury. &lt;br /&gt;Przyrzekam, że nigdy nie sprawię ci bólu, nigdy nie będziesz przeze mnie płakać, będę zawsze gdy będziesz mnie potrzebować. Przyrzekam, że będę potrafił cię uszczęśliwić, dać ci to czego potrzebujesz. Osłonię cię przed piachem, burzą i złymi ludzkimi spojrzeniami.&lt;br /&gt;Sprowadzę dla ciebie każde zwierzę, jakie będziesz chciała hodować. Przyprowadzę ci każdego mężczyznę, z którym będziesz chciała się kochać. Przyprowadzę ci każdą kobietę, z którą będziesz chciała się kochać. Dam ci swój czas, swoje myśli. Nadepnę na cierń, abyś ty mogła bezpiecznie przejść po mojej stopie. Nie będę zazdrosny, pójdziesz tam gdzie chcesz i kiedy chcesz. Jeśli będziesz chora wyleczę cię, jeśli będziesz czuła ból zamienię go w przyjemność. Jeśli będziesz płakać, będę płakał razem z tobą. Nie umrę przed tobą, nie dam się zabić, nie dam zabić ciebie.&lt;br /&gt;Teraz mała Anabel:&lt;br /&gt;On jest spełnieniem. Ja jestem marzeniem. On jest pragnieniem. Ja jestem źródłem. On wie kim jestem. Ja wiem kim jest on.&lt;br /&gt;Spotkaliśmy się gdy jeszcze się nie urodziłam. Zachciało mi się urodzić, poczuć jak to jest stąpać po twardej ziemi. Albo płynąć w zimnej wodzie.&lt;br /&gt;Znalazł mnie w lesie. Spałam na gałęzi w kokonie. Zjedliśmy razem włókna, którymi byłam owinięta. Poszliśmy razem trzymając się za ręce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budzę się. Stoją nade mną. Leżę na ziemi. Zachodzi słońce. Jest coraz mniej ciepła. Wieje wiatr. Stoją obok siebie. Nie dotykają się. Ale tak naprawdę są jednym. Wpatrują się we mnie. Obserwują, zastanawiają się.&lt;br /&gt;- Nie zostawiajcie mnie...&lt;br /&gt;- Jeśli zabierzemy cię ze sobą, nigdy nie odnajdziesz swojego brata - mówi mężczyzna w kapeluszu.&lt;br /&gt;- Nie chcę cierpieć...&lt;br /&gt;Czuję się bezradnie. Jestem pewien tylko jednego. Nie chcę zostawać tu na noc. Chcę ciepła.&lt;br /&gt;- Myślę, że chcesz cierpieć. Może jeśli cię tu zostawimy zrozumiesz, że nie warto.&lt;br /&gt;W moich oczach stają łzy. Płyną po policzkach. Nie mogę tu zostać! Nie mogę! Bo stanie się coś złego.&lt;br /&gt;- A może... - odzywa się Anabel. Martwi się. Marszczy brwi.&lt;br /&gt;- Nie, nie... Anabel, chodźmy już.&lt;br /&gt;Poszli. Nie patrzę za nimi. Słucham ich cichnących kroków. Wsiadają do wozu. Odjeżdżają. Wpatruję się w ciemniejące niebo. Łzy nie przestają płynąć. Mieszają się z katarem i brudem na mojej twarzy. Oram palcami ziemię, wrzeszczę, szarpię włosy. Przygryzam wargę. Coś ciepłego... Czy to krew? Zalewa mnie rozpacz. Jestem sam. Sam, sam. Oszaleję tu z samotności. Już nie chcę szukać. Już nie mam siły. Płaczę. Płaczę tak długo, aż braknie łez. Teraz już tylko łkam i jęczę. Boli mnie twarz, oczy mam zapuchnięte, palce poranione, paznokcie połamane. Kulę się na ziemi, zimno kąsa.&lt;br /&gt;- Już jestem.&lt;br /&gt;Dotykają mnie ciepłe dłonie. Wraz z nimi nadchodzi fala spokoju. Małe dłonie.&lt;br /&gt;- Twój brat umarł. Musisz znaleźć sobie inny cel.&lt;br /&gt;Anabel wyciera moją twarz chustką. Moja głowa spoczywa na jej udach. Głaszcze moje włosy. Czuję zapach Anabel. Ten, który przyciąga podróżników, głodne psy i samotnych.&lt;br /&gt;Ja też bym chciał. Bo brakuje mi siły. Chcę coś od niej dostać. Ona jest taka niewinna, taka piękna. W jej żyłach krąży czyste dobro.&lt;br /&gt;- Nie zranisz mnie. Jego też nie.&lt;br /&gt;Podwijam jej spódnicę. Odsłaniam nogi okryte halką. Z pomiędzy jej nóg wypływa strumień ciepłej cieczy. Jest słodka. Więc piję. Piję i piję i piję. Czy dostanę tyle ile mi potrzeba?&lt;br /&gt;- Tak, tak... - odzywa się i głaszcze mnie po głowie. Zachęca. Oddaje.&lt;br /&gt;Świat bez trosk, gniewu, agresji, smutku. Takiego świata właśnie doświadczam. Bez cierni i gwoździ. Wszystko jest miękkie, pachnie konwaliami, zaprasza, przyjmuje. W tym świecie chodzi się po chmurach, jest się lekkim, nie trzeba jeść, nie trzeba spać. Tylko pić, pić, jeszcze trochę wypić...&lt;br /&gt;Jeszcze nie, jeszcze nie teraz. Matko, która dajesz, karmisz, nieskończona, nigdy nie odmawiająca, opiekunka, twój uśmiech budzi w każdym miłość, twój dotyk leczy, twoje płyny odżywiają. Jeszcze przez chwilę.&lt;br /&gt;- Będę, będę, nie przejmuj się - mówi. - Nie przejmuj się synku.&lt;br /&gt;Głaszcze mnie, tak wspaniale, głaszcze mnie, niech nie przestaje. Tak bardzo mi jej brakowało. Tęskniłem. Dobrze, że możemy spędzić trochę czasu razem. Już dociera do mnie, że niedługo będę musiał odejść. Nie, nie, jeszcze nie teraz. Tak dużo mi potrzeba...&lt;br /&gt;- We właściwym momencie odejdziesz. Teraz nie musisz o tym myśleć. O niczym nie musisz myśleć.&lt;br /&gt;/nie myśli/nad nimi księżyc, ciemne niebo, na lewo, na prawo: przestrzeń, pod kolanami ziemia, ziemia skropiona napojem rozgrzewa się, zaczyna pulsować, porasta miękkim mchem, zakwitają drobne, białe kwiatki, odurzają swoją wonią, czas płynie, ale oni tego nie czują. być może czas się cofa. być może staje w miejscu. być może oni są, być może ich nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano Anabel już nie ma. Lecz jest dobrze.&lt;br /&gt;Może w końcu utracę wiarę i będę wolny? Uwierzę, że on umarł? Potknę się, spadnę w przepaść. Moja czaszka rozbije się na skale, krew wyschnie na słońcu. Ptaki wydziobią gałki oczne. Tfu! Jeszcze idę! Nogi mnie niosą. Na ramieniu tobołek z podarkiem dla brata. W głowie zamieszanie, ale oczy spoglądają w dal. Wyznaczają trasę, którą podążę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-1139867846241220340?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/1139867846241220340/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/szukam.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1139867846241220340'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1139867846241220340'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/szukam.html' title='Szukam'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh817xa0QI/AAAAAAAAFHY/pePivtujPDg/s72-c/10+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-3816250991977210744</id><published>2009-08-04T11:22:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:23:51.425-07:00</updated><title type='text'>Oni</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8rWHISII/AAAAAAAAFHQ/UqloK7HUP1E/s1600-h/08+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8rWHISII/AAAAAAAAFHQ/UqloK7HUP1E/s320/08+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366176040123648130" /&gt;&lt;/a&gt;Ona:&lt;br /&gt;Przynajmniej nie narzekam na pogodę. Do mojego pokoju wchodzą ludzie, z kubkiem herbaty w dłoniach, zerkają przez okno i jęczą. Że zima, deszcz, śnieg, wiatr. Albo odwrotnie, że gorąco i duszno. Potem sobie idą. Pochylam się nad klawiaturą. Wracam do swoich spraw. Przecież w pokoju jest ciepło. A zachmurzone niebo nie gryzie, nie wyjada jedzenia z lodówki. Jest bezpiecznie.&lt;br /&gt;Siedzę w tym biurze i zupełnie nie umiem tych rzeczy, które mi dają do zrobienia. Jak ja tu daję radę? Chciałabym się schować do tej szafki z detergentami, których używa sprzątaczka. Wyścieliłabym sobie w środku papierowymi wiórami z niszczarki. Byłoby ciepło i miękko. I ciemno.&lt;br /&gt;Zjem pasztecika z kapustą i grzybami, aby odwrócić swoją uwagę od rozmyślań. Lecz na krótko.&lt;br /&gt;Niech nikt tu nie wchodzi. Zabarykaduję się!&lt;br /&gt;Jednak dostałam coś do zrobienia. Tabelki leżą na biurku. Co to jest do cholery? Jak to się robi? Za dużo tych cyferek.&lt;br /&gt;Po pracy idę do domu. Ładna pogoda. Zimno, ale kałuże już wyschły. Czego ci ludzie chcą? Ciągle im coś nie pasuje. Jak można tak codziennie narzekać na coś, na co nie ma się wpływu? Niech się przeprowadzą do Hiszpanii. Wiatr dobrze robi mi na głowę, wilgoć na cerę, a deszcz na samopoczucie. Jest świetnie.&lt;br /&gt;W domu ogryzam suche bułki. Bardzo lubię czerstwe pieczywo. A suche bułki tak fajnie chrupią. Chrup chrup. Tylko trochę się kruszy. Trzeba poślinić palec i pozbierać okruszki. Bardzo dobre.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;On:&lt;br /&gt;Posiedzę jeszcze trochę. Dużo do zrobienia. Dużo. Za oknem już ciemno. Ale jeszcze ruch. Po kolacji. Przynajmniej ciało nie będzie się buntować. Komfortowe warunki do pracy. Plecy jeszcze nie bolą. Dam radę. Dam radę zrobić więcej.&lt;br /&gt;Ludzie, którzy otaczają mnie na co dzień też są tylko częścią mojej pracy. Ciekawe co jest częścią mojego życia? Aha, praca jest częścią życia? Jakoś to do mnie nie przemawia.&lt;br /&gt;Rozprostowuję ramiona. Wyciągam je do góry. Splatam palce. Nie, to nie zmęczenie. Po prostu dużo siedzenia, niedotlenienie.&lt;br /&gt;Może praca to życie, a są jeszcze inne życia w życiu. Brzmi bez sensu. Życie intymne. Może o to mi chodzi? Zawieruszone. Już chyba się nie upomina. Przekształciło się w pancerz chroniący przed zbliżeniem.&lt;br /&gt;Kawa. Jeszcze jedna? Na noc? Nie dobrze. To może herbata. Nie, nie pójdę sam do tej zimnej kuchni. Nie znoszę tych rozmów z czajnikiem. Tylko on ma odwagę odezwać się do mnie. Mówi tak cichutko, szepcze. Na szczęście zawsze można wyłączyć gaz i przestaje konwersować gdy zanadto się rozgada. Co innego z ludźmi.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; Ona:&lt;br /&gt;Może coś zjem? A może poczekam. Lepiej zjem. Jak wyjdę głodna nie będę miała siły rozmawiać. Rozboli mnie głowa i nie będę mogła wrócić.&lt;br /&gt;Kroję chleb. Smaruję dżemem. Bez masła. Zjadam.&lt;br /&gt;Jedzenie jest dobre. Daje energię i poczucie przynależności do realnego świata. Zawsze gdy za bardzo odlatuję przestaję jeść.&lt;br /&gt;Do tego jeszcze ciepła herbata. Wlewam w siebie ciepło. Żeby mnie ogrzać trzeba całego morza ciepłej herbaty. Zadowalam się jednym kubkiem.&lt;br /&gt;Dobrze. Mogę już iść.&lt;br /&gt;Zaraz, chwileczkę! Czy wszystko wzięłam? Zaglądam do torby. Klucze, bilet, lusterko, notes, długopis, okulary…&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;On: To czego nie wykorzystuję przekształca się w wypaczone formy. A ja przekształcam się w wypaczonego człowieka. Haha. Nienawidzę takiego pustego śmiechu. Jest gorszy od braku łez gdy chce się rozpaczać. Ech... Ciężkich westchnień też nienawidzę.&lt;br /&gt;Zbliża się ta godzina. Umówiłem się dziś na spotkanie. Spotkanie z nieznajomą. Właściwie to głupie. Wszyscy ludzie są dla mnie nieznajomi. Nawet tych, których już spotkałem kilkakrotnie – nie znam. Myślenie w ten sposób rozwiązuje problem obawy przed pierwszym spotkaniem. Obawiać należy się zawsze.&lt;br /&gt;Spoglądam na zegarek w komórce. Już pora. Wychodzę.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Ona: Wcale nie jestem beznadziejna. Wcale nie jestem żałosna. Nie mam się z kim spotkać, dlatego zdecydowałam się na randkę z nieznajomym. Jak się czegoś chce to trzeba o to zawalczyć. Randka? Ja nigdy nie chodzę na randki. To raczej spotkanie. Spotkanie brzmi bezpieczniej. Jak nikt cię nie chce zaprosić to trzeba zaprosić się samodzielnie. Jestem beznadziejna... Jestem żałosna...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On: Jaka ona będzie? Pewnie porozmawiamy, rozstaniemy się i już nigdy więcej się nie spotkamy. Grzeczna wymiana zdań, grzeczne uśmiechy, niezbyt długie spojrzenia. Mój umysł i ciało zalewa fala znużenia. Po co? Przecież chciałem. Ale czego chciałem? Wyjść z domu, spotkać się, porozmawiać, wypić kawę w czyimś towarzystwie, nie być sam, poznać kobietę? Nie wiem. Pogubiłem się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ona: Stolik numer jeden, stolik numer dziesięć. Jakie to ma znaczenie gdzie usiądę? I tak nie znam cię, nie znam was. Nie znam nikogo. Siebie też nie znam. Nie rozumiem tego co robię, ani tego co czuję. Tak chciałabym być przy kimś bliżej. Poczuć się bardziej realna, kobieca. Chociaż… to wszystko zależy ode mnie. WIEM! Przecież dobrze to wiem. Kolejne spotkanie i tak nic nie zmieni. Złość. Irytacja. Zaciskam pięści.&lt;br /&gt;To tutaj. Kawiarnia, w której się umówiliśmy. Na trzy wchodzę do środka. Bez zastanowienia. Bez wahania. Raz, dwa… trzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On: Weszła. Chociaż nigdy wcześniej jej nie widziałem, wiem że to ona. Rozgląda się po sali. Zauważa mnie. Waha się przez ułamek sekundy. Podchodzi.&lt;br /&gt;- Dzień dobry - mówi.&lt;br /&gt;- Cześć.&lt;br /&gt;Siada przede mną przy okrągłym stoliku. Ma na sobie brązową sukienkę i zielony płaszcz z materiału, którego mogę opisać tylko w jeden sposób: ciepły. Ciemne włosy delikatnie pofalowane. Urocza. Na ulicy pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi. Takie kobiety wiecznie gdzieś pędzą i dryfują niemalże w powietrzu. Ich niezależność nie pozwala nikomu się zbliżyć&lt;br /&gt;- Kawa? - proponuję.&lt;br /&gt;- Niech będzie.&lt;br /&gt;Zamawiam dwie duże kawy. Kelnerka przynosi dwie filiżanki i cukierniczkę z kostkami cukru. Wrzucam dwie kostki do kawy. Mieszam w zamyśleniu&lt;br /&gt;- To i tak bez znaczenia... – słyszę jej cichy głos.&lt;br /&gt;- Ale co? - pytam. Prawie krztuszę się kawą. Odstawiam filiżankę na spodek. Gwałtownie. Odrobina napoju wylewa się na biały spodek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ona:&lt;br /&gt;Zapach kawy mnie odpręża. Wrzucam do filiżanki trzy kostki cukru i mieszam. Łyżeczka niszczy równomierną pokrywę z pianki. Powstaje wzorek w kształcie spirali.&lt;br /&gt;- Ach, chyba głośno myślę… - odpowiadam zawstydzona. Nie tak miała wyglądać ta rozmowa! Ale gdy się denerwuję zaczynam mówić od rzeczy.&lt;br /&gt;- A czy możesz zdradzić o czym myślisz?&lt;br /&gt;- Czy to nie jest zbyt intymne pytanie jak na pierwsze spotkanie?&lt;br /&gt;- Sądzi pani, że gdyby to było nasze dziesiąte spotkanie to pytanie utraciłoby coś ze swej intymności?&lt;br /&gt;- Pan jest pisarzem, czy lubi bawić się słowami?&lt;br /&gt;- Nie, nie jestem pisarzem. Po prostu nie widzę różnicy między tym czy spotyka się kogoś pierwszy raz czy setny.&lt;br /&gt;- Osobliwe ma pan przekonania. Ale dobrze. Mogę panu powiedzieć o czym myślę. Jestem zmęczona. Jestem smutna. Jestem zdenerwowana. I wiem, że to spotkanie nic nie zmieni. Dlatego to wszystko co sobie powiemy jest bez znaczenia. Bez znaczenia jest również to czy będę pić kawę, herbatę, wodę, sok albo kakao.&lt;br /&gt;Czuję irytację. O co jej chodzi? W takim razie po co w ogóle wychodzi z domu? Poświęcam jej swój czas, a on nawet nie chce nic z siebie dać... Właśnie! Dać coś z siebie. Chyba o to właśnie w tym wszystkim chodzi.&lt;br /&gt;- Jeśli jesteś zmęczona to mogę odprowadzić cię do domu.&lt;br /&gt;- Przepraszam. Zmarnowałeś tyle czasu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ona: Zaczęła się wiosna. Nie potrafię jej ignorować. Chciałabym, ale nie umiem. Inne powietrze, inne niebo, słońce. Wiosna sprawia, że kiełkuje we mnie coś czego nie chcę. Pobudza do życia roślinki, ptaszki, robaczki, listki. I mnie też dopada. Czekam na przystanku. Obserwuję przechodniów. Widzę splecione dłonie par. Patrzę na rozmawiających ludzi. Myślę, że też bym tak chciała. Chciałabym się kontaktować. To przecież nie jest takie trudne. Jeśli moje podejście będzie pozytywne wszystko powinno się udać. Zadzwonię. Albo nie. Będzie zły, że mu przeszkadzam. Powie mi coś w stylu, że wszystko w porządku i że jest strasznie zajęty, ale jak tylko znajdzie trochę czasu oddzwoni. Ja będę czekać na telefon jak głupia. Jeden dzień, tydzień, miesiąc, całe życie. Nie no bez przesady. Nie będę czekać, bo wiem, że i tak się nie odezwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;On: Praca to dobre wyjście gdy ma się za dużo na głowie. Wtedy pewne sprawy blakną, bo przecież praca jest najważniejsza. W przerwach na jedzenie przypominasz mi się. Nie dajesz spokoju. Poczekam, może zadzwonisz. Nie chcę ci niczego narzucać. Jesteś taka wolna i niezależna. Wolę czekać, niż zostać odrzuconym. Czekanie jest proste. Zajmuję czymś ręce. Zajmuję czymś głowę. Czekanie jest trudne. Czas dłuży się. Rzeczywistość nudzi. Może kino, dobra kawa... Może jeszcze trochę popracuję.&lt;br /&gt;Co ja robię? Zagubiłem się i nie wiem jakie są priorytety. Czy warto podążać za tym co się czuje? Wtedy robi się bałagan. Raz jest dobrze, za chwilę wszystko może prysnąć. A ty pójdziesz dalej. Niedostępna, za tajemniczym uśmiechem. Twoje stopy ledwie dotykają ziemi. Za chwilę odlecisz. Taki sen. Krótki sen. Nie będę przecież cię zdobywał, podrywał, flirtował. Nie zadzwonię, nie będę robił z siebie idioty. Jesteśmy w końcu dorośli. Podejmujemy decyzje świadomie, a nie pod wpływem miłosnych impulsów.&lt;br /&gt;Wyglądam przez okno. Już wieczór. Zasiedziałem się. Specjalnie. Zmęczenie to też dobre lekarstwo. Jestem tu, dzięki temu nie mogę być tam. Jestem w pracy, nie muszę zastanawiać się, dlaczego nie jestem z tobą. Ty też nie musisz. Nic nie musimy. Nic od siebie nie wymagamy.&lt;br /&gt;Wyłączam komputer. Opieram plecy o oparcie fotela. Zamykam oczy. Siedzę tak parę minut nie myśląc o niczym. Przez głowę przelatują tylko jakieś obrazy. Morze, błękitne niebo, ciepły piasek, mewy zawieszone w przestrzeni nad nami. I ty w bikini, albo lepiej bez...&lt;br /&gt;Głupi. Lepiej już wracać do domu. Jeszcze zasnę przy biurku. Rano byłaby sensacja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ona: W pracy jest tak nudno i monotonnie, że nie wytrzymuję. Podnoszę słuchawkę i wystukuję numer. Sygnał, sygnał, sygnał.&lt;br /&gt;- Cześć! Chodzi o to, że zapamiętałam twój numer telefonu - znowu zaczynam jakoś nie tak. - Wykasowałam z komórki, żeby do ciebie nie dzwonić, ale pamiętam. I nie potrafię się powstrzymać. Jestem samotna.&lt;br /&gt;O rety rety! Źle, źle!&lt;br /&gt;- Aaa... To miło, że dzwonisz.&lt;br /&gt;- Co słychać?&lt;br /&gt;- Hmm... Mam dużo pracy. Nazbierało mi się. Pewnie zostanę dziś do późna.&lt;br /&gt;- O to ciężko masz. U mnie też sporo do zrobienia... Może... A nie wiem. Coś chyba u ciebie zostawiłam...&lt;br /&gt;- Eee... W pracy czy w domu? Ale zaraz... Przecież ty nigdy u mnie nie byłaś.&lt;br /&gt;- Haha... Przecież żartowałam!&lt;br /&gt;- No wiem, wiem...&lt;br /&gt;- Co robisz dziś wieczorem?&lt;br /&gt;- Zostaję w pracy na dłużej.&lt;br /&gt;- Ach, no tak, przecież mówiłeś. Podoba ci się takie życie?&lt;br /&gt;- Ale jakie?&lt;br /&gt;- Praca po godzinach, brak czasu, ciągle coś do zrobienia…&lt;br /&gt;- Tak. Jasne. A ty jak żyjesz?&lt;br /&gt;- No ja trochę inaczej. Bardziej powoli. I na pewno więcej śpię!&lt;br /&gt;- Przepraszam cię, ale muszę kończyć. Mam drugi telefon…&lt;br /&gt;- Aaaa… Oczywiście, oczywiście. To na razie!&lt;br /&gt;- No na razie. Odezwę się.&lt;br /&gt;Kretyn! Jestem zła. Mogłam równie dobrze nie dzwonić. Wszystko wyglądałoby tak samo, tylko bym się nie denerwowała. Muszę ochłonąć… Najwidoczniej samotni muszą pozostać samotnymi. Nie potrafię złamać schematu, w którym żyję. Może innym razem, może w innym miejscu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-3816250991977210744?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/3816250991977210744/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/oni.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3816250991977210744'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3816250991977210744'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/oni.html' title='Oni'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8rWHISII/AAAAAAAAFHQ/UqloK7HUP1E/s72-c/08+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-5520156889406758302</id><published>2009-08-04T11:21:00.001-07:00</published><updated>2009-08-04T11:22:05.902-07:00</updated><title type='text'>Kobiety</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8P0akHSI/AAAAAAAAFHI/nVqnihXZQLI/s1600-h/09+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8P0akHSI/AAAAAAAAFHI/nVqnihXZQLI/s320/09+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366175567221890338" /&gt;&lt;/a&gt;Gdybym był mężczyzną, byłbym idealnym facetem. Miałbym dużo koleżanek, żeby wszystkie je obdarzać miłością. Nie kupowałbym im kwiatków, nie opowiadałbym kłamstw, nie przepraszałbym - bo nie miałbym za co. Uwielbiałbym wszystkie moje kobiety. Dawałbym im mój czas, moje serce, moje spojrzenia. Dawałbym im rozkosze i pocałunki w nieprzyzwoitych ilościach. Obserwowałbym jak się rozbierają i jak zmienia się ich ciało gdy się podniecają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdybym był mężczyzną zapraszałbym kobiety w różne miejsca. Słuchałbym czego pragną. Prosiłbym, żeby mi mówiły o wszystkim. Co czują, jak je uszczęśliwiać, jak znoszą ból podczas okresu, jak się czują, gdy wypływa z nich krew. Chciałbym dowiedzieć się jak się masturbują, chciałbym popatrzeć jak robią sobie dobrze, chciałbym się nauczyć. Kochałbym się z nimi. Ale nie dla siebie, robiłbym to dla nich. Upajałbym się ich seksualnością, ich zapachem, potem, tym, że robią się mokre, tym jak się poruszają.&lt;br /&gt;Szeptałbym im takie rzeczy, które chcą usłyszeć. I to byłaby prawda.&lt;br /&gt;Niegrzeczne dziewczynki, wyniosłe kobiety, delikatne laleczki, niedostępne damy, seksowne lolitki, dojrzałe niewiasty,  młodziutkie dziewice, panie po przejściach, roztrzepane dziewczyny, dobrze wychowane panienki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdybym był mężczyzną ja bym to wszystko wiedział. Jak z wami rozmawiać, jak dotykać, jak spełniać marzenia. Ośmielałbym cię, albo zniewalał. Leciutko muskał skórę, albo trzymał mocno.&lt;br /&gt;Te obojczyki, biodra, dłonie, stopy. Oczy, usta, miękkie piersi. Gesty, mimika, marszczenie brwi, rozchylanie warg. Splecione dłonie, noga założona na nogę, szelest rajstop, opadająca pończocha, materiał na ciele, staniki, majteczki, szminki, perfumy. Oddechy, bicie serca, wilgotne dłonie, poprawianie włosów, przymknięte powieki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdybym był mężczyzną nie zostawiłbym cię. Zawsze mogłabyś do mnie zadzwonić, napisać. Mogłabyś się wygadać, wypłakać, pośmiać. Uderzyć, przytulić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słoneczko, cukierku, zakochałbym się w tobie. Kąpałbym cię, całował stopy. Przywiązałbym cię do krzesła, wylizałbym ci wszystkie paluszki, karmiłbym cię czekoladą. Byłabyś moją księżniczką, moją królową. Moją niewolnicą, moją dzikuską. Pokaż mi swoje pazurki. Wiem, co w tobie drzemie. Wiem, że jesteś taka zwierzęca, nienasycona. Ja ci pomogę. Zdejmij tą sukienkę. Ona jest zupełnie nie potrzebna. Możesz posiedzieć przede mną w samej bieliźnie. Tak jest znacznie lepiej. Możesz rozchylić trochę nogi. Zupełnie nie musisz się mnie wstydzić. Nie ocenię cię, nie uznam cię za wariatkę. Nie chodzi mi o to, żeby się zaspokoić. Chcę tylko zaspokoić ciebie. Płatku róży, wisienko. Słodziutka, pachnąca, taka ciepła, mokra.&lt;br /&gt;Dam ci moją miłość, mam jej bardzo dużo. Coraz więcej. Ona rozkwita z każdym dniem. Napiera na mnie gdy nie mam jej komu podarować. Podam ci ją do ust, jak ksiądz opłatek podczas mszy. Rozsmaruję ją po całym twoim ciele jak balsam. Poczujesz ją tam gdzie nawet się nie spodziewasz. Zaschnie ci w ustach, ale ja zaraz cię napoję. Zaczniesz słabnąć, nogi odmówią posłuszeństwa, ale ja cię złapię. Mocno, tak, że poczujesz moją siłę. Poczujesz się tak kobieco, jak bóstwo, jak bogini, której należy składać ofiary, esencja kobiecości. Będziesz chciała się poderwać do lotu, wyrwać do biegu, ale ja ci nie pozwolę. Przez twoje ciało przebiegnie dreszcz, bo przestraszysz się tego, że tak bardzo podoba ci się, że mam nad tobą przewagę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Będę się z tobą kochać gdy będziesz miała okres. Tak delikatnie, tak przyjemnie, że ci ulży. Uspokoisz się w moich ramionach, ukoję twoje nerwy, rozluźnisz się.&lt;br /&gt;Gdybym był mężczyzną nie płakałabyś przeze mnie. A gdyby łzy płynęłyby po twoich policzkach zlizywałbym je i pocieszał cię. Dla mnie byłabyś zawsze najważniejsza.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-5520156889406758302?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/5520156889406758302/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/kobiety.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5520156889406758302'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5520156889406758302'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/kobiety.html' title='Kobiety'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh8P0akHSI/AAAAAAAAFHI/nVqnihXZQLI/s72-c/09+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-5592492536194882060</id><published>2009-08-04T11:20:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:21:02.280-07:00</updated><title type='text'>Herbata</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7_NubEcI/AAAAAAAAFHA/096g4bziZRs/s1600-h/02+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7_NubEcI/AAAAAAAAFHA/096g4bziZRs/s320/02+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366175281958293954" /&gt;&lt;/a&gt;Zachody słońca są dla mnie zaproszeniem do nocnych spacerów. Gdy słońce już nie obnaża nieciekawej rzeczywistości można dostrzec nową jakość. Pełną niedomówień, pozornej ciszy, ciemnych zakamarków, dręczących myśli, bezsennych minut i ciem szukających księżyca.&lt;br /&gt;W nocy lubię patrzeć przez okno. Wpatruję się w ciemne niebo. Czasem jest czarne, czasem granatowe, bywa jak gęste, matowe, albo jak kryształowa bryła – przejrzyste. Zdarza się, że jest wymazane chmurami – szarymi smugami, kłębiącą się watą lub równomierną kołdrą. I gwiazdy. W mieście widok rzadko spotykany. Ale jednak. Te gwiazdy. Gdy je widzę – mówią do mnie. Trudno mi oderwać od nich wzrok. Są jak to, co najlepsze we wszechświecie. Jak blask szczęśliwych oczu, jak esencja istnienia. Potem spoglądam na bloki. W niektórych oknach palą się światła. Ktoś ogląda telewizję. Wnętrze mieszkania rozjaśnia niebiesko-zielona poświata. Na ekranie ktoś kogoś całuje, albo zabija.&lt;br /&gt;W tych blokach mieszka tylu ludzi. Mieszają się w nich emocje tworząc masę. A może każdy pozostaje odrębną, niezależną jednostką? W końcu dzieli nas powietrze. Dzielą nas betonowe ściany. Czas też tworzy bariery. I myśli, prędkość poruszania się. Sen. Sens. Lub jego brak.&lt;br /&gt;Są też latarnie oświetlające ulicę. Po deszczu światło maluje plamy na mokrym asfalcie. Przejeżdżające auto dodaje paru kropel czerwieni. Powstaje obraz, który będzie trwał przez kilka sekund. Czy ktoś go dostrzega? Gdy wzejdzie słońce wszystko wyschnie i magia tajemnic pryśnie. Lecz na razie cieszę się teraźniejszością. Upajam się nią. Tonę.&lt;br /&gt;Zamykam na chwilę oczy. Biorę wdech. Zatrzymuję powietrze w sobie i wydycham je bardzo powoli. Wydaje mi się, że teraz mam odwagę wyjść na zewnątrz. Spoglądam na pościelone łóżko, na posprzątane biurko, zamknięty dziennik leżący na blacie. Biorę klucze. Wychodzę z mieszkania. Zamykam za sobą drzwi. Ruchy wykonuję mechanicznie, mój umysł jest zajęty czym innym. Trzeba uważać, żeby nie zostawić otwartych drzwi. W takim stanie łatwo popełnić taki błąd. Opuściłam betonową komorę. Albo moje przytulne gniazdo. Różne rzeczy można myśleć o swoim, o swoim pokoju. Najważniejsze, że jest gdzie wracać.&lt;br /&gt;Na klatce schodowej jest cicho. Serce bije mi szybciej. Schodzę powoli po schodach, aby nie hałasować. Nie boję się, że obudziłabym sąsiadów. Jestem pewna, że mogłabym zbudzić śpiący blok. On teraz sobie odpoczywa. Można nawet usłyszeć jego bardzo cichutki oddech. Myślę, że po zejściu do piwnicy słychać go wyraźniej.&lt;br /&gt;Ludzie siedzą w domach. O tej porze tylko nieliczni wychodzą na spacer z psem. Acha. Jest jeszcze młodzież wychodząca na nocne piwko i wygłupy. Czasami.&lt;br /&gt;Pogaszone światła w mieszkaniach. Pogaszone papierosy, komputery, telewizory. Ludzie śpią. A we śnie każdy rozlicza się ze sobą samym. Chyba, że tak dobrze umie się oszukiwać, że nawet nie jest świadomy własnego istnienia. Łatwo się zatracić. Łatwo zgubić początek nitki prowadzącej do sedna. Sedna czegoś. Ja jeszcze nie dowiedziałam się co to jest. Ale trzymam ten koniec nitki mocno w dłoni. I idę dalej.&lt;br /&gt;Jedni odwracają się do mnie twarzą, inni plecami. Ja jestem wysoko, albo spadam, biegnę lub tonę. Ty stoisz, leżysz, płyniesz. Mijamy się we śnie. Muskamy się myślami. Nawet tego nie zauważasz, bo te myśli są jak wiatr, który wytwarza trzepot skrzydełek ważki. Tak subtelny i praktycznie nic dla ciebie nie znaczący. Hmmm… Lecz w końcu każdy ruch ma jakieś znaczenie. Może gdyby nie ta ważka, to gwiazdy nie świeciłyby i nie zabierałyby mnie na wyprawy gdzie mrok kocha się ze światłem bez przerwy.&lt;br /&gt; Idę. Dalej. Na przód. Powietrze jest dla mnie. Stuk butów o betonowe płyty jest dla mnie. Te nocne godziny, smętne westchnienia, puste ławki i puste spojrzenia niespodziewanych przechodniów – też są dla mnie.&lt;br /&gt; Już nie mogę wytrzymać. Nie potrafię tak spokojnie iść. Moja nie zdradzająca uczuć twarz to tylko pozory. Kamuflaż. (przed kim się kryjesz? Haha! Przed nikim, po prostu starannie wybieram tych, którym pokażę co jest w środku mnie. Kawałek mojego wnętrza. Och! Rozbudzasz moje zmysły.).&lt;br /&gt; Zaczynam biec. W ten sposób szybciej dotrę na miejsce, poruszam się trochę (sport to zdrowie) i nie będę tyle myśleć.&lt;br /&gt; Torba obija mi się o biodro. Spódnica faluje pod wpływem ruchu nóg (moje łydki, moje kolana, moje uda, dotkniesz mnie? Nie, nie, nie… nie złapiesz mnie, biegnę!).&lt;br /&gt; Wsłuchuję się w swój oddech. Tworzy rytm. Nie mogę z niego wypaść, bo inaczej się zmęczę. Jeszcze. Jeszcze trochę pobiegnę. Do śmietnika. Do latarni. Do następnej latarni. Och. Już dość.&lt;br /&gt; – Jesteś! – słyszę obcy głos. Gdzie… co… ale…&lt;br /&gt; – Och… – Uchodzi ze mnie całe powietrze gdy mnie przytulasz mnie. Za każdym razem jest tak… tak, że aż się boję tych spotkań. Nie poznaję twojego głosu, nie poznaję cię z daleka. Twoje włosy, ręce, włosy, postawa są za każdym razem inne. Dopiero twoje oczy, twój dotyk, twój oddech przypominają mi, że to właśnie ty. Ty ty ty.&lt;br /&gt; Dotykasz dłonią moich ust. Czuję delikatny zapach ryżu i ryb. Tak, to ty.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt; – Takeshi! Przed chwilą przyszli nowi klienci. Zamówili zestaw dla dwóch osób i sake. Obsłużysz ich i możesz iść do domu.&lt;br /&gt; – Tak jest szefie.&lt;br /&gt; Przystępuję do pracy. Przygotowanie zestawu sushi dla dwóch osób nie jest trudne, ale muszę się skoncentrować. Młoda para, pewnie przyszli na randkę. Tymczasem ja mam w głowie zupełnie co innego niż krojenie ryby i formowanie ryżu. Jednak moje ręce są już tak wprawione, że praktycznie same zawijają składniki w wodorosty. Gdyby szef, Makami, to zobaczył od razu wiedziałby, że nie koncentruję się na pracy wystarczająca. Na szczęście poszedł do biura, które znajduje się za kuchnią.&lt;br /&gt; Już prawie gotowe. Układam wszystko na talerzykach pokrytych zielonym szkliwem. Zdobi je minimalistyczny wzorek – kijanka i liść grążela. Jeszcze tylko chrzan wasabi, plasterki rzepy i buteleczka sake. Wszystko ustawiam na czarnej, lakierowanej tacy. Gotowe. Wychodzę z kuchni. Niosę ostrożnie posiłek.&lt;br /&gt; – Ohayou – witam oczekujących gości. Tak jak podejrzewałem: młodzi, niecierpliwiący się ludzie. Zjedzą szybko, nie doceniając delikatnej marynaty do ryżu. Nie połączą jej z ostrym wasabi, nie będą balansować na tych granicach smaku: łagodnym, rozpływającym się w ustach i ostrym, przywracającym szybsze krążenie w żyłach. Być może nawet nie zauważą małej kijanki na talerzyku… Odpędzam te myśli… nie jestem tu, aby oceniać gości. Mam im służyć. Mam sprawić, aby byli zadowoleni. Stawiam przed nimi tacę. Nalewam sake. – Smacznego.&lt;br /&gt; Para dziękuje. Odchodzę. Koniec pracy na dziś. Kątem oka widzę jak niewprawne dłonie klientów chwytają za pałeczki. Czuję niesmak. Ale pozbywam się go przypominając sobie o kobiecie. Mogę myśleć o niej „moja”? Moja kobieta.&lt;br /&gt; Idę do pomieszczenia służbowego. Są tu szafki na ubrania i buty. Stolik, krzesła, mała lodówka. Pracownicy spędzają tu przerwy. Myję ręce, chociaż wiem, że nie pozbędę się zapachu ryb, bo całym dniu krojenia… Szybko zdejmuję fartuch i robocze ubranie. Wrzucam je do worka z nieświeżą odzieżą. Kierownik bardzo dba o higienę. Wszyscy pracownicy codziennie zakładają czyste ubranie i fartuchy.&lt;br /&gt; Zakładam swoje ubranie. Jestem już gotowy. Narzucam kurtkę. Biorę swoją torbę, przewieszam ją przez ramię.&lt;br /&gt; Wychodząc z lokalu spoglądam na parę, którą obsługiwałem. Już zjedli. Teraz piją sake z ceramicznych naczynek.&lt;br /&gt; Skinieniem głowy żegnam się z Yoshikim. On będzie pracował jeszcze dwie godziny. Bar jest czynny do północy. Potem czeka go sprzątanie i zamknięcie lokalu. Ja nie pracuję na nocne zmiany. Szef uznał, że jestem dobry w kuchni, więc tam spędzam najwięcej czasu. Makami bardzo dba o swój lokal, całymi dniami obmyśla nowe chwyty marketingowe. Ostatnio wpadł na pomysł żeby podawać sushi tylko na talerzykach zdobionych przez wybitnych japońskich artystów. Nie wiem czy posilający się u nas goście zwracają uwagę na finezję i pomysłową symbolikę naszych zastawa… Obawiam się, że nie różnią się dla nich niczym od chińskich, o wiele tańszych talerzyków… Ale mi spodobał się ten pomysł. Obcuję na co dzień ze sztuką i czuję się jakbym był bliżej swojego kraju. Nie tęsknie, nie. Tam nie odnalazłbym mojej kobiety.&lt;br /&gt; Wychodzę na zewnątrz. Powietrze. Koniec pracy na dziś.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt; – Wydaje mi się, że poznając ciebie, spotkało mnie wszystko co najlepsze może przytrafić się w życiu – mówię. – Mogłabym już spokojnie umrzeć.&lt;br /&gt;Siedzimy w kawiarni. Pijemy herbatę.&lt;br /&gt; – To niewątpliwie piękne co czujesz, jednak czy nie szkoda byłoby ci tych przyszłych dni, w których moglibyśmy jeszcze trochę pobyć razem?&lt;br /&gt; Zastanawiam się przez chwilę. Sączę zieloną herbatę. Orzeźwia mnie i odświeża mój umysł. Rozgrzewa. Spoglądam przez okno na pustą ulicę. Pusto. Od czasu do czasy przejeżdżają taksówki. Lokal, w którym siedzimy niedługo zamkną.&lt;br /&gt; – To samolubne, ale męczę się sama. Chciałabym cały czas być z tobą, a przecież to niemożliwe. Więc wolałabym odejść właśnie teraz. Bo teraz jest mi dobrze i niczego więcej mi nie potrzeba.&lt;br /&gt; Dotykam twojej dłoni. Mimo iż pracujesz w kuchni twoje ręce są zadbane. Przygotowując posiłki posługujesz się nożem z wprawą. Króciutkie paznokcie, gładka skóra, zgrabne palce i kształtne kostki.&lt;br /&gt; – Podążam za twoją myślą i muszę przyznać, że przeraża mnie, ale i fascynuje. To piękne i odrażające równocześnie, że tak bardzo przywiązałaś się do mnie, że twoje życie przestało mieć dla ciebie wartość. &lt;br /&gt; – Przepraszam bardzo! – odzywa się kobieta zza lady. – Zaraz zamykamy. Nie chcę wyganiać, ale muszę tu jeszcze posprzątać.&lt;br /&gt; Dopijamy herbatę i opuszczamy lokal.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt; – Chodź do mnie. Napijemy się jeszcze herbaty – mówię.&lt;br /&gt;Biorę cię za rękę. Przysuwasz się do mnie. Idziemy w milczeniu. Przemierzamy ulice oświetlane latarniami. Jest cicho. Otaczam cię ramieniem. Jest ciepło. Spokojnie.&lt;br /&gt; Droga do domu wydaje się taka krótka. Jakbyśmy przepłynęli tą przestrzeń w próżni. Zupełnie nie poczułem upływu czasu i przebytych metrów.&lt;br /&gt;– Na tym świecie nie ma nic trwałego, ale kiedy jestem z tobą zapominam o tym. I czuję się dobrze.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Teraz jest spokojniej. Budzę się, któryś raz z kolei. Ponownie pogrążam się w zamyśleniu. Wyobrażam sobie przyszłość z tobą i nie widzę nic. Czuję tylko… Właściwie nie czuję nic. Przeraża mnie to. Głupia…&lt;br /&gt;Człowiek zawsze jest sam. W tych najtrudniejszych, najbardziej bolesnych momentach… Ach… Bezsensowne wylewanie żalu. Ja po prostu chciałabym z tobą być. Gdybyś był teraz obok mnie na pewno zapomniałabym o samotności. Przytuliłabym się do ciebie. I wstrzymałabym oddech, żeby zostać tak na zawsze.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-5592492536194882060?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/5592492536194882060/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/herbata.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5592492536194882060'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5592492536194882060'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/herbata.html' title='Herbata'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7_NubEcI/AAAAAAAAFHA/096g4bziZRs/s72-c/02+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-3978130476151239659</id><published>2009-08-04T11:18:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:19:58.706-07:00</updated><title type='text'>Romans z bronią w tle</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7uOrQipI/AAAAAAAAFG4/oNnEsPuGgF0/s1600-h/07+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7uOrQipI/AAAAAAAAFG4/oNnEsPuGgF0/s320/07+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366174990155680402" /&gt;&lt;/a&gt;Lubię deszcz. Zwłaszcza w lato. Przyjemnie jest wtedy wyjść na dwór. Poczuć rześkie powietrze, wdychać wilgoć. Ta wilgoć jest inna niż jesienna. Jest świeża i szybko wysusza ją słońce. Dlatego warto ją docenić.&lt;br /&gt;Ludzie zwykle boją się deszczu. Chcą uniknąć zimnych kropel, osłonić głowy. Czy martwi mnie, że zmoknę? Wcale. Chłód też mi nie przeszkadza.&lt;br /&gt;Miasto po letnim deszczu ma gorzki zapach. Strumienie wody pędzą do studzienek. Tworzą jeziora przy krawężnikach. Przez kałuże skaczą przechodnie.&lt;br /&gt;Siedzę na przystanku, na drewnianej ławce. Z dachu wiaty kapią krople. Rozpryskują się na kropelki, które zwilżają moją stopę odzianą w sandał. Koło moich stóp, na wilgotnym chodniku leżą pokruszone paluszki. Właśnie przyleciał gołąb. Zjada okruszyny nasiąknięte deszczówką. Kawałki paluszków przyklejają się do jego dzioba. Gołąb potrząsa główką i kawałek paluszkowej masy ląduje na mojej stopie. Ścieram substancję palcem.&lt;br /&gt;Siedzę. Nie czekam na autobus. Nie czekam na nikogo. Mam ochotę posiedzieć na przystanku. Na mieście brakuje ławek, a do kawiarni nie wejdę, bo to nie jest moje środowisko naturalne. Ja funkcjonuję na ulicy, na przystankach, w autobusach. Tutaj nikt mnie nie oceni, nikt nie zwróci na mnie uwagi. Są to miejsca, które się mija. Nikt nie wybiera się specjalnie do autobusu. Wsiada się do niego, aby gdzieś dotrzeć. Tak samo z ulicą. Tylko się nią przechodzi, sama rzadko stanowi cel podróży.&lt;br /&gt;W kierunku przystanku zmierza nietypowy przechodzień. Zwraca na siebie uwagę, bo jest pewny siebie. Myślę, że jest pewny siebie &gt;naprawdę&lt;. To nietypowe, bo w tym mieście ludzie albo się boją, albo udają odważnych.&lt;br /&gt;Facet zatrzymuje się kilka metrów od ławeczki.&lt;br /&gt;– Masz ogień? – pyta. Jak mnie drażnią takie gadki!&lt;br /&gt;– Nie, do cholery! Wyglądam na nałogową palaczkę czy co?! – Jestem zła, bo zakłócił mój spokój.&lt;br /&gt;– Nie, ale jesteś jedyną osobą w okolicy. Po za tym pytam wszystkich, których spotykam.&lt;br /&gt;Facet rozgląda się. Przestępuje z nogi na nogę. Jest ubrany w jeansy, buty o nieokreślonym, ciemnym kolorze, obklejone błotem i jakimś sosem czy klejem. Ma na sobie biały podkoszulek pożółkły pod pachami od potu. Ten pot pewnie wsiąka i wysycha przy różnych okazjach.&lt;br /&gt;Facet siada koło mnie na przystankowej ławeczce. Czuję jak deski lekko uginają się pod jego ciężarem. Siedzimy w ciszy. &lt;br /&gt;Typ zdenerwował mnie wyjątkowo. Nie wiem dlaczego. Przecież zadał mi tylko jedno, nic nieznaczące pytanie. A ja przeżywam! Jaka jestem głupia! Już nie mogę myśleć o deszczu. Moje myśli krążą wokół nieznajomego. Zainteresował mnie. Kim jest? Jaka jest jego historia?&lt;br /&gt;Podjeżdża autobus. Wysiadają starzy ludzie, matka z dzieckiem, mężczyzna z psem. Drzwi autobusu zamykają się z łoskotem. Odjeżdża. Koła pojazdu rozchlapują kałuże. Na szczęście bryzgi nie docierają do mnie.&lt;br /&gt;– Nie jedziesz? – odzywa się.&lt;br /&gt;– Może czekam na inny autobus? – odpowiadam chyba trochę zbyt ostro. Ale nie potrafię zapanować nad głosem.&lt;br /&gt;– Na tym przystanku zatrzymuje się tylko jeden autobus. – Nieznajomy drapie się po nosie. – Może czekasz na następny?&lt;br /&gt;– O co ci chodzi? – pytam nie kryjąc zdenerwowania.&lt;br /&gt;– Zastanawiam się tylko, na co właściwie czekasz – mówi. – Na autobus nie. Na znajomych nie czeka się na przystanku. Na kogoś, kto ma przyjechać autobusem? Też raczej nie, bo nie spoglądasz na zegarek. Ale wyglądasz jakbyś na coś czekała.&lt;br /&gt;– Ahahaha… Wydaje ci się chyba, że wszystko o wszystkim wiesz. Jesteś za bardzo pewny siebie. I powiem ci, że mylisz się co do mnie. Po prostu sobie siedzę.&lt;br /&gt;Zapada cisza. Wbijam wzrok przed siebie. Próbuję obserwować przejeżdżające samochody, ale moje oczy nie chcą ich widzieć. Wszystko staje się zbyt nużące. Chcę rozmawiać z nieznajomym.&lt;br /&gt;– Myślę, że czekałaś na mnie – mówi.&lt;br /&gt;Moje oczy rozszerzają się ze zdumienia. Odwracam głowę w kierunku faceta i napotykam jego spojrzenie. Patrzę przez chwilę w jego oczy. Mija kilka ułamków sekund, w czasie których patrzenie w oczy jest bezpieczne i właściwe. Teraz należy odwrócić wzrok. Ale ja wcale tego nie chcę. Jego oczy wydają mi się wyjątkowe. Wydaje mi się, że jeśli popatrzę w nie jeszcze przez chwilę, to zrozumiem coś bardzo istotnego.&lt;br /&gt;Jesteś mi bliski.&lt;br /&gt;– Zobacz, następny autobus jedzie. Chodź, pojedziemy do mnie.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Twoje mieszkanie. To taka nora przystosowana do ukrywania się. Przedpokój, łazienka, sypialnia, kuchnia. Wszystkie okna zasłonięte kartonami. W pokoju żarówka zwisa na kablu, bez abażuru. Podłogi wyłożone szarą wykładziną (szary się nie brudzi – mówisz). Tapczan, stolik, krzesło. Żadnych zbędnych mebli i ozdób. W kuchni brak jedzenia. Naczyń jest mało. Jedna miska, jeden talerz, po jednej łyżce, widelcu i nożu. Na podłodze stoją puste butelki po piwie. Dużo butelek.&lt;br /&gt;Nalewasz wody z kranu do szklanki i pustej butelce po piwie. Zanosisz do pokoju. Siadamy na tapczanie. Jest mi wygodnie. W pokoju pachnie spokojem i chęcią ukrycia się. Podajesz mi szklankę.&lt;br /&gt;– Weź. Na pewno chce ci się pić.&lt;br /&gt;Biorę szklankę. Woda jest mdła i nie chcę jej przełykać. Ale w ustach mam sucho, więc opróżniam naczynie.&lt;br /&gt;– W twoich oczach dostrzegłem coś znajomego. Gdybyś spędziła tyle lat w samotności co ja, pewnie też nie miałabyś problemu zagadać do obcej osoby i zaprosić ją do siebie. No właśnie… Obca osoba. – Pogrążasz się w zamyśleniu. – Wcale nie wydałaś mi się obca. A ja takich odczuć nie ignoruję. Mam za mało czasu, aby marnować szanse…&lt;br /&gt;– Szanse na co? – pytam, gdy przerywasz.&lt;br /&gt;– Szanse na coś nowego, coś co wywoła emocje, dobre emocje. Coś, co zmieni trochę świat, chociaż nikt się o tym nie dowie.&lt;br /&gt;– Chcesz zmieniać ze mną świat? – pytam. Nie bardzo wiem, o co ci chodzi…&lt;br /&gt;– Chcę zmienić swój świat – spoglądasz na mnie. Chcę rozszyfrować, co kryje się teraz w twoich oczach, ale nie widzę nic (a może jest tam wszystkiego zbyt wiele i nie potrafię wyodrębnić nic konkretnego?). – Gdy zrobimy coś dobrego, zmienimy naszą rzeczywistość na lepszą. Tym samym będzie miało to wpływ na cały świat. Coś poruszy się w kosmicznej energii. Może coś się naprawi…&lt;br /&gt;– A co chcesz naprawić w sobie?&lt;br /&gt;Wstajesz, podchodzisz do okna. Stoisz przy nim przez chwilę. Tyłem do mnie, zamyślony, zapatrzony. W końcu odzywasz się. Twój głos brzmi łagodnie i spokojnie.&lt;br /&gt;– Chciałbym nauczyć się czuć. Obdarzyć kogoś miłością. Poczuć coś wyjątkowego. I to wszystko… Myślę, że to byłoby wszystko.&lt;br /&gt;– W naszym świecie trudno jest kochać, obdarzać bezinteresownymi uczuciami. Człowiek tak naprawdę uczy się jak nie okazywać uczuć i słabości. Uczy się żyć w samotności. A gdy zdaje sobie sprawę, że nie o to chodziło, jest już za późno. Bo za bardzo oddalił się od swojej dobrej części duszy.&lt;br /&gt;– Chcę ją odnaleźć i myślę, że ty mi w tym pomożesz.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Mijają dni. Rozmawiamy, pijemy, jemy chleb z masłem i przeróżne konserwy. Dzielimy się myślami, obawami, swoim dotykiem, ciałem, ciepłem i wiarą. Jesteśmy naiwni, ale właśnie ta naiwność jest częścią tej dobrej, utraconej duszy. Naiwność pozwala uwolnić się od strachu, przyjmować porażki z pogodą ducha. Z nadzieją, że będzie dobrze. Dobrze, lepiej, najlepiej.&lt;br /&gt;Ale są momenty, gdy cię nie rozumiem. Krzyczysz, ściskasz moje ręce, aż do bólu. Tulisz i całujesz zbyt mocno. Ocierasz łzy, do których się nie przyznajesz.&lt;br /&gt;Jest wieczór. Leżymy na tapczanie pod kocem. Bez ubrań, opatuleni w siebie. Przez okno wpada światło ulicznych latarni. Przejeżdżające auta oświetlają co jakiś czas pokój. Przesuwające się po suficie i ścianach pokoju świetliste pasy hipnotyzują mnie. Jest spokojnie. &gt;Teraz&lt; jest spokojnie. Chociaż na mieście tyle się dzieje, to tu u nas jest cicho. To dobrze. &lt;br /&gt;– Powiem ci, dlaczego cię tak traktuję – odzywasz się. – Budzisz we mnie jakieś mroczne instynkty. Jestem jak dziecko, które chce udusić ulubionego psiaka, bo tak bardzo go kocha. Wącham twoje włosy, wciągam w płuca zapach twojego potu, ale to mi nie wystarcza. Ciągle mam ochotę na więcej. To budzi we mnie agresję. Dobrze o tym wiem. I boję się, że w końcu nad nią nie zapanuję.&lt;br /&gt;– Ja się nie boję – odpowiadam.&lt;br /&gt;Patrzę przez chwilę w twoje oczy. Oczy dziecka. Błyszczące, głębokie, przepełnione chłodem i żarem, które bezustannie ze sobą walczą. To niszczy twoje nerwy. Szarpie je. Podgryza. Jest w tobie tyle namiętności, że nie potrafisz sobie z nią poradzić.&lt;br /&gt;Dotykam dłonią twojej szyi. Mam pod palcami twoją krtań. Czuję jak przełykasz ślinę. Skóra jest taka cienka. Istnienie jest tak kruche. Jak tu się nie bać, gdy jedna dłoń może pozbawić nas życia?&lt;br /&gt;– Nie boję się tego, co w tobie walczy. Uwielbiam cię i każdą część ciebie. Wszystko co złe i dobre. Nie potrafię patrzeć na ciebie bezstronnie. Kieruje mną miłość. Tylko nie myśl, że oszalałam. Rozumiem wszystko, co się ze mną dzieje.&lt;br /&gt;Zamykasz oczy. Uspokajasz się. Kładę dłoń na twojej klatce piersiowej. Wyczuwam bicie serca. Twój rytm usypia mnie. Jest dobrze. Przez tą chwilę jest dobrze.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Czuję euforię, gdy mogę zanurzać się w twoich oczach. Czasami mam wrażenie, że znamy się od tysięcy lat, że byliśmy razem, gdy rodziła się Ziemia. Może to tylko złudzenie.&lt;br /&gt;Wychodzisz. Zostawiasz mnie samą w mieszkaniu. Kąpię się, ścielę łóżko. Kładę się na tapczanie i zastanawiam się, gdzie zniknąłeś. Ja nie chcę wychodzić. Tutaj czuję się bezpieczna. Nie potrzeba mi na razie więcej przestrzeni. Wystarcza mi nasz miniaturowy światek. I tak jesteśmy w zbyt wielkim chaosie, aby razem ruszać w świat. Zostańmy i uporządkujmy najpierw to, co się da. Zapadam w drzemkę.&lt;br /&gt;Budzą mnie twoje kroki i brzęk kluczy. Wnosisz do pokoju zakupy. Chleb, ser, słoiki z przetworami.&lt;br /&gt;– Zjedzmy.&lt;br /&gt;Jemy nie odzywając się, ale tak naprawdę rozmowa toczy się cały czas. Spojrzenia, gesty, uśmiechy. Energia pulsująca między nami. Czułość. Prawda. Szczere intencje. Esencja istnienia. Pragnienie wolności. Wolność.&lt;br /&gt;Kończymy jeść. Zbliżasz się do mnie i całujesz mnie w szyję. Twoje dłonie ogrzewają mnie. Są silne. Jestem pewna, że mnie nie upuścisz. Dotyk uspokaja, sprawia, że jesteśmy na właściwym miejscu, we właściwym czasie.&lt;br /&gt;Uwielbiam, gdy leżysz na mnie. Czuję ciężar i ciepło twojego ciała. Nie widzę skromnego pokoju, nie słyszę hałasu za oknem. Czas wiruje. Pędzi, stoi, zwalnia, cofa się.&lt;br /&gt;Porównuję kolory naszych ciał. Moje – jak migdał bez skórki, twoje – jak świeże naleśniki.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Wychodzimy na zewnątrz. Trzeba rozprostować kości. Zaczerpnąć świeżego powietrza. Zaczerpnąć innej energii. Prowadzisz mnie za rękę. Szary chodnik, śmieci, drzewa, gołębie. Autobusy. Świat żyje tak samo, ale ja widzę go zupełnie inaczej. Wszystko jest na swoim miejscu. Zachowuje się prawidłowo. Harmonijnie. Pijak pod sklepem płaci za swoje życie odrzuceniem, frustracją. Kobieta z zakupami pracuje na swoje lepsze jutro. Wszyscy są uwikłani w tworzenie świata.&lt;br /&gt;Z zamyślenia wyrywa mnie mocne pchnięcie. To jakiś przechodzień mnie potrąca. Jakby specjalnie, chociaż kto wie.&lt;br /&gt;– Uważaj jak chodzisz, smarkulo! – słyszę głos pełen złości.&lt;br /&gt;– To ty uważaj, chamie! – odzywasz się. Czuję jak mięśnie ręki, którą trzymam w swej dłoni napinają się. Narasta w tobie wściekłość. Zupełnie nie potrzebnie.&lt;br /&gt;– Czego chcesz, palancie? – Przechodzień odwraca się do nas. Chce, żeby konflikt się rozwinął.&lt;br /&gt;– Chcę ci uświadomić, że to ty popełniłeś błąd. – Zbliżasz się do intruza. Nasze dłonie rozdzielają się.&lt;br /&gt;– Ja nie popełniam błędów! Ale zaraz możesz się przekonać, że ty jesteś jednym, wielkim błędem! – Natręt podwija rękawy koszuli i rzuca się w twoim kierunku. Nawiązuje się walka. Wymiana ciosów w brzuch, twarz. Zasłaniam oczy. Boję się cię zatrzymać. Nie chcę przez przypadek oberwać. Przy walczących uświadamiam sobie, że jestem jak piórko. Siła mężczyzn, ich napięte mięśnie, furia wyzwolona przez to nic nie znaczące wydarzenie przerażają mnie. Jest to dla mnie coś nieznanego.&lt;br /&gt;Twój przeciwnik upada. Krew leci mu z nosa, ma poobijaną twarz. Nie zamierza wstawać.&lt;br /&gt;– Chodźmy stąd. – Bierzesz mnie za rękę. Odchodzimy z miejsca walki szybkim krokiem. Zostawiamy pobitego i grupkę gapiów, która zebrała się, chociaż bijatyka trwała krótko.&lt;br /&gt;Spoglądam na twoją twarz. Z rozwalonej skroni cieknie krew. Chyba tego właśnie chciałeś. Poczuć zapach krwi – swojej i przeciwnika.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Nie rozumiem skąd bierze się to cierpienie. Bo przecież jesteśmy razem. Lecz czuję, że się oddalamy. Nie potrafię wydobyć z siebie tych obaw i wyznać ci, co czuję. Pewnie i tak nic by to nie zmieniło. Czuję, że zbliża się katastrofa i nie możemy być razem. No właśnie. Nie możemy być razem. Chyba właśnie stąd to cierpienie…&lt;br /&gt;Teraz wszystko się skomplikowało. Prysła radość. Rozwiała się ta mgiełka. Słońce świeci, ale nie rozpuszcza betonowych ścian. Miasto dyszy. Rurami przelewa się woda. Za oknem: szczeka pies, ktoś gwiżdże, przejeżdżają samochody.&lt;br /&gt;Ja – zawieszona jestem między niepewnością, a [czymś groźnym, tym, czego nie da się dostrzec, gdy ma się otwarte oczy, czymś co ślizga się po skórze tuż przed zaśnięciem].&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;– Teraz nie myśl już o niczym… – mówię do ciebie i biorę cię za rękę.&lt;br /&gt;– Ale… Wciąż myślę o wspólnym życiu… i nie mam na nie żadnego pomysłu…&lt;br /&gt;– Przecież dobrze wiesz, że nie będzie żadnego wspólnego życia. Żadnej wspólnej przyszłości. Jest tylko krótkie teraz.&lt;br /&gt;Prowadzę cię do łazienki. Nasze stopy dotykają zimnej podłogi. Zdejmuję z ciebie ubranie. Zrzucam swoją koszulę i spodnie. Czuję na skórze chłód. Przytulam się do ciebie i teraz z jednej strony jest mi zimno, a przy tobie czuję ciepło. Obejmuję cię mocno rękami. Zupełnie tak, jakbym chciała zatrzymać cię przy sobie na zawsze. Tak blisko.&lt;br /&gt;Chcę dawać to, co we mnie najlepsze. Dlatego odnajdę to dobro, które we mnie tkwi. Wiem, że ono jeszcze nie zginęło. Dokopię się do niego. Trudne słowa staną się łatwe. Wszystko będzie właściwe i nie będę miała tylu wątpliwości.&lt;br /&gt;Wchodzimy pod prysznic. Odkręcam wodę. Ciepłe strumyki obmywają nasze ciała. Powietrze staje się gorące.&lt;br /&gt;Przesuwam dłońmi po twoich plecach. Patrzę na twoje ciało. Wiele blizn, znamion, znaków po tym, co było. Widzę na twojej skórze przeżyte lata, cierpienie, samotność, rany, które zagoiły się tylko powierzchownie – w środku pozostały nieczyszczone, ropiejące. Każdej twojej blizny dotykam ustami i językiem. Za chwilę będziesz wolny. Może ten ciężar odejdzie, kto wie.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Wstajesz z łóżka. Pochylasz się nad swoją torbą. Wyjmujesz z niej coś.&lt;br /&gt;– Wiesz, co to jest?&lt;br /&gt;– Nie… – odpowiadam niepewnie, chociaż dobrze wiem, co trzymasz w dłoniach.&lt;br /&gt;– To jest pistolet. Tu ma lufę, magazynek, zamek. A tak się strzela. Najpierw trzeba odbezpieczyć. Ujęcie chwytu w celu oddania strzału powoduje wciśnięcie bezpiecznika, przesunięcie jego ramienia do góry i odblokowanie szyny spustowej. Pistolet jest odbezpieczony. Weź go. No weź. Nie bój się.&lt;br /&gt;Biorę pistolet do rąk. Jest nieprzyjemny w dotyku. Obcy. Nie wiem, jak go trzymać.&lt;br /&gt;– Jestem gangsterem. Zabijałem ludzi. Nie chodzi o to, że żałuję i teraz ci się spowiadam. Męczy mnie to, że na pewne rzeczy jest już za późno. Jestem uwikłany w brudne sprawy, w paskudne sprawy. Nie mam prawa wiązać się z kimś, kochać, dbać o kogoś, bo automatycznie ta osoba też zostałaby wciągnięta w ten ohydny światek. Dzięki tobie udało mi się odnaleźć moją lepszą cząstkę. Tego właśnie chciałem.&lt;br /&gt;Zapada cisza. Wpatruję się w pistolet. Zastanawiam się, po co mi go dałeś. Na pewno nie zrobiłeś tego bez powodu. Świat zaczyna wirować, gdy powoli dociera do mnie, co zamierzasz.&lt;br /&gt;– Nie… – mówię. Mój głos brzmi jak jęk.&lt;br /&gt;– Przestań się mazać. Dobrze wiesz, że jesteś silniejsza ode mnie. Po prostu to zrób. Bez żadnych poże…&lt;br /&gt;Ba-bach!!! Wystrzał mnie ogłusza. Nie patrzę na padające ciało. Zostawiam broń i wybiegam z mieszkania. Poruszam się jak w głębokiej wodzie. Otumanienie miesza się ze wściekłością i czymś mrocznym we mnie samej. Czymś, czego do tej pory nie znałam. Chcę wrzeszczeć, ale kieruje mną zdrowy rozsądek. Nie histeryzuj. Wyjdź cicho, nie zwracaj na siebie uwagi, uciekaj, zniknij.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Co dalej? Dalej wspominam... Dziś czuję się jak na rozstaju dróg. Tylko, że te drogi są w gęstej mgle. Muszę zrobić krok, aby dowiedzieć się, co mnie czeka. Lecz, w którą stronę?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-3978130476151239659?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/3978130476151239659/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/romans-z-bronia-w-tle.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3978130476151239659'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3978130476151239659'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/romans-z-bronia-w-tle.html' title='Romans z bronią w tle'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh7uOrQipI/AAAAAAAAFG4/oNnEsPuGgF0/s72-c/07+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-1459609968786650836</id><published>2009-08-04T11:14:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:18:28.163-07:00</updated><title type='text'>Biuro</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh60hM-OYI/AAAAAAAAFGw/eUL_CYhgM-U/s1600-h/06+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh60hM-OYI/AAAAAAAAFGw/eUL_CYhgM-U/s320/06+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366173998696511874" /&gt;&lt;/a&gt;Kobiety w moim pokoju rozmawiają o porodach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Jola, posłuchaj się lekarzy, a jakby się z dzieckiem coś stało? Oczywiście, oczywiście. Bo na dzień dobry chciałam kurczaka. A surówka? Z marchwi? Do tego bym chciała żeby na stole stały ogórki i pomidorki. I pasztet teściowej. Bo chyba zrobimy jej kurczaka i kotlety? Frytki w piekarniku. Dobry pomysł. Bo szkoda się urobić. I ta moja kapusta kiszona. Trochę oliwy, cukier. Pamiętasz jak wszyscy jedli?  Paszteciki i barszczyk trochę później. Sałatkę nie wiem czy grecką. Jajka faszerowane i smalczyk. I pieczywo. No i cytrynóweczka będzie. Mam takie ekstra owoce. Nie zgryzie się? Coś ja chciałam jeszcze powiedzieć Bożenka… Co z napojami? Zawsze do kogoś idziemy z alkoholem, a my mamy u siebie. Bo ja i wino mam.&lt;br /&gt;Ja ci już tak tłumaczę. Jak krowie na rowie. A najważniejsze, że jest dzieciątko. I na pewno ma piękne włosy. I wszystko dobrze?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Acha. O porodzie, o imprezie, o mężach. Teraz ja. Piję kawę. Łyżka rozpuszczalnej, dwie i pół cukru, połowa kubka wody, połowa mleka. I łyżka. Uwielbiam pić kawę z łyżką. Smakuje o wiele lepiej.&lt;br /&gt;Na biurku papier, klawiatura. Myślę o sobie. Kawa zaczyna działać. Czuję wilgoć pod pachami. Granatowy kubek z kawą ma obtłuczenie na krawędzi. Widzę białe oko. Gapi się na mnie, chociaż nie ma źrenicy. Podnoszę kubek do ust. Upijam łyk. Dotykam językiem obtłuczenia, tego białego oka. Kobiety w pokoju mówią o nartach. W radiu piosenka o całowaniu. Denerwuje mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Bo to są inne numeracje. Chodź, pojedziemy teraz. A ja muszę tą sokowirówkę kupić. Bo ja mam takie rekreacyjne narty. Jaki masz rozmiar butów?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedzę na czarnym krześle obrotowym. Okręciłabym się raz to bym wyrzygała. Mam ochotę wypierdolić radio przez okno. Spokojnie. Nie spokojnie jest. Myślę. Zbyt szybko by zapisać. Pieką mnie usta. Dotykam warg palcami. Są podrażnione i gorące. Robi mi się tak, gdy jest mi duszno. W pokoju okna są zamknięte. Kurz między biurkami działa mi na nerwy. Mam sucho w nosie. Kobieta je chińską zupkę. W całym pokoju tym jedzie. Piję kawę. Pora coś wklepać do komputera.&lt;br /&gt;Doprowadzasz mnie do obłędu. Znowu stoję na krawędzi. Jest niebezpiecznie. Ja nie czuję, ja to wiem. Ratujesz mnie i upuszczasz. Gdy moja głowa ma uderzyć o bruk znowu łapiesz mnie i unosisz. Boję się, że zwariuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Dobryń Duży, Wola Dobryńska, stacja energetyczna, kod pocztowy 21-512, województwo lubelskie, powiat bialski, gmina Zalesie&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wklepuję dane. Znajdź adres w bazie, ustaw jako adres stacji w bazie. Rejestracja, weryfikacja, obliczenia, importuj, enter. To powietrze mnie męczy. I to pierdolone radio.&lt;br /&gt;Idę do łazienki. Uspokoję tu umysł. Otwieram okno w kabinie. Chłodne powietrze pomaga mi. Ale ale ale. Nie do końca. Panikuję. Duszę się. Muszę nakazać sobie, aby oddychać. Patrzę na białą glazurę, biały parapet, szyby w oknach obklejone czymś białym. Niebo też jest białe. Pokryte warstwą chmur. Biały kaloryfer (już grzeją), biała szczotka, biały kibel, biała deska klozetowa, na której siedzę, czerwona gałka od kaloryfera. Tu mają nowe kaloryfery. Bez żeberek. Te mnie nie fascynują. Nie pociągają mnie. Nie. Biała klamka, biała umywalka. Gówno.&lt;br /&gt;Kobiety wyszły z pokoju. Wybrały się do sklepu. Skorzystam z telefonu biurowego. Szary telefon. Barwne rozmowy.&lt;br /&gt;Chcę się z tobą kochać. Wypić z tobą szklankę mleka. Myślę o twoim&lt;br /&gt;Lubię gdy miesza się nasza ślina i włosy.&lt;br /&gt;Zostałam sama. Świetnie. Podlewam kwiatki (dracena deremańska, dracena obrzeżona, fiołek afrykański, papirus). Uchylam okno. Skaczę po pokoju. Dzwonię do ciebie. Serce bije mi tak mocno, jakby chciało przebić się przez żebra, wyskoczyć na świeże powietrze z tej klatki i uciec do ciebie.&lt;br /&gt;Tak długo ciebie szukałam. Tak długo przekonywałam samą siebie, że chcę cię znaleźć. Czy to wszystko dzieje się tylko z przyczyn biologicznych? Czy to co się ze mną dzieje jest jedynie wzorem chemicznym? Ten komputer działa tak wolno, że zaraz chyba trafi mnie szlag…&lt;br /&gt;Jak to jest, że doprowadzasz mnie do skrajnych stanów? Podniecasz mnie, łagodzisz mój chaos, pobudzasz, koisz nerwy, rozpalasz, dajesz, bierzesz, karmisz czekoladą, poisz śliną, grzejesz, a potem zostawiasz samą na zimną noc.&lt;br /&gt;O. Jeszcze godzina.&lt;br /&gt;Zrobiło mi się zimno. W pokoju pracuje drukarka i czajnik elektryczny. Radio też. W dalszym ciągu. Zimne dłonie, zimne stopy, zimne łydki. W głowie mi się kręci. Pracuje zszywacz, słyszę szelest kartek, karetka na sygnale za oknem. Weryfikacja i obliczenia. Muzyka z radia miesza się z sygnałem karetki. Chaos się nasila. Tracę kontakt z rzeczywistością.&lt;br /&gt;Moje ciało, moja skóra, moja głowa pochylona, uszy, oczy. Chcę je zostawić i odlecieć. Jestem tak blisko tej granicy. Ciało oddziela się od umysłu. Rety rety rety. Drżę i boję się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety z pokoju wychodzą zapalić. Jeszcze pół godziny. Odrywam się od rzeczywistości. Nie potrafię się zatrzymać. To jak zbieganie z górki. Z górki na pazurki. Ta pochyłość nie ma końca, a ja jestem już tak zmęczona. Zastanawiam się nad upadkiem. Będzie bolesny?&lt;br /&gt;Moja wiara to&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobiety rozmawiają o przeprowadzce, zakupach i filmach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;I musimy dogadać się z napojami. Chodzi o to żebyś powiedziała czy kupować czy nie. Bo nikt nic nie wie. Ale na pewno? Bo jak się nikt nie zgodzi to my kupimy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień kolejny. Biuro. Do końca: pięć godzin i dwadzieścia sześć minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze cztery godziny i czterdzieści cztery minuty. Fajny czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie i pół godziny. Kubek z kawą opróżniony do połowy. Myślę o tym, że gdy się spotkamy będę cię całować i opowiem ci o moim nowym pomyśle na zdjęcia.&lt;br /&gt;Problemy z komputerem i programem, na którym pracuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzynasta trzynaście. Czas się zatrzymał. Komputer już działa. Wolno, ale działa.&lt;br /&gt;Jak to jest, że moje serce i głowa zaczynają znów szybciej pracować? Kogoś obchodzą te emocje? Należy się nimi upijać czy wyrzygiwać je jak truciznę przez przypadek połkniętą? Myślę i zaczynam się mylić. Ale nie wiem jak poprawia się błędy w tym programie, więc zostawiam to tak jak jest. Ta praca nie wymaga myślenia. Czasem mnie to boli. Ale okej. Lecimy dalej. Weryfikacja, obliczenia. Klik, klik. Godzina trzydzieści dziewięć minut do końca. Mam ci dużo do powiedzenia, ale słowa to zdecydowanie za mało. Żeby to wyrazić musiałbym wymyślić nowy sposób komunikowania się. A może ten sposób już istnieje tylko muszę go odnaleźć…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt nic nie wie – mówi jedna z kobiet siedzących w pokoju. Stuk w klawiaturę, klikanie myszki, szum drukarki wypluwającej papier.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;&lt;br /&gt;Marcel to dobrze, odłóż te warzywa, nie jedz warzyw. Możesz sobie zrobić dwie zapiekanki. A parówki są. Wyrzuć te kartofle, bo one są stare. Są sprzed wczoraj. Odłożone dla psów. Jak zjesz to zadzwonię do ciebie za dwadzieścia minut, bo chcę żebyś się wziął za lekcje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec dał mu stare kurczaki, dał mu i podgrzał dziecku. Jak Marcel nie zje, to on zje sam. Stare kurczaki odłożone dla psów. Przypilnuj tego ojca. Jak z dzieckiem. Tragedia słuchaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyszłabym teraz z tej pracy. Więc dlaczego nie wychodzę? To się chyba nazywa poczucie obowiązku.&lt;br /&gt;Zmuszam się, aby funkcjonować w społeczeństwie. Aby spełniać oczekiwania. Czy daje mi to szczęście? Na pewno poczucie bezpieczeństwa. Pozornie wydaję się w porządku. Pozornie żyję jak inni. A kto to inni? To taka masa, która nie istnieje. To tylko wytwór, do którego niepewni siebie często się porównują. Ktoś wymyślił, że tak ma być, a ja w to uwierzyłam tak mocno, że stało się to moją rzeczywistością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzina dwadzieścia minut. Chce mi się spać. Dokończę pić kawę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5 X 2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-1459609968786650836?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/1459609968786650836/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/biuro.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1459609968786650836'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1459609968786650836'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/biuro.html' title='Biuro'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh60hM-OYI/AAAAAAAAFGw/eUL_CYhgM-U/s72-c/06+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-5931993480952154260</id><published>2009-08-04T11:13:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:14:17.537-07:00</updated><title type='text'>Robaki</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh6bMoX3gI/AAAAAAAAFGo/5JMJ2dbeXaI/s1600-h/05+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh6bMoX3gI/AAAAAAAAFGo/5JMJ2dbeXaI/s320/05+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366173563677564418" /&gt;&lt;/a&gt;Myślałam, że pomieszkam sobie w spokoju. Myślałam, że zbuduję wreszcie kokon z waty cukrowej. Ale nie udało się! Nie udało się, i jak zwykle musze uciekać. Szybciej!&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Zbiegam po kręconych schodach. Trzeba uważać – jeden nieuważny krok i nóżki połamane. Za mną gnają sąsiedzi. Są w tyle, ale doganiają mnie. Słyszę jak niezdarnie staczają się ze stopni. Hałas narasta. Już, już jeden z sąsiadów mnie ma, już chwyta mnie za dłoń... Zeskakuję z pięciu ostatnich stopni i wydostaję się na zewnątrz.&lt;br /&gt;Zalewa mnie światło. Nieeeeeeee! Muszę szybko się ukryć. Nie mogę znieść blasku słońca. Biegnę. Potrącam przechodniów. Oglądam się. Sąsiedzi pędzą za mną. Dostrzegam, że niektórzy już nie mogą złapać tchu. To przez upał. A ja bardzo lubię, gdy jest gorąco. Tylko denerwuje mnie to światło. Szybciej!&lt;br /&gt;Mijam sklepy, bazar; ratlerek starszej pani szczeka na mnie wściekle. Na szczęście jest na smyczy. Skręcam w uliczkę.&lt;br /&gt;Kamienice. Powybijane okna, odpadający tynk. Półmrok. Bardzo dobrze. Duchota. Wspaniale. Szara okolica. Odchody kotów. Dookoła pełno porozbijanych butelek, zaschniętego błota i połamanych chodnikowych płyt.&lt;br /&gt;Stare budynki są niezamieszkane. Wybieram najbardziej zniszczony. Podchodzę do drewnianych drzwi. Patrzę na wyryte w nich napisy. Kanciaste litery, krzywe słowa. Napieram na drzwi. Otwierają się opornie. Wchodzę do środka.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Wreszcie jestem sama. Wciągam powietrze. Zastanawiam się przez chwilę, nad tym co czuję. Kurz, pleśń i drewno. Robię sobie legowisko w kącie pokoju. Chodzę po mieszkaniu w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Rozglądam się po pokojach. W kuchni nic nie znajduję. Ostrożnie omijam potłuczone talerze. Jedzenia też tu nie ma. Koty i szczury już dawno wszystko wyjadły. Przynoszę z sypialni i pokojów narzuty, koce, ubrania – wszystko w strzępach. Nie przeszkadza mi to. Ważne żeby było miękko. Z zapadniętej kanapy biorę zakurzone poduszki. Układam je w moim gnieździe. Wreszcie miejsce do spania jest gotowe.&lt;br /&gt;Kładę się wśród poduszek i zakopuję się w nich.&lt;br /&gt;Wreszcie mogę odetchnąć. Moje ciało może się rozluźnić.&lt;br /&gt;Kiedy mija strach, przybywa smutek. Po moim policzku spływa łza. Dookoła jest cicho. Stary dom śpi. Umarł już ładnych parę naście lat temu. Teraz może przechowywać robaki. Robaki takie jak ja. W belkach, między panelami podłogowymi, w materacach, wciśnięte w dywany, w szafkach, na parapetach – wszędzie tam są robaki. Mieszkają, żyją, zjadają próchnicę, umierają, zjadają swoje ciała, składają jajeczka.&lt;br /&gt;Ciszę zakłóca pukanie w okno. Już jest. Pierwsza ćma. Obija się o szybę. Pac, pac, pac. Wreszcie udaje jej się trafić w szparę między okiennicami. Dostaje się do środka.&lt;br /&gt;Nie interesują mnie sprawy ludzi. Obserwowanie skrzydełek ćmy jest o wiele bardziej interesujące. Ludzkie słowa mnie ranią. Obecność wśród ludzi – męczy.&lt;br /&gt;Gdy wyjdę ze swojego kokonu będę miała skrzydełka. Cienkie i szeleszczące. Wtedy, w nocy, być może – polecę.&lt;br /&gt;Powieki stają się coraz cięższe. Usypia mnie duchota i trzepot skrzydełek ćmy.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Gdy znalazłam puste mieszkanie, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wysoki blok, na wielkim osiedlu wydawał mi się idealny. Mnóstwo ludzi, nikt w takim chaosie nie zapamięta mojej twarzy. Wydawało mi się, że zleję się z szarym betonem. Zniknę wśród zimnych ścian. Zamieszkałam na ostatnim piętrze, pod ostatnim numerem. Wychodziłam wieczorami po dżem truskawkowy i mleko. Starałam się nie rzucać w oczy. Jednak ludzie są ciekawscy. Umieją węszyć. A tego czego nie uda im się dowiedzieć – zmyślają.&lt;br /&gt;Zauważyli mnie. Zaczęli wypytywać. Nie hałasowałam, nie brudziłam na klatce schodowej, nie kąpałam się w nocy. Nie miałam nawet psa ani rozwydrzonego bachora. Nic. Im wystarczyło to, że byłam. To stanowiło dla nich problem.&lt;br /&gt;Może ich życie było nudne, a może moje wydało im się nadzwyczaj ciekawe. Może chcieli mi dokuczyć, a może sami nie wiedzieli, czego chcą.&lt;br /&gt;Skończyło się na tym, że byłam non stop obserwowana. Moje wieczorne zakupy stały się jeszcze bardziej nieznośne. Musiałam kupować inne produkty, aby nie wzbudzać podejrzeń. Chociaż wystarczały mi tylko dżemy i mleko, kupowałam też kiełbasę i makaron. Gdy wracałam do domu, gotowałam makaron razem z kiełbasą, a w środku nocy wywalałam wszystko przez okno. Bezdomne koty załatwiały resztę. A ja mogłam w spokoju popijać dżem mlekiem.&lt;br /&gt;Sąsiedzi wypytywali mnie o to, czy nie czuję się samotna, czy niczego mi nie brak i czy dobrze się czuję. Na wszystkie te pytania wyduszałam z siebie bełkotliwe odpowiedzi, które nic nie znaczyły. Oni jednak nie zwracali uwagi na to, co próbuję powiedzieć. Patrzyli na moje podkrążone oczy i białe dłonie. Dziwili się, dlaczego ciągle chodzę w czarnych sukienkach i w kapeluszach. Bez względu na pogodę i porę dnia.&lt;br /&gt;Nie troszczyli się o mnie – chociaż na to mogłyby wskazywać ich pytania. Chcieli tylko mnie zaczepić, sprowokować jakąś konfrontację.&lt;br /&gt;Minęły dwa miesiące i nadszedł moment, w którym musiałam pożegnać się z moim lokum. W środku dnia, gdy spałam, rozległo się walenie do drzwi.&lt;br /&gt;Zerwałam się z posłania na podłodze. Byłam w szoku. Odkąd się wprowadziłam, nikt do mnie nie przychodził. Serce biło mi w zawrotnym tempie.&lt;br /&gt;Walenie powtórzyło się. Zastygłam i czekałam.&lt;br /&gt;Rozległ się zgrzyt i trzask. Jeden z sąsiadów wywarzył drzwi. Na klatce schodowej ujrzałam dużą grupę ludzi. Również policjantów.&lt;br /&gt;– Mieszkasz tu nielegalnie – odezwał się jeden z mundurowych. – Nie płacisz za mieszkanie, nie jesteś zameldowana, nie pracujesz, nie masz męża i podobno wychodzisz tylko wieczorami.&lt;br /&gt;– Ale przecież nie używam prądu! – broniłam się.&lt;br /&gt;– Haha! – zaśmiał się dozorca. – Wystarczy to, że jesteś. To już jest przestępstwo. A teraz, zobaczmy, co tu trzymasz!&lt;br /&gt;Tłum wtargnął do pokoju. Sąsiedzi i policjanci zaczęli przyglądać się stertom słoików po dżemach i kartonom po mleku. Deptali je i niszczyli.&lt;br /&gt;Wycofałam się pod ścianę. Powoli przesuwałam się w stronę drzwi.&lt;br /&gt;– No proszę! Wygląda na to, że zamieszkała u nas meneliczka! – odezwała się oburzona sąsiadka. Jej podgardle zadrżało. – Wredny pasożyt!&lt;br /&gt;– Ciekawe skąd brała pieniądze na to wszystko! – zaskrzeczał dziad z parteru. – Złodziejka!&lt;br /&gt;– A cóż to! – wykrzyknęła żona i zarazem matka z drugiego piętra.&lt;br /&gt;Skorzystałam z tego, że na chwilę odwrócili ode mnie wzrok. Prześliznęłam się do wyjścia i pobiegłam. Niestety zobaczył mnie synalek matki i żony.&lt;br /&gt;– Ta... ta... larwa ucieka! – wykrztusił.&lt;br /&gt;Zaczęła się wielka ucieczka. Zbieganie po schodach. Panika. Serce biło mi tak szybko, jakby chciało przebić się przez żebra i skórę.&lt;br /&gt;Jedna myśl: znaleźć nowe miejsce. Nowe, bezpieczne miejsce. Nie rzucać się w oczy. Ukryć się. Teraz wiedziałam, że nie mogę wpraszać się do bloku zamieszkanego przez ludzi. Musiałam znaleźć miejsce, gdzie nie ma sąsiadów. Nie ma spojrzeń, pytań, mężów, żon, bachorów i niezręcznych sytuacji.&lt;br /&gt;Większość sąsiadów pobiegła za mną. Ci którzy zostali, długo przypatrywali się temu, co tak przeraziło jedną z sąsiadek. Kobiety zakrywały usta i krzywiły się z niesmakiem. Mężczyźni marszczyli brwi i próbowali ukryć panikę.&lt;br /&gt;Na podłodze, przed nimi leżałam ja.&lt;br /&gt;Tylko, że to nie byłam prawdziwa ja. To była tylko moja powłoka. Zrzucona skóra.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Budzę się. Nie wiem, gdzie jestem. Chcę sobie przypomnieć. Chcę uspokoić oddech. Moje serce bije tak szybko. Za szybko. Leżę. W cieple. Wszystko jest rozmazane. Skupiam wzrok na suficie. Kształty się formują.&lt;br /&gt;Uświadamiam sobie, gdzie leżę. Przypomina mi się, co wczoraj się wydarzyło. Przygniata mnie smutek i poczucie beznadziei. Ale dziś nie jestem sama.&lt;br /&gt;Czuję delikatny dotyk na skórze. Po mojej ręce pełznie gąsienica. Po twarzy biegają mrówki. W powietrzu unoszą się ćmy, komary, muchy i ważki. Ziewam. Z moich ust wychodzi pająk. Jego włochate nogi dotykają moich ust. Uśmiecham się. Pająk ciągnie za sobą srebrzystą nić. Powoli, dostojnie idzie i oplata mnie pajęczyną.&lt;br /&gt;Czuję się źle, ale kokon ochroni mnie przed innymi.&lt;br /&gt;Nie muszę słuchać ludzkich krzyków.&lt;br /&gt;Po dwóch godzinach oplata mnie delikatna warstewka kokonu. Utworzyły ją owady. Pająki utkały sieć, mrówki lepiły ją z przerzutej próchnicy. Owady sklejały kurz swoją śliną, nakładały szczątki roślin i nieżywych owadów.&lt;br /&gt;Zasypiam. Ciepło.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Gdy budzę się ponownie, czuję spokój. Wiem, że spałam kilkanaście dni. Czuję na sobie grubą warstwę kokonu. Nie ma strachu. Nie ma ciężaru w ciele. Nie ma dźwięków, światła, ani zapachów.&lt;br /&gt;Ciemność, czerń. Czuję wilgoć na całym ciele. Przedostaje się do moich płuc.&lt;br /&gt;Moje ciało budzi się z długiego wypoczynku. Zaczyna pulsować.&lt;br /&gt;Nie chcę wstawać. Mogłabym leżeć tak do śmierci.&lt;br /&gt;Ale ciało chce się przebudzić. Przypominam sobie, że mam ręce, nogi, głowę. Napinam mięśnie. Uświadamiam sobie swoją masę. Wyczuwam palce u stóp.&lt;br /&gt;Powracają zmysły. Czuję ciepło, oddech przyśpiesza, robi mi się duszno. Chcę wyjść. Chcę powietrza.&lt;br /&gt;Poruszam dłońmi. Powoli, spokojnie. Uczę się jak poruszać palcami. Prostuję je i przebijam się przez kokon. Czuję na opuszkach powietrze. Przebijam głową warstwę kokonu. Biorę głębszy oddech. Zdejmuję z siebie ciepłą powłokę. Mrugam oczami, aby odzyskać wzrok. Zaczynam widzieć coraz wyraźniej. Dookoła mnie, na ścianach, na podłodze, na zrujnowanych meblach są owady. Pokój wygląda jakby żył. Faluje i wciąż zmienia kształt. Lśni albo ciemnieje. Pomieszczenie wypełnia bzyczenie. Każdy owad wydaje z siebie inny dźwięk. Wszystkie te odgłosy łączą się w niskie, pulsujące brzmienie.&lt;br /&gt;Gdy pozbywam się resztek kokonu z mojego ciała, sięgam ręką do pleców. Wyczuwam delikatne, szeleszczące skrzydełka. Są pogięte. Do mojego umysłu powoli dociera informacja, że wreszcie mam skrzydła. Zaczynam nimi czuć. Siłą woli rozprostowuję je.&lt;br /&gt;Trwa to kilka chwil, ale po wyjściu z kokonu upływ czasu nie jest dla mnie istotny. Teraz, najważniejsze jest to, aby zrealizować cel. Rozprostować skrzydła. Zamachać nimi. Polecieć.&lt;br /&gt;W tym czasie owady stają się nerwowe. Czują, że niebawem coś się wydarzy. Szykują się do drogi, do lotu. Machają swoimi skrzydełkami. Błyskają chitynowe pancerzyki.&lt;br /&gt;Zbliżam się do jednej z szaf z potłuczonym lustrem. W odłamkach szkła oglądam moje skrzydła. Są już całkiem proste. Przezroczystą błonę pokrywają czarne żyłki. Skrzydła drżą.&lt;br /&gt;Przeciągam się. Moje ciało powraca do życia całkowicie.&lt;br /&gt;Macham skrzydłami. Jest cudownie. Po kilku ruchach moje ciało odzyskuje dawną sprawność.&lt;br /&gt;Zbliżam się do okna. Owady na podłodze usuwają się z drogi.&lt;br /&gt;Wybijam pięścią brudną szybę. Do pokoju dostaje się słońce i świeże powietrze.&lt;br /&gt;Światło już mnie nie drażni. Widok nieba sprawia, że nie muszę zastanawiać się jak wzbić się w powietrze. Wszystko dzieje się samo. Skaczę z parapetu i już lecę. Unoszę się wyżej. Pod sobą widzę kamienicę, w której się schroniłam. Czuję na ciele przyjemny wiatr. Moje skrzydła odnajdują prądy powietrza, na których się unoszę.&lt;br /&gt;Za mną leci chmara robaków. Po ulicy pełznie czarna plama. Owady, które nie potrafią latać zbiły się w grupę i także wyruszyły. Idą po ulicy, wchodzą na budynki, omijają kałuże.&lt;br /&gt;Wydostajemy się z nieprzyjaznej dla ludzi okolicy. Wkraczamy w świat równych chodników, sklepów, bloków mieszkalnych, kobiet, mężczyzn i dzieci.&lt;br /&gt;Dostrzegam z góry pierwszych przechodniów. Ci którzy nas zauważyli  przystają, patrzą się, nie wiedzą czym jesteśmy.&lt;br /&gt;Gdy zbliżamy się do nich, niektórzy decydują się na ucieczkę. Omijamy tych, którzy zostali. Nie chcemy ich zjeść. Mamy inny cel. Czasem tylko mrówki przejdą po kimś, nie zauważając, że to człowiek. Taka osoba dostaje ataku paniki. Miota się i krzyczy. Mrówki nie robią nic złego. Dopóki nikt im nie zagraża.&lt;br /&gt;Głód. Pora coś zjeść. Zniżam lot. Szukam sklepu spożywczego. Ląduję. Chodzenie jest w porównaniu z lataniem niewygodne. Po paru krokach przyzwyczajam się do poruszania na nogach.&lt;br /&gt;Wybrałam mało ruchliwą ulicę. Nie potrzebujemy, żeby jakiś szaleniec nas rozjechał.&lt;br /&gt;Jest tu mały sklep z warzywami, owocami i innym jedzeniem. Ludzi jest tu niewielu. Przechodnie, którzy nas widzą uciekają. Przemieszczające się owady wyglądają jak czarna powódź.&lt;br /&gt;Wchodzimy do sklepu. Owady momentalnie zakrywają swoją masą owoce i warzywa. Włażą na półki. Nie zwracają uwagi na sprzedawcę. Chodzą po nim, zakrywają jego twarz. Mężczyzna zaczyna krzyczeć, ale szybko przestaje, gdy parę insektów dostaje się do jego ust.&lt;br /&gt;Znajduję dżem truskawkowy. Otwieram słoik i wyjadam zawartość. Popijam mlekiem. Dobre, słodkie mleko. Jestem najedzona.&lt;br /&gt;Ruszamy dalej. Zostawiamy sklep. Na pułkach ostały się tylko konserwy, szklane butelki i słoiki. Po owocach i warzywach nie zostało śladu.&lt;br /&gt;Sprzedawca leży na podłodze. Jest nieprzytomny.&lt;br /&gt;Wzbijam się w powietrze. Ruszamy. Wszyscy.&lt;br /&gt;Chcę dotrzeć do bloku, w którym mieszkałam przed napaścią sąsiadów. To miejsce jest idealne.&lt;br /&gt;Zbliżam się do znajomego osiedla. Przelatuję nad podwórkami, placami zabaw i sklepami. Przed nami blokowisko. Mam zamiar wylądować na dachu. Moje stopy są coraz niżej. Wreszcie dotykają czarnego dachu. Chmara owadów osiada na antenach, wiruje nad budynkiem, kłębi się u mych stóp.&lt;br /&gt;Kieruję się do zejścia na niższe piętra. Otwieram klapę w dachu. Schodzę powoli po metalowej drabince. Dostaję się na klatkę schodową. Moi towarzysze ruszają za mną.&lt;br /&gt;Znajomy zapach. Ale to się zmieni. W tym miejscu będzie pachniało tak jak ja chcę.&lt;br /&gt;Krzyczę. Mój krzyk roznosi się po całym budynku. Niesie się po rurach.&lt;br /&gt;Sąsiedzi wychodzą ze swoich mieszkań. Są oburzeni.&lt;br /&gt;Owady atakują. Wbijają żądła, gryzą, wstrzykują jad w ludzką skórę. Oburzenie sąsiadów przemienia się w strach i panikę. Próbują się bronić, lecz insektów jest zbyt wiele. Oblepiają całe ludzkie postacie. Wlatują do nosa, ust, uszu, zaklejają oczy.&lt;br /&gt;Chaos. Krzyki. Tupot stóp. Ludzie zbiegają po schodach, przewracają się, wyskakują przez okna. &lt;br /&gt;Plądrujemy, zjadamy co się da. Wyganiamy ludzi. Z gabloty antypożarowej zabieram siekierę. Rozwalam drzwi mieszkań, meble, uderzam narzędziem w ściany i podłogi. W betonie powstają głębokie bruzdy.&lt;br /&gt;Ludzkie krzyki cichną. Blok pustoszeje. Roje owadów szaleją po korytarzach.&lt;br /&gt;Teraz pora zacząć budowanie. Urządzamy to miejsce po swojemu.&lt;br /&gt;Betonowy twór przekształcamy w miękki kokon.&lt;br /&gt;Ściany stają się biało żółte, są pokrywają się wydzielinami owadów. Okna zakrywam szczątkami mebli. Robi się ciepło i wilgotno. Ogarnia mnie senność. Jeszcze nie mogę spać. Czeka mnie wiele pracy.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Nasze dzieło: kokon wielkości dziesięciopiętrowego bloku. Oklejony pajęczymi sieciami. Kto się zbliży – zostanie wtopiony w kokon. Zginie w lepkich, pajęczych zwojach.&lt;br /&gt;Jest nam ciepło. Stworzyliśmy królestwo. Mamy zamiar je rozprzestrzenić na całe osiedle. Spokojnie. Blok po bloku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8 IV 2008&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-5931993480952154260?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/5931993480952154260/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/robaki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5931993480952154260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5931993480952154260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/robaki.html' title='Robaki'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh6bMoX3gI/AAAAAAAAFGo/5JMJ2dbeXaI/s72-c/05+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-4233938472555100841</id><published>2009-08-04T11:10:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:12:10.089-07:00</updated><title type='text'>Przyjaciółka</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh57QQ0SPI/AAAAAAAAFGg/6kL5eJF490k/s1600-h/04+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh57QQ0SPI/AAAAAAAAFGg/6kL5eJF490k/s320/04+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366173014896691442" /&gt;&lt;/a&gt;Przyszła do mnie. Rozebrała się i położyła na podłodze. Boże, jak ona szybko zrzuciła to ubranie! Udałem oburzenie. Zakłopotanie. Tak naprawdę podobało mi się to, co zrobiła. Chciałem jej dotknąć. Cholerna kusicielka. Biała skóra. Wstydziłbym się do końca życia. Co za wredota. Zwróciłem jej uwagę, że leżenie na terakocie jest niebezpieczne. Zimno, przeziębienie, ból gardła, ból głowy, łamanie w kościach, kaszel, a na koniec smarki. Chodź to cię wyleczę... Pomogłem jej wstać (piękne ramiona, mogłem dotknąć ich bezkarnie). Ubrałem ją. Przesuwałem dłońmi po jej ciele. Była zimna. Słodkie. Urocze. Rewelacyjne. Niby przypadkiem, zupełnie przypadkiem.&lt;br /&gt;Potem usiadła na kanapie. Wzięła poduszkę na kolana. Popatrzyła na mnie i powiedziała coś (nie mogę sobie przypomnieć!).&lt;br /&gt;Poszedłem do kuchni. Zrobiłem herbatę, żeby się rozgrzała.&lt;br /&gt;(powiedziała: „chciałeś”)&lt;br /&gt;Woda szybko się zagotowała. Zalałem listki wrzątkiem. Patrzyłem, jak woda zmienia kolor. Ładnie się zaparzyła. Jak ładnie. Zaniosłem jej herbatę.&lt;br /&gt;Upiła łyk. Jak można pić taki gorąc? Gardło sobie poparzyła... Taka była. Z jednej skrajności w drugą. Zimna podłoga, gorąca herbata. Dlatego&lt;br /&gt;(powiedziała: „chciałeś”)&lt;br /&gt;nie byłem dla niej odpowiedni. Byłem zbyt zwyczajny. Szary. Śmieszny. A ona? Gwiazda! Piękna, lubiana, dobrze ubrana. Długie włosy, lśniące, pewne ruchy, pewny krok. Przebojowość, elegancja. Buty na wysokich obcasach.&lt;br /&gt;(powiedziała: „chciałeś mnie”)&lt;br /&gt;Więc po co przyszła? Chciała się zabawić moim kosztem, albo miała jakiś plan. Chciała mnie wykorzystać do swoich celów. Zagrać ze mną. Znudzona pani mojego losu.&lt;br /&gt;Piła herbatę. Gdy skończyła, rzuciła kubkiem o podłogę. Dobrze, że nie dałem jej mojego ulubionego. Nudziarz, swoje ukochane kubki zostawia zawsze dla siebie. Gościom daje specjalne kubki, z których sam nigdy nie pije. Krzyknąłem, złapałem się za głowę. Jakby się świat zawalił. Po prostu się przestraszyłem. To było takie niespodziewane. Przypomniałem sobie, co powiedziałaś. O co ci chodziło, do cholery!?&lt;br /&gt;(powiedziała: „chciałeś mnie dotknąć, ale nie zrobiłeś tego”)&lt;br /&gt;Rozmawialiśmy o czymś nieistotnym. Jakby nic się nie stało. A co się stało? Co decyduje o tym, że coś jest straszne, a coś nie? Zakręciłem się jak zwykle. Zagubiłem się. Jestem taki nieczuły.&lt;br /&gt;Więc rozmawialiśmy. O pracy, znajomych, muzyce i książce, którą obecnie czytałem. Jakiś kryminał. Wtedy powiedziała, że ma dziewczynę. Spotyka się z kobietą. Kocha ją. Uwielbia. Zna ją od dwóch miesięcy i...&lt;br /&gt;Czy ona lubi obserwować moje reakcje? Czy dlatego robi i mówi takie... niespodziewane rzeczy?&lt;br /&gt;Powiedziałem, że ja też ją kocham. To było kłamstwo. Poderwała się z kanapy. Wyszła. Uciekła.&lt;br /&gt;Tego kłamstwa brzydziłem się długo. Żałowałem.&lt;br /&gt;Ona mogła zrobić ze mną wszystko. Mogła powiedzieć mi, co chciała. Mogła o wszystko mnie poprosić. Ale ja nie mogłem oczekiwać od niej nic. Na oczekiwaniach można się nieźle przejechać. I nieźle wypierdolić.&lt;br /&gt;Zadzwoniłem do przyjaciółki. Błagałem ją, żeby przyszła. Wrzeszczałem do słuchawki. Nawet nie zauważyłem, że ją odłożyła. Zadzwoniłem jeszcze raz. Kochana przyjaciółka. Przeprosiłem. Opowiedziałem jej, co się stało. Opowiedziałem jej o niej. I o jej dziewczynie. Czułem się taki niepotrzebny. Odrzucony. Niedowartościowany, wybrakowany. Chciałem, żeby przyjaciółka przyjechała. Rozłączyła się.&lt;br /&gt;Przyjaciółka nie pozwalała się dotykać. Nie mogłem zbliżać się do niej bliżej niż na metr. Podchodziła bliżej tylko wtedy, gdy mnie biła. Szarpała mnie za włosy, wbijała paznokcie w skórę albo gryzła. Mam kilka blizn.&lt;br /&gt;Lubiłem to. Były to jedyne momenty, gdy przyjaciółka była tak blisko mnie. Czułem jej oddech, widziałem jej oczy z bliska.&lt;br /&gt;Przyjaciółka była samotna. Z nikim się nie wiązała. Nikt jej nie interesował. Była chłodna, ale wiedziałem, że mnie rozumie. Nasza przyjaźń. Nie niszczyliśmy jej miłością.&lt;br /&gt;W każdej chwili mogłem do niej zadzwonić. Spotykaliśmy się kilka razy w miesiącu. Opowiadałem jej, jak spędzam czas. Ona mówiła o ludziach, którzy podchodzili za blisko niej i jak bardzo ją to boli. Czasami żaliła się, że nikt jej nie rozumie.&lt;br /&gt;Przyjaciółko. Chciałbym dotknąć twojej twarzy. Po prostu sprawdzić, czy jest prawdziwa.&lt;br /&gt;Przyjaciółka była piękna, ale odpychała od siebie ludzi. Była uważana za nieufną, samolubną, oschłą i nienormalną. Tylko ja wiedziałem, że nie należy przy niej zbyt szybko mówić, podchodzić za blisko, patrzeć w oczy dłużej niż sekundę, zwracać uwagi na jej dłonie, chwalić jej, krytykować, rozmawiać o pogodzie, mężczyznach, związkach, bogu, diable i kaloriach. Każdy ma jakieś wymagania. Gdy się je pozna, znajomość ma szansę przebiegać harmonijnie.&lt;br /&gt;Spojrzałem na telefon. Zrobiło mi się przykro, że tak zakończyła się ta rozmowa. Nie powinienem był dzwonić do niej w takim stanie.&lt;br /&gt;Poszedłem na cmentarz. Było zimno. Jesień. Zachmurzone niebo. Mżawka. Liście chrupały pod moimi stopami. Wszystko szare albo brązowe. Przekroczyłem czarną, masywną bramę cmentarza. Znalazłem się w innej rzeczywistości. Wiatr mnie otulił. Przestałem czuć zimno. Spacerowałem między grobami. Niektóre płyty były wysprzątane, z kwiatami, zniczami. Inne zarośnięte, przykryte nadgniłymi liśćmi. Czytałem imiona i nazwiska zmarłych.&lt;br /&gt;Dobrze, że nie mam rodziny. Nikt mnie nie pochowa i nie będzie łaził co roku, żeby zapalać świeczki.&lt;br /&gt;Teraz sam mógłbym położyć się miedzy grobami.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Gdy wróciłem z cmentarza zastałem przyjaciółkę u siebie. Mieliśmy klucze do swoich mieszkań. Na wszelki wypadek. Żebyśmy mogli do siebie wpadać w nieoczekiwanych momentach. I grzebać w szafach, czytać dzienniki, oglądać telewizję, wyjadać zawartość lodówki.&lt;br /&gt;Przyjaciółka siedziała przy stole w dużym pokoju. Czytała gazetę. Była ubrana w czarną, wełnianą sukienkę, czarne rajstopy i czarne pantofle. Zerknąłem na jej nogi. Wpatrywałem się dość długo. W końcu uświadomiłem sobie, że ona na pewno wie, że się gapię. Spojrzałem na okno. Mdły dzień zmieniał się w szary wieczór.&lt;br /&gt;Chciałem porozmawiać, ale nie potrafiłem zacząć. Miałem ochotę wziąć przyjaciółkę w ramiona, zanieść ją na łóżko, ułożyć na poduszkach i lizać jej stopy. Ale najpierw musiałbym zdjąć z niej rajstopy... Pierdolone rajstopy!&lt;br /&gt;Szelest gazety. Przyjaciółka przekręciła stronę. Czytała dalej ignorując mnie.&lt;br /&gt;Nie wiedziałem czy usiąść, czy wyjść. Prowadziłem wewnętrzną walkę. Byłem pewny, że jeśli coś zrobię (dotknę jej), będę żałował tego do końca życia. Jeśli nie można nic uczynić, trzeba zacząć mówić. Opowiadanie o tym co się czuje, jest trudne. Kosztuje wiele wysiłku. Potem tylko się żałuje. Człowiek staje się otwarty tylko na chwilę. Wyjawia swoje myśli. Chwila mija i pozostaje pytanie: „Po co?”. Świat się wali. Wszystko staje się zniekształcone i drażni. Wstyd patrzeć ludziom w oczy.&lt;br /&gt;– Jesteś piękna – odezwałem się. Mój głos zabrzmiał tak, jakbym miał dziewięćdziesiąt lat. Odkaszlnąłem. – Czy mogę...&lt;br /&gt;– Nie mów głupstw. Potem będziesz żałował – przerwała mi. Złożyła gazetę i rzuciła ją na stolik.&lt;br /&gt;– Słoneczko, dlaczego jesteś taka oschła? – spytałem.&lt;br /&gt;– Bo tylko taka potrafię być. Nie oczekuj, że zmienię się specjalnie dla ciebie.&lt;br /&gt;– Myślałem, że ci na mnie zależy...&lt;br /&gt;– Nie manipuluj mną, bo wyjdę i zostawię się samego.&lt;br /&gt;Nie chciałem zostawać sam! Nie w tym stanie. Teraz przyjaciółka manipulowała – mną. Jej zawsze wszystko wolno! Dlaczego ona może pozwolić sobie na tak wiele, a ja nie?! Dlaczego ja mam uważać i się kontrolować, a ona może być sobą i niczym się nie przejmować? Nie wkłada żadnego wysiłku w naszą znajomość.&lt;br /&gt;– Znamy się już... ile? – Zamyśliłem się. – Parę lat. Pomyślałem, że mogłabyś się przełamać. Stać się odrobinę czulsza. Nie jest ci ciężko wciąż trzymać tak innych na dystans?&lt;br /&gt;– Nie. Ale ty chyba masz z tym duży problem. Przeszkadza ci to jaka jestem?&lt;br /&gt;– Nic nie rozumiesz! Ona mnie zostawiła! Zostawiła mnie dla jakiejś kobiety! A przecież wiesz, jak się zachowywała. Przychodziła do mnie i nocowała w moim łóżku. W samej bieliźnie! A ja musiałem leżeć w wannie. Z zimną wodą.&lt;br /&gt;– Nie potrzebnie jej pozwalałeś.&lt;br /&gt;– Chciałem tego. Dzięki niej moje życie stało się ciekawsze.&lt;br /&gt;– I bardziej bolesne.&lt;br /&gt;– Mimo wszystko nadal uważam, że jesteś piękna.&lt;br /&gt;– Nie zaczynaj.&lt;br /&gt;– Uwielbiam cię. Jesteś moją ulubioną osobą na świecie. Moją jedyną przyjaciółką.&lt;br /&gt;– A ty jesteś moim przyjacielem. I chcesz zniszczyć to, co nas łączy.&lt;br /&gt;– Daj mi rękę. Tylko na chwilę.&lt;br /&gt;– Nie.&lt;br /&gt;– Mogę usiąść obok ciebie? Włączę muzykę. Posiedzimy przez jedną piosenkę.&lt;br /&gt;Podszedłem do odtwarzacza. Wybrałem płytę Johna Lee Hookera. Zabrzmiała muzyka.&lt;br /&gt;– Więc nie potrafisz się powstrzymać?&lt;br /&gt;– Nie potrafię ci się oprzeć.&lt;br /&gt;– Wiesz co? Może to jakaś choroba?&lt;br /&gt;Jak mogła tak powiedzieć?! Idiotka. Na nikim jej nie zależało. Jak mogła. Jedyna osoba, którą tak dobrze znam. Potrafi tylko ranić. Słodka. Moja ulubiona.&lt;br /&gt;Następnie wydarzyło się coś, o czym nie potrafię opowiedzieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjaciółka&lt;br /&gt;Przestraszył mnie. Pierwszy raz podszedł tak blisko mnie. Nikt o oczywiście nie wie, co czuję, gdy ktoś tak się przybliża. Kogo to obchodzi? Ludzie to ignoranci. Dbają tylko o siebie, a na słabych srają ile się da. Zwłaszcza faceci. Nieczuli, gruboskórni, bezczelni. Zaufaniem trzeba obdarowywać po trochu. A najlepiej wcale. Można się nieźle przejechać. Chamy.&lt;br /&gt;Przypadkowe dotknięcie odczuwam jeszcze przez parę minut. Czuję je na skórze, gdy jest już po wszystkim. I nie znoszę tego. Nie potrafię się tego pozbyć. Czuję się tak, jakby ktoś oblepiał mnie smołą. Myśli zaczynają się plątać. Rzeczywistość przygniata.&lt;br /&gt;Zaufałam mu. Oczywiście nie do końca. Ale bardziej niż komukolwiek.&lt;br /&gt;Podszedł do mnie. Objął mnie. Poczułam zapach jabłek i herbaty. Pomyślałam: „No tak. On żre ciągle jabłka i żłopie herbatę. Słodzi herbatę. Jak tak można? Nie rozumiem!!!”. Wtulił głowę w moją szyję, jakbym była jego mamuśką. Wtedy poczułam słaby zapach dezodorantu i swąd potu. Powiedział coś cicho. Nie zrozumiałam, bo w mózgu miałam kipiący gar pełen gówna.&lt;br /&gt;Ugryzłam go w szyję. Zacisnęłam zęby najmocniej jak potrafiłam. Poczułam słony smak. Potem słodycz. Ciało było miękkie. Nawet nie krzyknął. Chyba był w szoku. Wydawało mi się, że zemdlał. Nie jestem pewna, bo nie patrzyłam. Uciekłam, nie oglądając się na niego. Zbiegając po schodach otarłam usta dłonią. Zobaczyłam krew. Sporo. „Niech umrze” – pomyślałam. „Mi na nim nie zależy. Właśnie tacy są przyjaciele”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ona&lt;br /&gt;Lubiłam go. Potrafił być miły. Ale nigdy go nie kochałam. Jestem dziewczyną, która lubi zabawę, a nie stałe, nudne związki, które ograniczają. Był sympatyczny, spokojny, słuchał mnie. Wystarczało mi to, że był moim znajomym. Zadowalało mnie to, by go odwiedzać co jakiś czas. Ale żeby znaczył dla mnie coś więcej? Był nudziarzem, nie umiał tańczyć i brakowało mu szczypty szaleństwa, którą tak cenię u ludzi.&lt;br /&gt;To prawda, czasem mi odbijało. Rozbierałam się przy nim, tańczyłam w samych majtkach, głaskałam go po głowie. Ale to dlatego, że był taki niewinny. Nie patrzył na mnie jak na obiekt. Nie oceniał mnie. Tylko się uśmiechał. Gdy robiłam głupstwa, nie prowokował mnie. Wydawało mi się, że mnie rozumie. Myślałam, że jesteśmy dobrymi kumplami, którzy nie muszą mieć przed sobą tajemnic. W końcu domyśliłam się, że się we mnie podkochuje. Bawiło mnie to. Drażniłam się z nim. Był taki głupi i nieporadny. Wydawało mi się to zabawne. Coraz częściej gapił się na mnie. Jakoś tak dziwnie. Bezwstydnie. Przestało mi być przyjemnie. Wyznałam mu, że mam dziewczynę. Miałam zamiar już więcej się z nim nie widywać. Ale po jakimś czasie postanowiłam go odwiedzić.&lt;br /&gt;Zapukałam, postałam chwilę pod drzwiami. W końcu nacisnęłam na klamkę i okazało się, że drzwi nie są zamknięte na zamek.&lt;br /&gt;Weszłam do środka. Poczułam smród, a potem ujrzałam trupa. To był on! Poznałam go po kapciach. Bo twarz... to już nie była jego twarz. Gardło rozszarpane, całe we krwi, sweter też nasiąkł krwią, stał się czarny. To było straszne. Nie mam pojęcia, kto mógłby zrobić coś takiego!&lt;br /&gt;Zadzwoniłam na policję.&lt;br /&gt;Po tym wszystkim byłam w ogromnym szoku. Na szczęście pomogła mi moja dziewczyna. Rozmawiałyśmy, zamieszkałam u niej na jakiś czas, bo bałam się wychodzić gdziekolwiek sama. Miałam koszmary... A ona była zawsze przy mnie.&lt;br /&gt;Moja najlepsza przyjaciółka.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-4233938472555100841?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/4233938472555100841/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/przyjacioka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/4233938472555100841'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/4233938472555100841'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/przyjacioka.html' title='Przyjaciółka'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh57QQ0SPI/AAAAAAAAFGg/6kL5eJF490k/s72-c/04+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-8300015462456726734</id><published>2009-08-04T11:07:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:09:28.404-07:00</updated><title type='text'>Ciśnienie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh5H7RQFdI/AAAAAAAAFGY/EFU1odiIL48/s1600-h/03+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh5H7RQFdI/AAAAAAAAFGY/EFU1odiIL48/s320/03+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366172133088040402" /&gt;&lt;/a&gt; Teleturniej polegał na tym, że nieznane osoby miały uprawiać ze sobą seks. Wszczepione nanoroboty informowały widzów o poziomie podniecenia i przyjemności czerpanej z aktu płciowego.&lt;br /&gt;Do kolejnego etapu przechodziły te osoby, których poziom satysfakcji seksualnej był najwyższy. Pary były dobierane losowo.&lt;br /&gt;Program cieszył się ogromną oglądalnością.&lt;br /&gt;Podczas dwudziestej trzeciej edycji jedna z zawodniczek finałowych udusiła swojego partnera udami. Ponieważ show było emitowane na żywo, brutalne morderstwo obejrzały miliony widzów. W tym dzieci i osoby powyżej pięćdziesiątego roku życia (wiek uznany za pułap zawałowy – ludzie, po osiągnięciu tego wieku muszą zażywać profilaktycznie leki na serce).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomysłodawca i reżyser programu:&lt;br /&gt;Chciałem dostarczyć ludziom rozrywkę. Pokazać coś nowego, coś, co zainteresuje. Telewizja przestała się rozwijać. Stanęła w martwym punkcie. Wiadomości, plotki, programy muzyczne, reality show, bloki reklamowe... Włączamy telewizor, po to żeby wyłączyć. Nic nie przykuwa uwagi. Nie chce się śledzić losów telewizyjnych bohaterów tak, jak to bywało na początku dwudziestego pierwszego wieku. Dlatego postanowiłem coś zmienić. Wymyślić coś, czego jeszcze nie było. Prawdę mówiąc, nie zajęło mi to wiele czasu. Wystarczyło pomyśleć... Co chciałby zobaczyć przeciętny robotnik, ale nigdy się do tego nie przyzna? Eureka!&lt;br /&gt;Program stał się również szansą do zbliżenia dla osób nieśmiałych lub nie mających stałych partnerów. Zgłoszenie się do show było dla wielu uczestników próbą. Jeśli udało im się odważyć – zmieniali się. Stawali się silniejsi i bardziej pewni siebie.&lt;br /&gt;Widzowie mieli zapewnione ekscytujące widowisko. Każdy odcinek był inny, wywoływał inne emocje. Na ekranie widzieliśmy różne pary. Czasem zupełnie do siebie nie pasujące. Osiemnastolatek i trzydziestoletnia nauczycielka, poeta i budowlaniec, gwiazda pop i bezdomny, sumo i anorektyczka. U nas mogło zdarzyć się wszystko. Trochę jak w życiu, ale jednak... Życia nie da się wyłączyć, nie dowiemy się też, co nas czeka w następnym odcinku. I w tym momencie moje show wygrywało!&lt;br /&gt;Myślę, że program uczył ludzi jak się ze sobą obchodzić. Moja wizja teleturnieju pokazuje, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy sobie bliscy. To chciałem przekazać.&lt;br /&gt;Tak, oczywiście – pieniądze z tego były. Ale zawsze dbałem o dobro uczestników. Nie było przymuszania. Jeśli ktoś chciał zrezygnować – w każdej chwili mógł wrócić do siebie. I zasiąść przed  telewizorem. Hehe...&lt;br /&gt;Moje związki? Nie zawracam sobie tym głowy. To zbyt skomplikowane. W moim programie wszystko jest proste, bez zbędnego gadania. W życiu ludzie wszystko komplikują. Wieczne nieporozumienia, kłótnie, niechęć. I przede wszystkim: ograniczenie.&lt;br /&gt;Mogę się rozwijać i pracować, ponieważ jestem sam. Moją misją jest wspieranie innych. Pokazywanie, uświadamianie. Może w nietypowy sposób, ale skuteczny.&lt;br /&gt;Były osoby, które nie doceniły mojej idei. Głównie kobiety. Założyły nawet jakiś klub czy stowarzyszenie przeciw pornografii na ekranie.&lt;br /&gt;Pornografia? Nie wiem co to takiego! Te kobiety zaprzeczają samym sobie, jeśli twierdzą, że seks to coś nieprzyzwoitego. Więc dlaczego mój program miałby być zdjęty z anteny? To jest edukacja, część naszego istnienia. Jeśli te kobiety się tego wstydzą, powinny się leczyć. Być może mają niskie poczucie wartości, czują się nie kochane, albo... no właśnie. Najprawdopodobniej brakuje im seksu. A może są zazdrosne?&lt;br /&gt;Udało im się kilka razy wtargnąć do studia nagraniowego. Atakowały też uczestników, rozdawały ulotki, rozwieszały plakaty. Nic nie osiągnęły. Siła telewizji to nie jest coś, co można pokonać mazakiem i kartonem. To nie jest coś, co można przekrzyczeć. Siła telewizji polega na tym, że to MY mamy rację, a nie one.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z uczestniczek teleturnieju:&lt;br /&gt;Założyłam się z przyjaciółką. Rozmawiałyśmy raz o występowaniu w telewizji. Obie chciałyśmy być modelkami. To się trochę łączy. Zastanawiałyśmy się jak stać się bardziej rozpoznawalną i popularną. Włączyłam telewizor i leciał akurat ten program. Moja przyjaciółka zaczęła żartować, że jeśli bym wzięła udział w tym show, to na pewno zdobyłabym sławę. „Ale ty nigdy się nie odważysz” – podsumowała. Nie wytrzymałam i zaproponowałam jej zakład o niezłą kasę.&lt;br /&gt;Casting przeszłam bez problemów. Ładna twarz, jasne włosy, jędrny biust – wiadomo.&lt;br /&gt;Atmosfera była nerwowa. Denerwowałam się, bo nie wiedziałam jakiego będę mieć partnera, po za tym chciałam dobrze wypaść. Zapamiętać mogą człowieka na dwa sposoby. Można być idolem i gwiazdą, ale można też wyjść na durnia...&lt;br /&gt;Odpadłam po drugim etapie.&lt;br /&gt;Dzisiaj się cieszę, że tak szybko mnie wykopali, ale wtedy... To była rozpacz!&lt;br /&gt;Nie zdawałam sobie sprawy jak zareagują przyjaciele, rodzina i całe otoczenie na mój występ w programie. Liczyłam na sławę i w sumie się przeliczyłam. Wyzwiska, pogróżki, etykietka dziwki, to chyba będzie prześladować mnie do końca życia. Do sklepu muszę jeździć na drugi koniec miasta, bo nikt mnie nie chce obsłużyć. Wszyscy przyjaciele zmienili się we wrogów. Dowiedziałam się, że moja przyjaciółka specjalnie mnie wtedy podpuściła, bo wiedziała, że jestem lepszą kandydatką na modelkę.&lt;br /&gt;Ale najgorsza jest samotność. Nie chcę więcej o tym mówić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z policjantów prowadzących śledztwo:&lt;br /&gt;Paskudna sprawa.&lt;br /&gt;Tak, zdarzyło mi się obejrzeć ten program kilka razy, ale nie żebym śledził to z zapartym tchem. Chociaż wiem, że są wierni fani, którzy nie przepuszczają żadnego odcinka.&lt;br /&gt;Obejrzałem ten feralny odcinek nagrany na taśmie. Wszyscy na komisariacie obejrzeliśmy. Potem zapadła cisza. Takiego czegoś jeszcze nie było. Morderstwo w telewizji. Prawdziwe morderstwo.&lt;br /&gt;Tej kobiecie nie chodziło o zwykłe zabójstwo. Nigdy nie była wcześniej karana. Wzorowa osoba. Bez motywu...&lt;br /&gt;Facet zmarł na miejscu. Był zaskoczony, nawet się nie bronił.&lt;br /&gt;Przegrał teleturniej. Raz na zawsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka jednej z uczestniczek:&lt;br /&gt;Popieram stowarzyszenie walki z pornografią. Dla mnie ten program to porno. Moja córka zgłosiła się, mimo iż protestowałam. Czułam się tak, jakby szła na śmierć. Ale nie mogłam jej zatrzymać. Co miałam zrobić? Wezwać policję? Przecież ona jest dorosła. To mnie by zamknęli. Za to, że ograniczam jej wolność czy coś w tym stylu. Trzasnęła drzwiami i nie było jej tydzień.&lt;br /&gt;Nie obejrzałam ani minuty tego przeklętego turnieju.&lt;br /&gt;O wszystkim co się działo wiem z gazet.&lt;br /&gt;Moja córka jest teraz w szoku. Leży w szpitalu, nie odzywa się do nikogo. Jej oczy nie błyszczą tak jak kiedyś. Straciłam ją.&lt;br /&gt;Dla mnie telewizji mogłoby nie być. Jest literatura, coraz bardziej zapomniana... Przynajmniej nie ma w niej hipnozy i innych bzdur!&lt;br /&gt;Tak! Uważam, że dzisiejsza telewizja hipnotyzuje! To są ich specjalne sztuczki. Nie znam się na tym, ale czuję, że coś jest nie tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z uczestników:&lt;br /&gt;Gdy tylko usłyszałem o programie, od razu pomyślałem, że to coś dla mnie. Udało mi się dostać do pierwszej edycji. To był pryszcz. Wszystko dlatego, że nieźle kłamałem. Pytali dlaczego chcę wystąpić w tym całym cyrku. Odpowiedziałem, że chcę rozwijać swój umysł poprzez uczestniczenie w nietypowych przedsięwzięciach. Tak naprawę chodziło mi tylko o niezłe laski, które mogłem spotkać w programie. W dodatku miałem szansę na wygraną. Mogłem zaimponować znajomym i wywołać zazdrość wśród byłych dziewczyn.&lt;br /&gt;Podszedłem do tego na luzie, z poczuciem humoru. Miałem niezłą zabawę i nie obchodzi mnie to, że ludzie widzieli mój nagi tyłek w zbliżeniu. Znajomi mieli radochę, obstawiali wyniki. Stałem się dla nich idolem, osobistością, której coś udało się osiągnąć.&lt;br /&gt;Dzisiaj już nikt nie wspomina o moim występie w telewizji. Dookoła tyle się dzieje, sława przemija bardzo szybko.&lt;br /&gt;Ale było odjazdowo. Szacunek, spojrzenia dziewczyn, zainteresowanie, wywiady, nawet paparazzi (nie wiem na czym chcieli mnie przyłapać! Przecież pokazałem już wszystko na antenie...).&lt;br /&gt;Cieszę się, że wziąłem udział w programie. Zobaczyłem jak to wygląda od środka. Poznałem życie, którym ludzie są wiecznie zainteresowani.&lt;br /&gt;Nie mam dziewczyny. Pracuję na budowie. W programie było fajnie. Mam miłe wspomnienia. Ale to już nigdy się nie powtórzy. Bo do show biorą tylko raz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna z uczestniczek:&lt;br /&gt;Mam 53 lata. Niedługo wejdę w wiek zagrożenia zawałowego. A wiadomo – wtedy seks jest zabroniony. Nie mam męża, a na miłość nie mam co liczyć. Jestem stara, po za tym nigdy nie byłam atrakcyjna. Chciałam przeżyć przygodę. Zgłoszenie się do programu wydawało mi się takie proste. Nie było wymagań co do wieku, wyglądu czy wykształcenia. To mi się spodobało. Wreszcie coś, w czym mogą wziąć udział wszyscy.&lt;br /&gt;Nie każda kobieta w moim wieku zgodziłaby się na coś takiego. Ludzie mówili mi, że jestem odważna, albo szalona. Szalona starucha.&lt;br /&gt;Przed programem zostałam przebadana przez różnych lekarzy, również przez psychologa. Zostałam przyjęta. Udało się. Rozpoczęła się przygoda...&lt;br /&gt;Dzisiejszym światem rządzą młodzi. To oni decydują. Ja chciałam pokazać, że kieruję przynajmniej jednym – własnym życiem. I zrobiłam to.&lt;br /&gt;Nie było tylko przyjemności – był stres, musiałam pokonywać różne opory. Nigdy nie zdarzyło mi się występować przed kamerą. Ale udało się i jakoś poszło.&lt;br /&gt;Nie, nie oglądałam nagrań z moim udziałem. Nie obejrzałam ani jednego odcinka. Po co? Żeby stracić wiarę w sens moich działań?&lt;br /&gt;Nie mam pieniędzy, rodziny. Przyjaciół mam niewielu. Nie żałuję, że nic ciekawego już mnie nie spotka.&lt;br /&gt;Jak czuję się teraz, po programie?&lt;br /&gt;Na początku było mi trochę smutno, że muszę wracać do pustego mieszkania. Tam poznałam ludzi, było wesoło, coś się działo. W moim normalnym życiu nie mam zbyt wielu zajęć. Chociaż jestem energiczną osobą, lubię aktywność. Ogranicza mnie chyba brak pieniędzy. Albo ja sama siebie ograniczam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z uczestników:&lt;br /&gt;Byłem nauczycielem. Uczniowie mnie terroryzowali. Działy się straszne rzeczy. Nie będę teraz o tym opowiadał.&lt;br /&gt;Postanowiłem wziąć udział w teleturnieju. Potem miałem zamiar popełnić samobójstwo. Dlaczego tak? Bo miałem dość! Moje życie stało się koszmarem. Chciałem tylko nauczyć te dzieciaki czegoś, co mogło zmienić ich życie na lepsze. Piękne plany, z których nic nie wyszło.&lt;br /&gt;Zdecydowałem się na taki krok, bo chciałem żeby moi uczniowie... Sam nie wiem... Zobaczyli, że też mam wszystko w dupie. Niech sobie będą głupi, niech pracują niszcząc swoje zdrowie, niech biją swoje żony i dzieci. Co mnie to obchodzi?&lt;br /&gt;Na badaniach u psychologa nie mówiłem nic o moim planie. To oczywiste – przecież by mnie nie przyjęli! Koloryzowałem trochę swoje życie. Przedstawiłem się w korzystniejszym świetle. W jakiś sposób lekarze zorientowali się, że coś kombinuję. Sam nie wiem jak.&lt;br /&gt;Nie przyjęli mnie. W ten sposób uratowali mi życie. Zrezygnowałem z pracy w szkole. Wyjechałem z miasta i na obrzeżach założyłem samowystarczalną farmę. Słyszeliście o niej? Nic dziwnego. Dostałem wiele nagród za nowatorskie i przyjazne dla środowiska rozwiązania.&lt;br /&gt;Dla mnie najważniejsze jest to, że mogę żyć po swojemu. Nareszcie.&lt;br /&gt;U siebie w domu nie mam telewizora.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeden z uczestników:&lt;br /&gt;Śmiejcie się, śmiejcie. Do programu zgłosiłem się po to, żeby znaleźć żonę. Szukałem wszędzie: przez internet, na mieście, przez ogłoszenia matrymonialne, przez gazety i agencje. I nic. Wciąż samotność. Zależało mi, aby poznać jakąś fajną babkę, która by mnie rozumiała. Z którą byłoby po prostu dobrze.&lt;br /&gt;Byłem zdesperowany, więc poszedłem do telewizji.&lt;br /&gt;Dostałem się bez problemów. Badania, rozmowy ze specjalistami, testy psychologiczne. Dużo tego było, ale miałem przy tym frajdę. Ciągle myślałem o tym, po co tak naprawdę tam jestem. Nie po to, by wygrać albo uprawiać seks z kim popadnie. Po to by odnaleźć tę jedyną.&lt;br /&gt;Skończyło się na tym, że poznałem tego jedynego. Nie brał udziału w programie. Pracował na planie zdjęciowym. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, otworzyła się przede mną cała wiedza wszechświata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po incydencie z morderstwem na wizji program został zakazany. Wielu artystów i pracowników telewizji zainspirowało się zarówno samym programem, jak i zabójstwem. Powstały filmy, dokumenty oraz seriale opowiadające o bohaterach show. Wiele osób chciało wznowić nadawanie teleturnieju. Powstało kilka nowych wersji, ale żadna z nich nie przyciągnęła przed ekrany tylu widzów co pierwowzór.&lt;br /&gt;Ciśnienie spadło.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-8300015462456726734?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/8300015462456726734/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/cisnienie.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8300015462456726734'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8300015462456726734'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/cisnienie.html' title='Ciśnienie'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh5H7RQFdI/AAAAAAAAFGY/EFU1odiIL48/s72-c/03+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-8848622240903919504</id><published>2009-08-04T11:03:00.000-07:00</published><updated>2009-08-04T11:09:55.526-07:00</updated><title type='text'>Ja nie chciałem</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh4eIfD97I/AAAAAAAAFGQ/J8v7quB6LCo/s1600-h/01+copy.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh4eIfD97I/AAAAAAAAFGQ/J8v7quB6LCo/s320/01+copy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5366171415081121714" /&gt;&lt;/a&gt;Nawet nie zauważyłem, że to dzięki niej zacząłem żyć. Cieszyć się. Śpiewać. Przemierzać miasto skocznym krokiem. Nie zauważyłem.&lt;br /&gt;Wcześniej moje życie wypełniały tylko praca i obowiązki. Minuty trwały tyle co godziny, a dni... Zlewały się w miesiące, które ledwie pamiętałem. Taki to był dziwny czas. Pusty, szary, niepełny. Miewałem pomysły, których nie chciało mi się realizować. Bywały bezsenne noce, gdy leżąc na łóżku wsłuchiwałem się w dźwięki nocy. Słyszałem drące się koty i wracających z zabaw ludzi. Słyszałem ich śmiech. Wtedy uświadamiałem sobie, że ja nie potrafię się śmiać. Mięśnie twarzy oduczyły się układać w uśmiech. Kąciki ust nie unosiły się, lecz opadały. Moja twarz przybierała tak nieszczęsny wyraz, że ludzie na ulicy patrzyli na mnie z politowaniem.&lt;br /&gt;Mój pokój zdawał się być zimną komorą. Czasami kurczył się do rozmiarów trumny.&lt;br /&gt;Miałem niewiele rzeczy. Proste meble, kilka książek. Tapczan nakryty dziurawym kocem. Okna zasłonięte połamanymi żaluzjami. Jeden kubek z obłamanym uchem. Zaniedbałem mieszkanie jak siebie samego.&lt;br /&gt;Ratował mnie sen. Nie musiałem patrzeć, chodzić, myśleć, odzywać się do innych. Ale czasem sen nie chciał przyjść. Wstawałem, wyglądałem przez okno. Wpatrywałem się w mrok. Kładłem się z powrotem, gdy zaczynałem dostrzegać dziwne kształty. Drzewa stawały się pokrzywionymi, ludzkimi szkieletami, a odległe światła latarni – oczami nocnych potworów.&lt;br /&gt;Zdarzało się, że myślałem. Te myśli chciały się wyrwać na zewnątrz i coś zrealizować. Ale jak? Gdzie? Kiedy? Może jutro. Może po jutrze. Niby chciałem wyrwać się z tej jednostajności, ale brakowało chęci, siły, odwagi (wsparcia?). Uciszałem myśli – ten szept, który obawiał się przerodzić w krzyk. Tłumiłem. Wracałem do rzeczywistości, której tak nienawidziłem. Chociaż jednocześnie czułem się w niej bezpiecznie. Zupełnie jakbym nakrywał się brudną pierzyną. Niby dobrze – ciepło, przytulnie, lecz tak naprawdę cuchnie i trudno wytrzymać.&lt;br /&gt;Ludzi unikałem. Chociaż ciekawili mnie. Uwielbiałem ich obserwować, ale zadawać się z nimi nie miałem ochoty. Ani odwagi.&lt;br /&gt;Siadałem w parku i udawałem, że czytam gazetę. Tak naprawdę zerkałem na bawiące się dzieci, zakochane pary, dyskutujących młodzieńców, śmiejących się nastolatków, kuśtykające babcie i zamyślone damy. Podziwiałem, z jaką łatwością kontaktują się ze sobą. Zachwycało mnie to, że ich zachowania były tak naturalne i spontaniczne. Przechodnie przemierzali alejki, jakby do nich należały. Nie obawiali się siebie nawzajem. Spacer był dla nich relaksem, a nie męczącą koniecznością. Nie chcieli się kryć. Przeciwnie! Chcieli być widoczni, emanowali pewnością siebie i swobodą. Obserwowałem ich gesty, mimikę, stroje, kroki. Czułem się jak w galerii. Taka różnorodność, takie nieskrępowanie. Żałowałem, że jestem jedynie widzem.&lt;br /&gt;Tak trwała moja pusta egzystencja. Wkrótce przerodziła się w ciągłą udrękę i cierpienie. Smutek ciążył mi tak bardzo, że trudno było mi się wyprostować. Przemykałem, więc ulicami zgarbiony, w szarym płaszczu, z ponurą miną.&lt;br /&gt;Zdziczałem i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Rozkoszowałem się tym, że nie potrzebuję rozmowy, kontaktów, ciepła, wyrozumiałości. W ten sposób stawałem się jeszcze bardziej nieufny i nieśmiały w stosunku do innych. Unikałem spojrzeń i rozmów ludzkich udając zamyślonego melancholika. W rzeczywistości o niczym nie dumałem. Chciałem tylko prześlizgnąć się z jednego miejsca w drugie. Zaszyć się. Poukładać bałagan w głowie. Powoli, dokładnie obejrzeć wszystko, co nazbierało się w umyśle. Wówczas zasypiałem.&lt;br /&gt;Pewnego dnia usłyszałem hałas na klatce schodowej. Zaniepokoił mnie, chociaż zwykle nie zwracam na takie rzeczy uwagi. Zerwałem się z łóżka. W piżamie podszedłem do drzwi. Zerknąłem przez wizjer. Ujrzałem ludzi wnoszących meble do mieszkania obok. Nieśli akurat zieloną kanapę. Patrzyłem. Wnieśli stół, krzesła, kredens, szare kartony, torby, szafki. Na końcu ujrzałem lokatorów. Do mieszkania wprowadziła się cała rodzina. Małżeństwo i dwójka ich dzieci. Kobieta miała kasztanowe włosy zwinięte w kok. Ubrana była w brązową, prostą sukienkę. Miała w sobie elegancję i szyk. Jej mąż podążał za nią, jakby ją asekurując. Miał wąsy i śmiejące się, błyszczące oczy. Córka, może siedemnastoletnia miała jasne włosy i ciągle się uśmiechała. W jej ruchach i gestach było tyle życia, że nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Śmiech dziewczyny rozbrzmiewał na klatce schodowej. Chłopak (jej brat) był poważny, starszy od niej i wyprostowany jakby połknął kij. Rozglądał się badawczo, aż jego spojrzenie padło na moje drzwi. Wpatrywał się w nie przez chwilę, a ja poczułem się jakby tych drzwi między nami wcale nie było. Zrobiło mi się wstyd, głupio i przykro. Wreszcie rodzina weszła do mieszkania. Zamknęły się drzwi. Nastała cisza.&lt;br /&gt;Kilka chwil stałem jak skamieniały. Nie potrafiłem dojść do siebie. Ciągle powtarzałem sobie w myślach: „coś się dzieje! Coś się dzieje!”. Tylko sam nie wiedziałem co. W końcu ocknąłem się z tego dziwnego stanu. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nic się nie dzieje. Bez względu na to, jacy ludzie mieszkają obok mnie, nic się nie zmieni. Ale w głębi duszy jakiś cichutki głosik modlił się gorliwie o to, aby ci ludzie, jednak coś w moim podłym życiu zmienili. Głupstwo! Jakie to myśli czasem człowieka nachodzą!&lt;br /&gt;Ubrałem się i umyłem. Zjadłem na śniadanie jabłko i wyschniętą piętkę chleba. Położyłem się na łóżku. Wpatrywałem się w sufit. Zastanawiałem się, czym wypełnić ten dzień. Wtem rozległo się pukanie. Podszedłem do drzwi. Spojrzałem przez wizjer. Pod moimi drzwiami stała rodzina, którą obserwowałem rano. Otworzyłem drzwi.&lt;br /&gt;- Dzień dobry! – powiedziała kobieta z kokiem. – Jesteśmy nowymi lokatorami. Mieszkamy pod jedenastką, obok pana. Chcieliśmy pana zaprosić na jutrzejsze przyjęcie zapoznawcze. Będą również inni sąsiedzi. Będzie ciasto, coś do picia… Przyjdzie pan?&lt;br /&gt;- No tak... Oczywiście – odpowiedziałem bez namysłu. Kobieta przypatrywała mi się przez chwilę, po czym zapytała:&lt;br /&gt;- Dobrze się pan czuje? Nie obudziliśmy pana?&lt;br /&gt;- Nie, nie... Wszystko dobrze – odparłem. Chwilę zastanawiałem się, co powiedzieć, aby zrobić dobre wrażenie na rodzinie. – Bardzo dziękuję za zaproszenie.&lt;br /&gt;Gdy poszli ponownie ułożyłem się na łóżku. Rozmyślałem o zaproszeniu i jutrzejszym przyjęciu. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego spotkało właśnie mnie. Poczułem się tak, jakby ktoś wyciągnął do mnie rękę i chciał wydobyć mnie spod brudnej pierzyny. Poczułem opór i niechęć. Mogłem nie podejmować wyzwania, zostać w łóżku. Zaprzepaścić okazję na wyrwanie się z błędnego koła. Ostatecznie postanowiłem wysilić się i pójść. W końcu to tylko kilka kroków! No i będzie ciasto.&lt;br /&gt;Następnego dnia wstałem wcześnie. Bardzo długo leżałem w wannie. Słuchałem szumu wody. Pomyślałem, że ciepła woda mnie rozluźni i nie będę się tak bardzo denerwował. Nie jadłem śniadania, wypiłem tylko filiżankę kawy. Ubierałem się flegmatycznie. Na początku nie wiedziałem, co założyć. Potem zamknąłem oczy. Wybrałem koszulę i spodnie po omacku. Spędziłem kilka długich minut siedząc na łóżku. Wpatrywałem się w zegarek stojący na szafce obok. Wskazówka to zwalniała, to przyspieszała. Szalony jest ten czas. Płynie względnie. Wreszcie postanowiłem się ruszyć.&lt;br /&gt;Przeszedłem te kilka kroków z mojego mieszkania do lokum całkiem obcych ludzi. Nacisnąłem przycisk dzwonka. Rozległ się przyjemny świergot. Po chwili pani domu otworzyła drzwi. Zaprosiła mnie do środka. I oto znalazłem się w zupełnie nowym miejscu. Poczułem zapach herbaty i pieczonego ciasta. Mieszkanie było przytulnie urządzone. Drewniane meble, dywaniki, obrazki na ścianach. Szybko zdążyli się zadomowić.&lt;br /&gt;Poprowadzono mnie do przestronnej kuchni. Kilku sąsiadów siedziało przy stole. Pili herbatę, rozmawiali.&lt;br /&gt;- Szybko państwo się urządzili – zagadnąłem. Pani domu obdarzyła mnie uśmiechem. Skinęła głową.&lt;br /&gt;- Tak. Często się przeprowadzamy. Mamy w tym wprawę – zaśmiała się. – Proszę, czuj się jak u siebie. Możesz chodzić po całym mieszkaniu. Przepraszam cię na chwilkę, muszę zająć się ciastem.&lt;br /&gt;Spojrzałem na kręcących się po kuchni ludzi. Nie znałem ich. Nie miałem ochoty z nimi rozmawiać.&lt;br /&gt;Postanowiłem przejść się po mieszkaniu.&lt;br /&gt;Jak miło! Nowym lokatorom trafił się balkon. Ja nie miałem balkonu. Postanowiłem sprawdzić, jaki mają widok.&lt;br /&gt;- ...nie pozwoli mi iść samej! Mówi, że mam za mało lat! – Usłyszałem głos dobiegający z balkonu. To ta dziewczyna! Nie ładnie jest podsłuchiwać, jednak nie potrafiłem się powstrzymać.&lt;br /&gt;- I ma rację – teraz odezwał się chłopak. Jej brat. – Nie znasz jeszcze tego miasta i ludzi. Za kilka lat...&lt;br /&gt;- Za kilka lat będzie jeszcze brzydsza. Wtedy już nikt nie będzie chciał jej nigdzie zabrać – powiedziałem wchodząc na balkon.&lt;br /&gt;Dziewczyna była zaskoczona. Jej brat spojrzał na mnie, po czym zmarszczył brwi.&lt;br /&gt;Roześmiałem się. Dziewczyna naburmuszyła się.&lt;br /&gt;Opuściłem balkon. Szybko przemierzyłem pokoje nowych sąsiadów i wróciłem do siebie.&lt;br /&gt;Żałowałem, że tak dogadałem tej pięknej nastolatce. Ale nie potrafiłem się powstrzymać! Jej oczy, błyszczące, pełne życia, tak nagle się zmieniły. Rumiane policzki lekko zbladły. Co uczyniłem?&lt;br /&gt;Ci ludzie byli dla mnie mili, a ja tak im się odpłaciłem... Zamiast z pokorą przyjąć kawałek ciasta – wnoszę do ich życia moją gburowatość i złośliwość.&lt;br /&gt;Zwaliłem się na łóżko. Zasnąłem w ubraniu.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Następnego dnia czatowałem przy drzwiach. Obserwowałem klatkę schodową przez wizjer.&lt;br /&gt;Najpierw wyszli jej rodzice. Pewnie do pracy. Czekałem cierpliwie. Za dwie godziny wyszedł brat. Spojrzał przelotnie na moje drzwi. Wreszcie poszedł.&lt;br /&gt;Odczekałem pół godziny z zegarkiem w ręku. Gdyby brat się wrócił, nie byłoby zabawnie.&lt;br /&gt;Przez ten czas zachciało mi się sikać. Zupełnie jak podczas zabawy w chowanego. Poszedłem do toalety i załatwiłem się. Wróciłem pod drzwi. Wyszedłem. Przyłożyłem ucho do drzwi sąsiadów. Usłyszałem cichy śpiew. Nacisnąłem klamkę. Otwarte! Wszedłem do środka. Poszedłem w kierunku, z którego dobiegał śpiew.&lt;br /&gt;Znalazłem ją w łazience. Drzwi były uchylone. Popchnąłem je lekko. Otworzyły się szerzej. Zajrzałem do środka. Dziewczyna stała przed lustrem. Śpiewała i nakładała na twarz krem.&lt;br /&gt;Kilka sekund wpatrywałem się w jej twarz odbitą w lustrze. Jak można tak beztrosko się zachowywać, podczas gdy drzwi są otwarte! Przecież ktoś mógłby wejść do środka. Ach, przecież właśnie ktoś wszedł...&lt;br /&gt;Dziewczyna spostrzegła mnie w odbiciu. Zamarła z otwartymi ustami i dłonią przy twarzy. Wycofałem się szybko. Przemierzyłem korytarz, przedpokój i już byłem na klatce schodowej. Drzwi za mną zatrzasnęły się z hukiem. Usłyszałem szczęk zamka. Pewnie już nigdy nie zapomni, żeby zamykać drzwi na zasuwkę. Nigdy więcej nieproszonych gości.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Minęło kilka tygodni zanim zobaczyłem ją kolejny raz. Czułem się wtedy bardzo samotny. Przytłaczała mnie myśl, że nie potrafię nic zmienić.&lt;br /&gt;Wyszedłem z mieszkania. Chciałem kupić coś do jedzenia.&lt;br /&gt;Zbiegałem po schodach. Dziewczyna schodziła przede mną. Dogoniłem ją. Gdy byłem już blisko niej popchnąłem ją. Dziewczyna straciła równowagę. Ostatnie stopnie pokonała rozpaczliwie próbując utrzymać się na nogach. Była rozpędzona. Uderzyła w ścianę i zatrzymała się.&lt;br /&gt;Odwróciła się do mnie. Była przestraszona i zaskoczona.&lt;br /&gt;Stałem na górze. Nie śmiałem się. Nie uważałem tego, co zrobiłem za psikusa. Wcale nie chciałem dokuczyć tej wspaniałej istocie. Po prostu...&lt;br /&gt;- Kretyn! – krzyknęła i wybiegła na zewnątrz.&lt;br /&gt;Stałem na schodach kilka minut. Potem wróciłem do mieszkania.&lt;br /&gt;Siedziałem u siebie przez całą sobotę i niedzielę. Nic nie jadłem, bo w końcu nie poszedłem na zakupy. Nie chciałem się pokazywać. Było mi wstyd. Bałem się, że mogę natknąć się na jej brata albo rodziców.&lt;br /&gt;To wszystko przez rozpacz. Dziewczyna potrafi żyć, a ja nie. Nie umiem nic zmienić. Dlatego chcę ją zniszczyć. Pozbawić radości, uśmiechu, beztroski.&lt;br /&gt;Jestem okrutny. Jestem obrzydliwy. Bez serca.&lt;br /&gt;Pozbawiony miłości.&lt;br /&gt;Gdyby ktoś pociągnął mnie do góry... Gdybym ujrzał światło i nieskończone, bezinteresowne dobro... Może wtedy potrafiłbym uwierzyć, że to jeszcze nie koniec.&lt;br /&gt;Żal mi życia. Ten żal zagłuszam nienawiścią. Złością.&lt;br /&gt;Zło we mnie narodziło się z bezsilności.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;W poniedziałek wyszedłem do pracy. Na ulicy spotkałem brata dziewczyny. Chciałem pójść dalej, ale on zastąpił mi drogę.&lt;br /&gt;- Hej! – krzyknął. – Wiem wszystko! Moja siostra opowiedziała mi o tym, co zrobiłeś. Lepiej trzymaj się od niej z dala, świrze!&lt;br /&gt;Chłopak był zdenerwowany. Wcale się nie bał. W jego oczach byłem psycholem znęcającym się nad siostrunią. Gdybym coś mu odpowiedział, mogłoby dojść do walki. Tego nie chciałem. Nie potrafiłem się bić. Zignorowałem go. Strach nie pozwolił mi na inną reakcję.&lt;br /&gt;Zdawałem sobie sprawę, że brat naprawdę może mnie pobić. Chciał chronić swoją siostrzyczkę. Był wysportowany, młody i pewny siebie.&lt;br /&gt;Cały tydzień chodziłem nieprzytomny. Nawet w pracy to zauważyli. Śmiali się, że pewnie się zakochałem. Ale to nie była miłość.&lt;br /&gt;Po prostu fascynowała mnie jej energia. Tylko dlatego, że ja byłem jej pozbawiony. Byłem słaby i smutny. Bezsilny i zgorzkniały.&lt;br /&gt;W wolne dni stałem przy oknie i obserwowałem czy dziewczyna nie przechodzi w pobliżu. Ta zabawa sprawiała, że wszystko w moim ciele krążyło szybciej. Serce biło gwałtownie. Pociły mi się dłonie. Denerwowałem się, bo nie wiedziałem co zrobię, gdy ją ujrzę.&lt;br /&gt;Zobaczyłem ją rano. Wtedy wszystko potoczyło się samo. Nie myślałem. Nie czułem prawie nic. Tylko ciekawość.&lt;br /&gt;Wyszedłem z mieszkania. Zbiegłem po schodach. Klatkę schodową zalało dudnienie. Wybiegłem na zewnątrz, ale jej już tam nie było. Westchnąłem ciężko. Zalała mnie fala niemocy. Porażka! Po co ja wychodziłem? Czułem się jak palant. Wszystko dookoła mnie stało się szare i wrogie. Rozejrzałem się po okolicy. Trawnik, ławki, huśtawki, piaskownica. Dzieci robiły babki z piasku. Babcie z pieskami wolno przemierzały chodnik.&lt;br /&gt;Ujrzałem ją przy kiosku. Jednak sukces! Ruszyłem ku niej.&lt;br /&gt;Stanąłem za nią w kolejce. Zachowywałem się cicho. Wiedziałem, że gdyby mnie zauważyła, uciekłaby. Włosy miała upięte wysoko. Widziałem wyraźnie gładką skórę jej szyi. Pochyliłem się tak, żeby mogła poczuć mój oddech na karku. Na pewno poczuła. Zanim zdążyła się odwrócić, ugryzłem ją w ucho. Nie tak żeby zranić, ale żeby zabolało. Dziewczyna zapiszczała. Zauważyłem, że jej szyja pokryła się gęsią skórką.&lt;br /&gt;- Zboczeniec! – krzyknęła. Jej głos załamał się. Po policzkach popłynęły łzy. Pobiegła.&lt;br /&gt;- Halo! – zawołała kioskarka. – Pani nie wzięła gazety!&lt;br /&gt;- Ja wezmę – powiedziałem. – Jesteśmy sąsiadami.&lt;br /&gt;Co we mnie wstąpiło? Swoje okrucieństwo wylałem na tę niewinną istotę! Przecież ona w porównaniu do mnie jest aniołem! Potrafi cieszyć się życiem i błogosławić chwilę. Umie korzystać ze swojej młodości, wdzięku i siły. Jest wolna.&lt;br /&gt;Wziąłem gazetę i poszedłem do budynku. Zadzwoniłem do drzwi sąsiadów. Otworzył jej brat.&lt;br /&gt;- Przyniosłem gazetę – powiedziałem. Zerknąłem przez ramię chłopaka w głąb mieszkania. Nie dostrzegłem jej.&lt;br /&gt;- Ostrzegałem cię – powiedział brat. Zakasał rękawy. – Nie mam pojęcia czego chcesz od mojej siostry i nie interesuje mnie to. Jedyne czego chcę, to żebyś raz na zawsze się od niej odczepił, wariacie!&lt;br /&gt;Pierwsze uderzenie było w brzuch. Poczułem ból. Zgiąłem się w pół, osłaniając się rękami. Później dostałem w głowę. Świat zawirował. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jest sufit, a gdzie podłoga. Brat kopnął mnie w kolano. Zwaliłem się na podłogę. Klęczałem przed nim. Czekałem na kolejne ciosy. Dostałem jeszcze parę razy w brzuch, po głowie i w plecy. Straciłem przytomność.&lt;br /&gt;Gdy się obudziłem czułem przyjemny chłód na policzku. To podłoga. Leżałem pod swoimi drzwiami. Otworzyłem oczy. Ujrzałem kałużę krwi, tuż przy twarzy. Poruszyłem się. Wtedy poczułem jak mocno oberwałem. Bolała mnie głowa i wszystkie mięśnie. Chciało mi się wymiotować. Twarz miałem opuchniętą, w ustach smak krwi, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Po kilku próbach udało mi się wstać. Wszedłem do mieszkania. Zasnąłem w przedpokoju na podłodze.&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;Sąsiedzi wyprowadzili się kilka dni później. Stałem przy oknie. Obserwowałem jak pakują dobytek do ciężarówki. Potem odjechali. Przyjęcia pożegnalnego nie urządzili.&lt;br /&gt;Dzisiaj już wiem, że dzięki tej dziewczynie przebudziłem się. Zmieniła coś w moim życiu. Poruszyła lawinę. Sprawiła, że zacząłem chcieć. Zacząłem próbować i wierzyć. Dziś odróżniam pory roku. Nie zlewają się w jednolitą masę. Nie są dla mnie tylko oznaką mijającego czasu. Są dowodem na to, że wszystko jest zmienne. Nawet ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;24 VIII 2007&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-8848622240903919504?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/8848622240903919504/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/ja-nie-chciaem.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8848622240903919504'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8848622240903919504'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/ja-nie-chciaem.html' title='Ja nie chciałem'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/Snh4eIfD97I/AAAAAAAAFGQ/J8v7quB6LCo/s72-c/01+copy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-3398762273104989731</id><published>2009-08-02T21:30:00.000-07:00</published><updated>2009-08-02T21:31:19.558-07:00</updated><title type='text'>Czarnowidz</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZn8x7fV3I/AAAAAAAAFFo/GI6VE2SOLTc/s1600-h/czarnowidz.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZn8x7fV3I/AAAAAAAAFFo/GI6VE2SOLTc/s320/czarnowidz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365590299951191922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;     Siedzę przed telewizorem zawinięty w koc. Piję wódkę aby zagłuszyć wizje. Tylko dlatego. Nie jestem pijakiem. Nienawidzę wódki, ale na razie nie wymyśliłem jeszcze lepszego sposobu na zagłuszanie. Wcale nie jestem pijakiem. Chociaż telewizja mówi inaczej: pijesz w samotności, pijesz dużo, sam nie wiesz ile? Jesteś pijakiem, anonimowi alkoholicy witają, uściśnij ich dłonie, siądź razem z nimi, powiedz, powiedz do cholery dlaczego pijesz. Prze kobietę? Może wywalili cię z pracy? Umarła twoja matka?&lt;br /&gt;     Kocham te problemy. Przychodzą do mnie. Razem z ludźmi. Mówią. Chociaż wcale nie muszą. Mówią o kobietach, pracy i zmarłych matkach. A ja odpowiadam. Kobieta ma kochanka, szef w pracy ma cię za narkomana, a matka umarła, bo miała raka, ale ukrywała to przed tobą.&lt;br /&gt;     Czasem trudno jest powiedzieć mi "do widzenia". Przez kilkanaście minut potrafię zżyć się z drugim człowiekiem. Widzę ich łzy, ból i gorycz. Ona wylewa się na mnie. Tak jakby to była moja wina. Tak jakbym był pieprzonym aniołem śmierci. Chcą wiedzieć. Po prostu chcą wiedzieć. Ale ja nie chcę. Ktoś mnie pytał o zdanie? Dlatego czasem piję. Czasami. Codziennie.&lt;br /&gt;     Dzwonek do drzwi. Ze stęknięciem sięgam do stolika. Zdejmuję z niego kalendarz. Dwudziesty czwarty listopada. Aha. Już mamy jesień. Jeszcze nie grzeją. Jest. Pani Barbara. Umówiła się ze mną miesiąc temu. Takie są do mnie kolejki. Wcale nie zapomniałem. Chyba jednak zapomniałem. Dzwonek wierci mi dziurę w mózgu. Muszę go zmienić. Ma być przyjemny. Najlepiej łagodny gong. Taki przywodzący na myśl tybetański klasztor...&lt;br /&gt;     Kontrola wyglądu. Macam twarz. Dwudniowy zarost. Po prostu nienawidzę się golić. Wymięta koszula w niebieską kratę i dżinsy. Może być.&lt;br /&gt;     Rozglądam się po pokoju. Ciuchy zwieszają się z oparcia łóżka. Co najmniej dziesięć brudnych kubków porozstawianych na półkach, stole i krzesłach. Łóżko jest zawalone papierami, szkicami i zdjęciami. Koło niego trzy opróżnione butelki po wódce. W kącie akwarium, a w nim umierające rybki. Telewizor nadaje wiadomości. Jest jedynym źródłem światła w mojej norze. Niech tak zostanie. Przynajmniej bałagan nie rzuca się w oczy. Uświadamiam sobie, że powietrze w pokoju jest ciężkie. Rzucam się do okna. Otwieram je na oścież. Zaciągam się świeżym powiewem. Kręci mi się w głowie.&lt;br /&gt;     - Już! Już! Otwieram! - krzyczę. Potykam się o kabel od lampki. Leci sterta czasopism, lecą skarpety, porcelanowe aniołki (prezenty na urodziny od mamy), ogryzki od jabłek, pilot (o! szukałem go!). Patrzę na regały przepełnione książkami. Mógłbym je ładnie poustawiać, a nie wrzucać byle jak - wtedy by się więcej zmieściło i tomiszcze nie musiałyby zajmować strategicznych pozycji na podłodze.&lt;br /&gt;     - Idę! Już idę! - kieruję się w stronę drzwi. Otwieram. - Pani Barbara?&lt;br /&gt;     - W... Witam... - odpowiada.&lt;br /&gt;     Pani Barbara ma bladą cerę, czerwone usta i błyszczące oczy. Płakała? Czarny płaszcz maskuje jej sylwetkę. Beret w kratkę, burza rudych włosów, ośnieżone kozaki i skórzana torba.&lt;br /&gt;     - Proszę wejść - gestem zapraszam ją do środka.&lt;br /&gt;     Pani Barbara wchodzi. Rozgląda się po przedpokoju. Mruży oczy przystosowując się do półmroku.&lt;br /&gt;     - Proszę zostawić płaszcz na wieszaku - mówię i uśmiecham się. - Niech pani zostanie w butach. Pójdę zrobić herbatę.&lt;br /&gt;     Przemierzam pokój. Po drodze sprzątam brudne kubki. W kuchni zlew jest zawalony. Na podłodze makaron. Przykleja mi się do skarpety. Ściana ochlapana jest czerwonym sosem. Kiedy to się stało? Zaglądam do szafki. Tylko mąka i ryż. Otwieram lodówkę. Wyciągam słoik oliwek. Stawiam wodę na herbatę. Opieram się o ciepłą kuchenkę. Zamykam oczy.&lt;br /&gt;     Pani Barbara w mojej głowie. Łazienka. Półka z kosmetykami, zaparowane lustro. Kafelki są niebieskie, na haczykach wiszą białe ręczniki, na podłodze leży fioletowa koszula nocna.&lt;br /&gt;     Pani Barbara bierze prysznic. Woda spływa po jej ramionach. Włosy oblepiają jej plecy niczym zaschły, krwawy skrzep. Rozchyla wargi, woda wpływa do jej ust. Zakręca wodę. Wyciska włosy. Odsłania zasłonkę i wychodzi z kabiny. Mokre stopy dotykają zimnej terakoty. Sięga po ręcznik i owija się nim. Otwiera drzwi od łazienki. Idzie korytarzem. Drewniana podłoga, na ścianach obrazy. Otwiera drzwi prowadzące do pokoju. Miękki dywan. Szklany stolik, biała sofa, regały z równo ustawionymi książkami. Chłód wpada przez otwarte okno. Pod oknem leży mężczyzna. Ma dziurę w głowie. Krew obryzgała szybę okna i ścianę. Plama wygląda zupełnie jak sos w mojej kuchni. Pani Barbara krzyczy. Ręcznik ześlizguje się z jej ciała.&lt;br /&gt;     Gwizd czajnika wyrywa mnie z zamyślenia. Zalewam herbatę wrzątkiem. Stawiam kubki, cukier i słoik z oliwkami na tacy. Niosę ją do pokoju.&lt;br /&gt;     Pani Barbara stoi po środku chaosu. Ma na sobie czarną spódnicę do kolan i niebieski sweter. Zdobi go bursztynowa broszka. Rude włosy... Po prostu chciałbym ich dotknąć.&lt;br /&gt;     - Proszę siadać. - Wskazuję krzesło przy stoliku. Stawiam tacę. Przysuwam sobie drugie krzesło i zajmuję miejsce. - Niech pani się częstuje.&lt;br /&gt;     - Chciałam od razu przejść od rzeczy... - mówi. Patrzy mi w oczy i zaciska wargi. - Chciałam opowiedzieć wszystko...&lt;br /&gt;     - Niech mnie pani nie przecenia - mówię grzejąc ręce o kubek.&lt;br /&gt;     - Oczywiście. W takim razie...&lt;br /&gt;     - Pytania. Odpowiadam na pytania. Nie musi pani ich zadawać - piję parującą herbatę. Parzę sobie język. - Mordercą jest pani młodszy brat. Wszystko z zazdrości. Nienawidził pani męża od pierwszego spotkania. Czuł się pokrzywdzony, zaniedbany. W tym momencie przebywa u pani w domu. Boi się... Mogę mówić do pani na ty?&lt;br /&gt;     - T...tak, dobrze... - Upija łyk herbaty. Przełyka z trudem. W moim domu wszyscy przełykają z trudem.&lt;br /&gt;     - Brat chce ci o wszystkim opowiedzieć. Nie zrobi ci krzywdy. Za bardzo cię kocha. Jeśli mu wybaczysz poczujesz ulgę. On także. - Zastanawiam się chwilkę. Sięgam po oliwkę. Wkładam ją do ust. Słony, kwaśny smak rozlewa się na języku. - Popełni samobójstwo. Niezależnie od tego co pani zrobi.&lt;br /&gt;     Obserwuję Barbarę. Otwiera usta, chce zapytać, chce się kłócić. Marszczy brwi, zaciska pięść. Fala bezradności. Rozluźnienie. Jej serce zaciska się w supełek. Patrzy na mnie. Wiem, że mi wierzy. Wszyscy mi wierzą. Barbara przełyka ślinę. Chce się uspokoić.&lt;br /&gt;     - Czarnowidz, tak? - mówi. Jej głos łamie się. - Tak cię nazywają?&lt;br /&gt;     - Cha, cha... Nie lubię tego określenia. Ale... tak. Właśnie tak na mnie mówią - Uśmiecham się, ale moje oczy są jak z lodu. - To wszystko. Proszę zjeść oliwkę.&lt;br /&gt;     Barbara sięga po oliwkę. Przez chwilę obraca ją palcach. Ściska. W końcu oliwka trafia do jej ust. Rozgryza ją i nerwy puszczają. Dwie wielkie łzy płyną po policzkach. Barbara wstaje, opiera się o stolik. Łzy skapują na drewniany blat.&lt;br /&gt;     - Dziękuję. Pieniądze przelałam wczoraj na konto...&lt;br /&gt;     - Wiem. Ja również dziękuję. - Wstaję. Odprowadzam ją do przedpokoju. Barbara pociąga nosem. Pomagam jej założyć płaszcz. Wychodzi. Słucham stukania jej obcasów. Trzecie piętro, drugie piętro, pierwsze, parter, drzwi trzaskają. Zapominam o pięknej Barbarze, jej mężu, bracie. Ścieram słone krople ze stolika.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     - Hej! - Łomotanie i krzyk wyrywa mnie ze snu. - Otwierać! Otwierać!&lt;br /&gt;     Zrywam się z łóżka. Znów zasnąłem w ubraniu. Czuję się jak mokra gazeta. Na dodatek wygnieciona. Takiej nikt nie chce czytać. Wszyscy myślą, że taką gazetą mógł podcierać się bezdomny.&lt;br /&gt;     Coś mi się śniło. Dzwony, pogrzeb i konie. Trzeba będzie to zanalizować. Przecieram oczy. Szukam lampki na oślep. Ręka natrafia na obślinioną poduszkę. Wycieram palce o prześcieradło. Zapalam lampkę. Błysk razi zmysły. Patrzę na budzik walający się na podłodze. Jest druga w nocy. Biegnę do przedpokoju. Patrzę przez wizjer. Jest zasłonięty. Otwieram zasuwę i uchylam drzwi. Na wycieraczce stoi facet w czarnym płaszczu i białym kapeluszu. Bardzo wysoki facet. Ma minę jakby męczył się z przełknięciem wielkiego gówna. Po za tym jest spokojny niczym indiański wódz albo generał. Za nim dwa typy w skórzanych kurtkach. Podnieceni jak dzieci przed Gwiazdką. Jeden pali papierosa. Drugi zaciera ręce.&lt;br /&gt;     - Czego? - pytam.&lt;br /&gt;     Facet w płaszczu wali w drzwi. Drzwi walą w moje czoło. Czarny płaszcz i skórzana kurtka ładują się do przedpokoju. Niedobrze. Mafia jakaś?&lt;br /&gt;     - Marc, ty poczekasz przed drzwiami - mówi wódz. Typ z papierosem zostaje na zewnątrz. Przybiera pozę "nie wejdziesz do tego burdelu nawet po moim trupie".&lt;br /&gt;     Gagatek w skórze wpycha mnie do pokoju. Zwala mnie na podłogę uderzeniem w głowę. Tylko nie w łeb! Zawsze po ciosach w głowę mam więcej wizji! Kretyn. Zbieram się powoli i siadam po turecku.&lt;br /&gt;     - Jestem Julio Estefano Morietti - przedstawia się facet w białym kapeluszu. Wyciąga zza pazuchy paczkę papierosów. Wyjmuje z niej cienkiego, czarnego papierosa. Skórzana kurtka podpala go srebrną zapalniczką. Spoglądam na ich buty. Skórzane, czarne, wypolerowane. Piękne, jakie piękne... O czym ja myślę?&lt;br /&gt;     - Ernesto...&lt;br /&gt;     Wpatruję się w błyszczący but. Widzę dziecko. Mały brzdąc z czarnymi loczkami. Ma koszulkę z żółwiami ninja. Sześć lat. Jest lato. Ciepło. Słońce praży. Wakacyjna atmosfera łaskocze pięty. Dzieciak idzie do kiosku. W dłoni ściska mokre od potu monety. Podjeżdża czarne auto. Opony drążą ślad w miękkim asfalcie. Z samochodu wysiada dwóch osiłków. Cielska opinają im tanie garnitury. Cienkie krawaty porywa duszny wietrzyk. Łapią dziecko za kruche ramiona. Przerażony Ernesto otwiera dłoń. Monety spadają na chodnik. Toczą się. Mężczyźni zaciągają dzieciaka do auta. Ernesto krzyczy, jego łzy kapią na chodnik. Drzwiczki samochodu zatrzaskują się. Auto rusza z piskiem opon. Moneta wiruje i upada na szary beton. Łzy osusza słońce.&lt;br /&gt;     - Powiedz mi... co z Ernesto... - Julio zaciąga się papierosem. Podnoszę wzrok. Przez chwilę widzę w obliczu mafiozy twarz dziecka.&lt;br /&gt;     - Twój syn został porwany przez ludzi Felicia. Trzymają go w kryjówce w kanałach. Jest zamknięty w betonowym pomieszczeniu, leży na gazetach, ma związane ręce kablem od suszarki do włosów. Ernesto za dwa dni umrze z odwodnienia. Nie zdążysz mu pomóc.&lt;br /&gt;     Julio wali pięścią w stolik. Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze... Stolik rozpada się. Jego oczy są jak kostki lodu. Usta zaciśnięte, brwi ściągnięte.&lt;br /&gt;     - Odpowiednia kwota jest już na twoim koncie - mówi. Doskonale o tym wiem. - Idziemy - rzuca do faceta w kurtce. Odprowadzam wzrokiem załamanego ojca, ale potężnego i wpływowego bosa. Drzwi trzaskają. Idę do okna. Wyglądam. Czekam. Po chwili widzę czarne auto. Wsiadają do niego trzej faceci. Nie powinienem o nich wiedzieć. Samochód odjeżdża. Mafia, Ernesto, kabel od suszarki... odjeżdżają razem z nim.&lt;br /&gt;     Nie mogę zasnąć. Idę do łazienki. Wita mnie suche mydło, zimna glazura i ciepłe rury.&lt;br /&gt;     Nalewam wodę do wanny. Patrzę w lustro. Widzę podkrążone oczy, bladą, zmęczoną twarz i nieprzytomny uśmiech. Przekrwione oczy. Zmuszam się do mrugania. Mruganie pomoże. Na pewno. Zdejmuję ubranie. Wchodzę do wanny. Zanurzam głowę. Woda wpływa mi do uszu. Nie słyszę. Teraz już nic nie usłyszę. Leżę w wannie. Przez chwilę cieszę się chwilą spokoju.&lt;br /&gt;     Słyszę. Śpiewa. Kalina śpiewa. Myje włosy. Rumiankowy szampon. Jej ciemne oczy są smutne. Koniec.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Siedzę przy stoliku. Naprzeciwko mnie siedzi prawie osiemdziesięcioletnia kobieta. Nazywa się Gracja. Jej oczy błyszczą. Ręce złożone jak do modlitwy. Zielona sukienka ma dwadzieścia lat. Włosy Gracji są białe jak śnieg. Upięte w kok. Na szyi ma koraliki z różnokolorowych kamyczków. Widzę, jak przez zmarszczki prześwituje jej zagubione piękno. Gracja uśmiecha się. W tym momencie wygląda jakby płakała i śmiała się równocześnie. Tylko ludzie, którzy kogoś stracili tak się uśmiechają.&lt;br /&gt;     - Do dzisiaj czekam - mówi biorąc ciastko z cukrem. Ostrożnie gryzie. - Mieliśmy się pobrać. Wszystko było wtedy takie skomplikowane, ale i piękne. Rodzice, koniec szkoły, praca. Pamiętam jak dziś: bzy kwitły. Za rękę mnie złapał, popatrzył w oczy i...&lt;br /&gt;     Nie przerywałem Gracji. To grzech wchodzić w słowo takiej kobiecie.&lt;br /&gt;     Widzę jej chłopaka. Młody, delikatny, ale zdecydowany. Wchodzę na strych, podłoga skrzypi. Czuję się jakbym odkurzał stare albumy ze zdjęciami. Mundur i karabin do niego nie pasują.&lt;br /&gt;     Nigdy nie zmyślam. Nawet gdy czuję sympatię do ludzi, którzy do mnie przychodzą. Inaczej pogubiłbym się. Sam nie wiedziałbym co jest realne, a co nie. Jasnowidz musi mieć zasady. Mówię bez uczuć, na nikim mi nie zależy, nie wzruszam się, nie płaczę, nie krzyczę, nie biorę smutnych kobiet za ręce, nie klepię załamanych mężczyzn po plecach. Nigdy. Częstuję ich tym co mam w domu. Oliwkami, ciastkami, miętową czekoladą albo ziarnami słonecznika. I herbatą. To i tak za dużo.&lt;br /&gt;     - Zginął w obozie koncentracyjnym. Brzydził się wojny, zabijania. Był zagubiony. Nie miał siły na ucieczkę i walkę. W chwili śmierci myślał o pani... i o bzach.&lt;br /&gt;     Na twarzy Gracji rozkwita uśmiech. Jej twarz staje się czysta. Na moment znikają wszystkie zmarszczki i znamiona przeżytych lat. Wydycha powietrze. Wydaje mi się, że czuję zapach bzów. Rumiankowy szampon. Kalina patrzy na mnie oczyma staruszki. Czy ona nigdy nie zostawi mnie w spokoju?&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Macham ręką wzywając taksówkę. Auto zatrzymuje się koło mnie. Wizje, wizje, wizje. Ten facet za dwa lata będzie miał raka. O! A co mnie to do cholery obchodzi? Jeszcze jedna zasada: nie zbawiam świata.&lt;br /&gt;     - Mam pasażerkę, ale zgodziła się pana wziąć - mówi kierowca.&lt;br /&gt;     - To dobrze. Śpieszy mi się - mówię. Spoglądam na zegarek. Przedstawienie zacznie się za dziesięć minut. Taksówką zdążę na pewno.&lt;br /&gt;     - W takim razie proszę na tył. - Kierowca wskazuje kciukiem tylnie siedzenie.&lt;br /&gt;     Wsiadam do taksówki.&lt;br /&gt;     Ostatnio coraz częściej czuję jej obecność. Kalina patrzy na mnie. Ja patrzę na nią. Czuję zapach rumianków prawie przez cały czas. W taksówce jest jeszcze silniejszy. Chcę się odprężyć. Dlatego jadę do teatru. Wystarczy, że będę patrzył na scenę. Wystarczy. Teatr zawsze pomagał mi, gdy w głowie miałem zbyt wielki chaos.&lt;br /&gt;     Trzaskają drzwi. Jej włosy na mojej twarzy. Trzaskają drzwi. Żałuję, że jej nie powstrzymałem. Trzaskają drzwi. Wcale nie żałuję. Trzaskają drzwi. Nie patrz na mnie. Trzaskają drzwi. Nie śmiej się. Trzaskają drzwi. Ja cierpię. Trzaskają drzwi. To właśnie chcesz usłyszeć? Trzaskają drzwi. Ale... Trzaskają drzwi. Nic już nie wróci.&lt;br /&gt;     Patrzę przez okno taksówki. Ludzie przemieszczają się powoli. Migają uśmiechy, poważne miny i przelotne pocałunki. Ręce splatają się, zaciskają, w rękawiczkach, w kieszeniach, poprawiają włosy albo prowadzą psa na smyczy. Drzewa bez liści, ptaki szybują ponad miastem. Gołębie kręcą się koło śmietników. Modnisie stukoczą kozaczkami, babcie turlają się z trudem, panowie z neseserami udają, że są zajęci.&lt;br /&gt;     Jest. Na reszcie. Ogarnia mnie fala spokoju. Zamykam oczy.&lt;br /&gt;     Samochód. Uderza. Poślizg. Taksówka wiruje. Jak na filmie. Pasażerka wypada przez okno. Rozbija głową szybę. Pasy! Pasy! Nie zapięła pasów! Walę głową o sufit. Czas staje.&lt;br /&gt;     Wiszę w dziwnej pozycji w taksówce. Bryzg krwi zastyga w przestrzeni. A może to sos? Mój sos. Skąd? Mam kawał szkła w szyi. Dziwne, bo nic nie czuję. Ale widzę. Widzę wyraźnie. Rozglądam się dookoła. Ludzie stoją. Ptaki stoją. Samochody stoją. Taksówka wisi w powietrzu. Patrzę na taksówkarza. Ma zapięty pas. Zaciśnięte oczy. Wizja. Będzie żył. Patrzę na dziewczynę. Kalina patrzy na mnie. Ona. O Boże, to ona! Rumianki. Ciemne włosy na mojej twarzy. Wisi w powietrzu. W połowie już za oknem. We włosach ma odłamki szkła. Usta. Boże, jakie ona ma przerażone oczy.&lt;br /&gt;     Dlaczego to się spełnia? Wszystko się spełnia. Wszystko to, co widzę. Jutro umrzesz? Nie będę cię przepraszać, sam pytałeś. Twój chłopak za tydzień cię opuści? Nie będę cię przepraszać, sama pytałaś. Mąż zdradza, pieska przejedzie tramwaj, okradną cię, brat pójdzie do więzienia, kopną cię między nogi, spadniesz z łóżka, nie zdasz egzaminu, córka zachoruje, będziesz kaleką, pociąg obetnie jej rękę, przedawkuje, spudłuje, odejdzie, opluje, uderzy... Ja nie będę przepraszać. Sami pytaliście.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Wracaliśmy z kina. Na dworze było już ciemno. Późne lato. Chłodny wiatr studził moje policzki. Suszył oczy, do których co jakiś czas napływały łzy. Kalina tego nie widziała. Jej fioletowa sukienka łaskotała moją rękę. Kalina śmiała się wspominając film. Jej sandałki stukały o twardy beton. Chciałbym być taki jak ten beton. Nie czuć. Wszyscy mogliby po mnie chodzić, a ja i tak nic bym nie czuł.&lt;br /&gt;     - Posłuchaj... - mówię. Głos jest cichy i jakby nie mój. Kalina patrzy na mnie, przechyla głowę, delikatnie marszczy brwi. Uśmiech gaśnie. Już wie, że coś jest nie tak. Energia między nami drży. - Widziałem... nas. Zginęliśmy w wypadku samochodowym. Byliśmy tam razem... W samochodzie. Boję się. Myślę...&lt;br /&gt;     - Nie... - Do jej oczu napływają łzy. Ja też nie mogę już powstrzymywać płaczu.&lt;br /&gt;     Kalina powoli zbliża się do mnie. Oplata mnie rękoma. Jak pająk swoją muszkę. Przytula twarz do mojego ramienia. Moczy łzami koszulę. Jej oddech jest gorący.&lt;br /&gt;     - Musimy się rozstać. - Gładzę jej włosy. Moja dłoń jest zimna. Jakby cała krew odpłynęła i kotłowała się w mózgu. Walczę z emocjami. - Zapomnij o mnie. Nie myśl o mnie. Wyrzuć wszystko, co ode mnie dostałaś. Wyrzuć wszystko, co ci się ze mną kojarzy. Wyrzuć wspomnienia. Znajdź sobie kogoś, w kim się zakochasz i bądź szczęśliwa. Proszę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      28 XII 2005&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-3398762273104989731?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/3398762273104989731/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/czarnowidz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3398762273104989731'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3398762273104989731'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/czarnowidz.html' title='Czarnowidz'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZn8x7fV3I/AAAAAAAAFFo/GI6VE2SOLTc/s72-c/czarnowidz.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-7969373302934327180</id><published>2009-08-02T21:29:00.001-07:00</published><updated>2009-08-02T21:30:07.707-07:00</updated><title type='text'>Czarny notes</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnuZsV6dI/AAAAAAAAFFg/oYfct2dm9-A/s1600-h/czarny.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnuZsV6dI/AAAAAAAAFFg/oYfct2dm9-A/s320/czarny.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365590052927039954" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;     Spotykamy się codziennie. Jest okej. Jest w porządku.&lt;br /&gt;     Pracuję jako kelnerka w barze. Są tu niebieskie stoliki, wygodne krzesła i szklane serwetniki. Duże okna. Do baru przychodzi wielu gości. Mnie najbardziej interesuje tylko jeden z nich.&lt;br /&gt;     W pracy staram się wyglądać ładnie. Trudno jest dobrze wyglądać w roboczym fartuchu. Mój klient przychodzi tu na śniadanie. Zamawia jajecznicę, surówkę albo naleśniki. Do tego bierze herbatę, sok, ewentualnie koktajl owocowy. Czasem kupuje coś na wynos. Jest bardzo miły. Daje mi napiwki.&lt;br /&gt;     Do baru przychodzi elegancko ubrany. Lubię eleganckich facetów. I miłych.&lt;br /&gt;     Zajmuje swoje ulubione miejsce. Stolik dwuosobowy przy oknie.&lt;br /&gt;     Codziennie przynoszę mu jedzenie na niebieskiej, plastikowej tacy.&lt;br /&gt;     Zdarza się, że rozmawia przez komórkę, ale gdy przynoszę jedzenie, przerywa rozmowę i dziękuje mi. Uśmiecha się do mnie, ale ja wiem, że to tylko przez grzeczność.&lt;br /&gt;     Odpowiadam uśmiechem, dlatego, bo chciałabym mu coś powiedzieć.&lt;br /&gt;     Po śniadaniu idzie na przystanek. Gdy wychodzi z baru, widzę go jeszcze przez moment przez okno. Potem dzień się kończy. Chociaż to tylko poranek ja czekam już na następny dzień. Na następne śniadanie.&lt;br /&gt;     Na razie nie mogę jeszcze nic zrobić. Na razie jeszcze prawie nic nas nie łączy. Wystarcza mi to, że spotykamy się każdego ranka.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Spotykamy się codziennie. Jest bardzo miła. Widać, że lubi swoją pracę.&lt;br /&gt;     Przychodzę do baru na śniadanie. Lubię to miejsce. Podoba mi się elegancki wystrój. Każdego tygodnia w szklanych serwetnikach pojawiają się serwetki o innym kolorze. Dają tu świetną jajecznicę.&lt;br /&gt;     Ona pracuje jako kelnerka. Zaglądam tu codziennie między innymi z jej powodu. Coś mi się w niej podoba. Ma w sobie pozytywną energię. Dzięki niej każdy mój dzień jest udany. Chcę, aby jej także wszystko się udawało. Od czasu do czasu daję jej napiwki.&lt;br /&gt;     Jeszcze nie zdarzyło mi się dłużej z nią porozmawiać. Zamawiam tylko jedzenie i wymieniamy uśmiechy. Zdziwiłaby się, gdyby wiedziała ile dla mnie znaczy. Zdarza mi się, że myślę jaką bylibyśmy parą. Śmieję się z tego.&lt;br /&gt;     Po śniadaniu idę na przystanek. Kiedy jestem już na dworze, zaglądam przez okno do baru, żeby zobaczyć ją jeszcze raz. Potem przyspieszam. Docieram na przystanek, czekam na autobus i jadę do pracy.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Wieczorem, po pracy wracam do domu. Rzadko bywam zmęczona. Lubię swoją pracę. Roznoszenie dań klientom sprawia mi przyjemność. Po pracy często spotykam się z koleżankami. Pracują i są samotne jak ja. Dzięki temu dobrze się rozumiemy. Chodzimy do kina. Zdarza nam się wylądować na jakimś przyjęciu. Jednak najczęściej idę sama na zakupy. Przemierzam pasaże handlowe, oglądam wystawy, patrzę na manekiny ubrane w kolorowe bluzki i spodnie. Przymierzam ubrania, które mi się podobają. Czasem coś kupię. Radość z zakupów mija, gdy przypominam sobie, że on i tak mnie w nich nie zobaczy. Nie znoszę tego fartucha.&lt;br /&gt;     Zdarza mi się oglądać męskie ubrania. Patrzę na marynarki, w których chciałabym go zobaczyć. Wącham męskie perfumy i wyobrażam sobie, że ich używa.&lt;br /&gt;     Nikomu nie powiedziałam o moim kliencie. Gdy jestem z koleżankami zawsze śmieję się beztrosko, gdy rozmawiamy o ich wielkich miłościach. Zwykle kończą się rozstaniem. Po takich spotkaniach chce mi się płakać. Tęsknię za swoim klientem. Lubię myśleć, że tworzymy niezwykły związek. Przynajmniej nigdy się nie kłócimy.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Po pracy chodzę po mieście. Takie spacery dodają mi sił. Lubię miasto. Nie przeszkadzają mi spaliny, tłum w autobusie, korki. Jestem częścią betonowego tworu. Stapiam się z duszą miasta. Wiem, że ono także czuje smutek. Dusza miasta zawsze jest smutna. Ziemia pod betonem pamięta czasy wolności. Może ta skorupa, któregoś dnia po prostu się rozleci?&lt;br /&gt;     Wstępuję do sklepów. Oglądam kolorowe kubki, maskotki, kwiatki doniczkowe oraz inne drobiazgi. Kupuję prezenty dla kelnerki. Przez kilka dni stoją u mnie w domu. Pakuję je do torby i noszę tydzień. Potem zostawiam je na przystankach. Chciałbym coś jej podarować, ale nie mam odwagi.&lt;br /&gt;     Zachodzę do wypożyczalni video. Wypożyczam nowości i robię sobie nockę przed telewizorem. To świetnie odwraca uwagę od niej.&lt;br /&gt;     Pewnie ma swojego narzeczonego, dla którego tak się stroi. Czasem żałuję, że zakłada fartuch. Chciałbym zobaczyć ją w normalnych ubraniach. Chciałbym ją poznać.&lt;br /&gt;     Jest wiele sposobów na nawiązanie kontaktu. Mógłbym zostawić coś na stoliku. Mógłbym poprosić o przepis na� jajecznicę (raczej bym go nie dostał, po co miałbym przychodzić do baru skoro mógłbym zrobić sobie jajecznicę sam?). Moglibyśmy porozmawiać o pogodzie, mógłbym zaprosić ją do kina albo do restauracji, albo�&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Mój klient zostawił dziś na stoliku notes! Zapomniał go zabrać!&lt;br /&gt;     Zwykły czarny notes. Boję się go dotknąć. Odnoszę wrażenie, że ma w sobie magię. Oglądam notes ze wszystkich stron. Chyba jednak nie jest magiczny. Chcę wybiec z baru, dogonić mojego klienta (doskonale wiem, na który przystanek idzie). Nie wiadomo dlaczego postanawiam jednak zatrzymać notes. Wiem, że to przestępstwo, ale tak bardzo chcę mieć jakąś jego rzecz. Pakuję notes do swojej skórzanej torebki. Wracam do pracy.&lt;br /&gt;     Przez cały dzień myślę o notesie. Zastanawiam się, co jest w nim zapisane. Notes nie daje mi spokoju. Sprawia, że jestem rozkojarzona i zapominam, co zamawiali klienci. Wieczorem będę miała niezłą rozrywkę. Może nie jest to grzeczne, ale przynajmniej mile spędzę ten wieczór. Nie mogę się doczekać chwili, gdy poznam jego charakter pisma.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Dzisiaj postanowiłem zostawić notes na stoliku. Znalazłem mało ważny notatnik ze starymi listami zakupów.&lt;br /&gt;     Gdy przychodzę do baru, wyciągam notes i długopis. Udaję, że coś piszę. Przychodzi kelnerka. Składam zamówienie. Jem, płacę i odchodzę. Notes zostaje na stoliku.&lt;br /&gt;     Na początku myślę, że kelnerka wybiegnie za mną na przystanek. Jest to bardzo samolubne przypuszczenie, bo przecież kelnerka jest w pracy i raczej nie wolno jej wychodzić z byle powodu. Mam jednak nadzieję, że jeszcze dzisiaj ją ujrzę. Jednak tego dnia już jej nie spotykam.&lt;br /&gt;     Jutro na pewno mi go odda.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     W domu jem kolację (sałatkę i kanapki), biorę prysznic i kładę się do łóżka. W rękach trzymam notes. Chcę go otworzyć, ale nie mogę. Boję się, że zobaczę tam adresy i numery telefonów kobiet, z którymi się spotyka. W dalszym ciągu nie chcę go oddać. Może jest zapisane tam coś ważnego? Na pewno nie. Gdyby były tam jakieś ważne informacje, nie zapomniałby wziąć tego notatnika.&lt;br /&gt;     Śpię z notesem w rękach.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Wracam do domu. Jem sałatkę, o której zapomniałem w pracy. Kładę się na podłodze. Nie chce mi się spać. Nie chce mi się nic. Tylko mój umysł pracuje na wysokich obrotach. Chcę myśleć tylko o niej. Ona wypełnia mój mózg. Wypełnia moją duszę. Wlewa się w ciało.&lt;br /&gt;     Myślę o notesie. Są trzy miejsca, w których może się teraz znajdować. Bar, kosz na śmieci lub dom kelnerki.&lt;br /&gt;     Zasypiam na podłodze. Rano czuję się fatalnie.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Biorę notes do pracy. Nie mogę go zostawić samego. Ja też nie chcę zostać sama. Notes dodaje mi sił.&lt;br /&gt;     Mój klient zjawia się jak zwykle o tej samej porze. Wydaje mi się, że jest trochę niewyspany.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry panu. Co podać? - pytam jak co dzień.&lt;br /&gt;     - Poproszę jajecznicę, koktajl truskawkowy i sałatkę na wynos - mówi i uśmiecha się.&lt;br /&gt;     Zapisuję zamówienie w pamięci i idę do kuchni.&lt;br /&gt;     Cieszę się na myśl, że zamówił koktajl. Koktajlami zajmuję się osobiście, ale niestety nie cieszą się popularnością wśród naszych gości.&lt;br /&gt;     Notes. Notes. Notes. Nie daje mi spokoju podczas przyrządzania koktajlu. Wsypuję truskawki do miksera, wlewam mleko. Mój umysł czuje się tak samo jak te miksowane składniki. Tylko kto będzie chciał je wypić?&lt;br /&gt;     Gdy posiłek jest już gotowy, zanoszę go klientowi na tacy.&lt;br /&gt;     - Smacznego - mówię.&lt;br /&gt;     - Dziękuję - odpowiada.&lt;br /&gt;     Mam zamiar już iść, by obsługiwać kolejnych gości, ale mój klient zatrzymuje mnie.&lt;br /&gt;     - Wydaje mi się, że wczoraj zostawiłem tu taki czarny notes. Nie widziała go pani?&lt;br /&gt;     - Niestety żadnego notesu nie widziałam - odpowiadam. Z trudem ukrywam zaskoczenie. - Pewnie miał pan tam zapisane coś ważnego?&lt;br /&gt;     - Nie� To nie jest wielka strata.&lt;br /&gt;     Oto dokonał się przełomowy moment w naszym związku. Przeprowadziliśmy rozmowę na inny temat niż zamawiane jedzenie. Ogarnia mnie radość. Potem przerażenie. Domyślił się, że to ja zabrałam notes.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Jestem strasznie niewyspany. Czuję się okropnie. Na szczęście udaje mi się dotrzeć do baru na czas. Zawsze starałem się przychodzić o tej samej porze. Bałem się, że jeśli przyjdę za późno, obsłuży mnie inna kelnerka.&lt;br /&gt;     Zajmuję miejsce przy ulubionym stoliku przy oknie. Chcę zapytać ją o notes od razu. Kelnerka już idzie w moim kierunku.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry panu. Co podać? - pyta jak co dzień.&lt;br /&gt;     - Poproszę jajecznicę, herbatę i sałatkę na wynos - mówię i uśmiecham się.&lt;br /&gt;     Kelnerka idzie do kuchni. Zapytam ją o notes, gdy przyniesie zamówione jedzenie. Jeśli okaże się, że go wzięła, nie będę na nią zły. Być może nawet się ucieszę...&lt;br /&gt;     Po kilku minutach kelnerka przynosi jedzenie.&lt;br /&gt;     - Smacznego - mówi.&lt;br /&gt;     - Dziękuję - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Wydaje mi się, że wczoraj zostawiłem tu taki czarny notes. - Przyglądam się kelnerce. - Nie widziała go pani?&lt;br /&gt;     - Niestety żadnego notesu nie widziałam. Pewnie miał pan tam zapisane coś ważnego?&lt;br /&gt;     - Nie� To nie jest wielka strata.&lt;br /&gt;     Wzięła notes. Na pewno. Specjalnie zapytała się, czy nie ma tam nic ważnego. Chciała wiedzieć, czy nie jestem stratny. Powinienem powiedzieć, że notes jest dla mnie ważny! Ale jeśli przeczytała jego zawartość pomyślałaby pewnie, że jestem nienormalny! Jak można listy zakupów uważać za ważne? Ale gdyby znała zawartość notesu, nie pytałaby czy jest ważny...&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Z jednej strony cieszę się, że mam notes, ale z drugiej - mam wyrzuty sumienia. Przecież notes należy do niego! Zachowałam się jak złodziejka. Nie mogę oddać mu teraz notesu, bo będzie zastanawiał się, dlaczego go oszukałam. Pewnie pomyśli, że jestem kleptomanką!&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Postanawiam zrobić kolejny krok. Myśl, że notes jest u niej w mieszkaniu nie daje mi spokoju. &lt;br /&gt;     Pójdę do kierownika baru po jej adres.&lt;br /&gt;     Jednak najpierw muszę wymyślić powód, dla którego adres jest mi potrzebny. Zajęło mi to dwa dni. Adres jest mi potrzebny, bo kelnerka zostawiła notes i chcę go zwrócić.&lt;br /&gt;     Do kierownika idę wieczorem, tak żeby przypadkiem jej nie spotkać.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry! - mówię wchodząc na zaplecze.&lt;br /&gt;     - Witam - odpowiada mi niski mężczyzna wycierający szafki. Ma rzadkie, siwe włosy i biały fartuch. Wygląda na zmęczonego. - Czy coś się stało?&lt;br /&gt;     - Szukam kierownika - mówię. Pewnie teraz facet myśli, że coś nie tak z jedzeniem i przychodzę złożyć reklamację.&lt;br /&gt;     - Tak, tak, to ja. O co chodzi?&lt;br /&gt;     - Chciałbym poprosić o adres jednej z kelnerek, która u pana pracuje. Zostawiła notes. Chciałem go zwrócić - wyjaśniam.&lt;br /&gt;     - Nie musi się pan kłopotać. Proszę mi go dać, jutro sam go oddam - mówi kierownik wyciągając rękę.&lt;br /&gt;     - Chciałem oddać go osobiście - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Aaaaaaa� Rozumiem. - Chwila ciszy. Zastanawiam się, co tak właściwie kierownik rozumie... - Czy chodzi o tę kelnerkę, która zawsze pana obsługuje?&lt;br /&gt;     - Tak, tak� - odpowiadam chyba ze zbyt wielkim entuzjazmem. To dlatego, ponieważ czuję, że sukces jest blisko i nie mogę opanować radości.&lt;br /&gt;     - Dobrze. Mogę panu podać ten adres.&lt;br /&gt;     Cel osiągnięty. Okazuje się, że jej mieszkanie jest nieopodal baru. Po drodze wstępuję do kwiaciarni, tuż przed zamknięciem. Kupuję bukiecik stokrotek.&lt;br /&gt;     Podjeżdżam autobusem. Kelnerka mieszka w bloku z domofonem. Czekam na lokatora, który wejdzie do budynku i w końcu dostaję się do środka. Numer mieszkania to 54. Mieszka na ósmym piętrze. Wchodzę na piechotę. Gdy docieram pod jej mieszkanie, jestem zdyszany. Czekam pięć minut, żeby ochłonąć. Dzwonię. Znów czekam kilkanaście sekund i dzwonię ponownie. Naciskam dzwonek jeszcze kilka razy, ale nikt nie podchodzi do drzwi. Może dostałem zły adres? A może dzisiaj nie wróciła od razu do domu, tylko poszła na zakupy?&lt;br /&gt;     Zaglądam przez judasza. Nie jest przesłonięty. Widzę, że w środku pali się światło. Może się kąpie? Albo słucha muzyki w innym pokoju? Słucha lekcji angielskiego na walkmanie?&lt;br /&gt;     Wracam do domu ze stokrotkami.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Wracam do domu. Jestem bardzo zmęczona. Dzisiejszy dzień był bardzo męczący. Bar odwiedziło dużo gości.&lt;br /&gt;     Po powrocie przygotowuję jedzenie. Robię sałatkę z pomidorów i cebuli. Słyszę, że ktoś dzwoni do drzwi. Dzwonek nie był używany od roku. Właściwie to był użyty tylko raz. Zaraz po zamontowaniu sprawdziłam czy działa. Jestem bardzo zaskoczona, że ktoś do mnie dzwoni. To pewnie dzieciaki robią sobie żarty. Nie zwracam uwagi na dzwonek. Robię dalej sałatkę.&lt;br /&gt;     Osoba za drzwiami nie rezygnuje. To pewnie listonosz. Listonosz? O tej porze? Idę do przedpokoju. Spoglądam przez judasza. Widzę swojego klienta. A może to nie on? Uciekam z powrotem do kuchni.&lt;br /&gt;     Jak on tu trafił? Może jest jasnowidzem? Wie o notesie! Przyszedł tu po notes! W takim razie pomylił adres! Nie mam zamiaru mu otwierać.&lt;br /&gt;     W końcu rezygnuje i idzie. Biegnę do okna, żeby zobaczyć jak wychodzi z budynku. Po jakimś czasie widzę malutką postać. Cieszę się, że mogę beztrosko go obserwować.&lt;br /&gt;     Tej nocy nie mogę zasnąć. Wyjmuję notes z torebki i wracam z nim do łóżka. Przeglądam. Mój klient pisze piórem. Ma bardzo ładny charakter pisma. Średniej wielkości litery ze zgrabnymi ogonkami. Pismo pochyłe i wyraźne. W notatniku są zapisane listy zakupów. Cieszę się, bo będę wiedziała co kupuje.&lt;br /&gt;     Były to normalne rzeczy. Jedzenie, jakieś kosmetyki, przybory papiernicze.&lt;br /&gt;     W dalszym ciągu nie mogę zasnąć. Długo płaczę. Przekręcam poduszkę na drugą stronę, bo zrobiła się mokra.&lt;br /&gt;     Żałuję, że nie otworzyłam drzwi.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Wracam do domu. Wstawiam kwiatki do wazonu. Nie chce mi się spać. Stoję i patrzę przez okno na miasto.&lt;br /&gt;     Zasypiam na fotelu.&lt;br /&gt;     Następnego dnia jestem niewyspany. Mam beznadziejny humor. Patrzę na kwiatki, które wczoraj kupiłem. Zwiędły. Zapomniałem nalać wody. Teraz wyglądają zupełnie jak ja.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Rano wyglądam okropnie. Mam zapuchnięte oczy, czerwony nos i jestem niewyspana.&lt;br /&gt;     Szykuję się i jadę do pracy. W barze spotykam szefa.&lt;br /&gt;     - Odzyskałaś notes? - Pyta.&lt;br /&gt;     - Słucham?&lt;br /&gt;     - Wczoraj był u mnie ten facet, któremu codziennie zanosisz śniadanie - mówi. - Prosił o twój adres. Chciał ci oddać jakiś notes.&lt;br /&gt;     - Nikogo u mnie wczoraj nie było.&lt;br /&gt;     Chcę powiedzieć, że nie zgubiłam żadnego notesu, ale szefowi wydałoby się to podejrzane.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Idę do baru.&lt;br /&gt;     Zauważam kelnerkę. Ma zapuchnięte oczy.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry - mówi jak zwykle.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry - odpowiadam. - Płakała pani?&lt;br /&gt;     - Nie. Po prostu nie mogłam spać - mówi. - To co zwykle?&lt;br /&gt;     - Tak. Ja też nie mogę spać. Patrzę wtedy przez okno. Na miasto.&lt;br /&gt;     - Ja oglądam notes�&lt;br /&gt;     - Słucham? - Nie mogę uwierzyć, że mówi o notesie tak otwarcie. Przyznała się, że go ma! No tak... Pewnie chodzi jej o zupełnie inny notes�&lt;br /&gt;     - Nic, nic�&lt;br /&gt;     Kelnerka idzie do kuchni.&lt;br /&gt;     W teczce mam zwiędnięte stokrotki. Sam nie wiem, po co je wziąłem. Chyba są mi potrzebne.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Mój klient wygląda dziś na niewyspanego.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry - mówię.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry - odpowiada. - Płakała pani?&lt;br /&gt;     To pytanie bardzo mnie zaskoczyło. Zauważył! Przykładałam do oczu zimne łyżki, ale nie pomogło. Dlaczego obchodzi go, czy płakałam? Inni klienci nigdy o to nie pytają.&lt;br /&gt;     - Nie. Po prostu nie mogłam spać - mówię. - To co zwykle?&lt;br /&gt;     - Tak. Ja też nie mogę spać. Patrzę wtedy przez okno. Na miasto.&lt;br /&gt;     - Ja oglądam notes� - O nie! Co ja mówię! Wygadałam się! Teraz pewnie zapyta jaki notes oglądałam! I stwierdzi, że jestem klepotmanką!&lt;br /&gt;     - Słucham?&lt;br /&gt;     - Nic, nic�&lt;br /&gt;     Uciekam do kuchni. Najchętniej pobiegłabym do domu. Nie mam ochoty z nim rozmawiać o notesie. Gdyby wiedział, dlaczego go zatrzymałam, pomyślałby, że jestem idiotką. Chciałabym, żeby znał prawdę. Tak! Powiem mu! Powiem mu teraz.&lt;br /&gt;     Biorę tacę z jajecznicą, sałatką i herbatą. Waham się i kładę na tacy także ciastko z owocami.&lt;br /&gt;     Wracam do stolika mojego klienta. Czyta gazetę. Kiedy zobaczył, że wracam, o mało nie podskoczył. Pewnie się zamyślił.&lt;br /&gt;     - Proszę. Pańskie zamówienie. - Stawiam tacę.&lt;br /&gt;     - Dziękuję - mówi. Przygląda się jedzeniu i dodaje: - Ale tego ciastka nie zamawiałem.&lt;br /&gt;     - To na koszt firmy - mówię z uśmiechem. Wspaniale jest obserwować jego zdziwienie. Coś wspaniałego.&lt;br /&gt;     - Miło. Dziękuję. Wezmę je do pracy na drugie śniadanie.&lt;br /&gt;     - Oczywiście - odpowiadam i idę przyjmować zamówienia od innych gości.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Kelnerka przynosi moje śniadanie.&lt;br /&gt;     - Proszę. Pańskie zamówienie. - Stawia tacę przede mną.&lt;br /&gt;     - Dziękuję - odpowiadam. Przyglądam się jedzeniu i zauważam ciastko. - Ale tego ciastka nie zamawiałem.&lt;br /&gt;     - To na koszt firmy - mówi i uśmiecha się. Jestem naprawdę zdziwiony. Nigdy nie spotkała mnie taka przyjemność.&lt;br /&gt;     - Miło. Dziękuję - mówię. - Wezmę je do pracy na drugie śniadanie.&lt;br /&gt;     - Oczywiście - odpowiada i idzie obsługiwać innych gości.&lt;br /&gt;     Po śniadaniu idę na przystanek. W autobusie myślę o kelnerce. Wydaje mi się, że nie jest szczęśliwa. Może rzucił ją chłopak? Albo się pokłóciła? Pewnie tak.&lt;br /&gt;     Nasze rozmowy w barze są bardzo krótkie. Ograniczają się do identycznych formuł, powtarzanych co dzień. Tak mało o sobie wiemy. Chciałbym zaprosić ją do kina albo do teatru.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Kończy jeść i wychodzi.&lt;br /&gt;     Tego dnia zwalniam się wcześnie do domu. Mówię, że źle się czuję. Tak naprawdę czuję się całkiem dobrze.&lt;br /&gt;     Idę na zakupy. Wstępuję do wielkiego sklepu z kosmetykami. Takie lubię najbardziej, ponieważ można samemu wybierać produkty. Przystaję przy półce ze szminkami. Wybieram jaskrawo-czerwoną. Kupuję ją i idę do domu.&lt;br /&gt;     W domu wyciągam notes. Zabieram go do łazienki. Staję przed lustrem i dokładnie maluję usta nową szminką. Otwieram notes. Zostawiam ślad ust na pierwszej stronie. Chowam notatnik z powrotem do torby. Teraz już mogę go oddać. ***&lt;br /&gt;     Następnego dnia znajduję notes. Leży na wycieraczce. Kelnerka musiała mi go podrzucić. W jakiś sposób dowiedziała się gdzie mieszkam?&lt;br /&gt;     Otwieram notes na pierwszej stronie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-7969373302934327180?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/7969373302934327180/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/czarny-notes.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/7969373302934327180'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/7969373302934327180'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/czarny-notes.html' title='Czarny notes'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnuZsV6dI/AAAAAAAAFFg/oYfct2dm9-A/s72-c/czarny.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-1218112714325453406</id><published>2009-08-02T21:27:00.002-07:00</published><updated>2009-08-02T21:28:54.210-07:00</updated><title type='text'>Dziewczyna z autobusu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZndZrYhLI/AAAAAAAAFFY/4f9H2IBOkwM/s1600-h/dziewczyna.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZndZrYhLI/AAAAAAAAFFY/4f9H2IBOkwM/s320/dziewczyna.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365589760865240242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;     Była dziwną dziewczyną. Widywałem ją codziennie, gdy jeździłem do pracy. Pamiętam ją doskonale, bo robiła w autobusie coś niezwykłego. Siadała ludziom na kolanach. Ludzie reagowali różnie. Krzyczeli, spychali ją albo uśmiechali się głupawo. Jedno jest pewne - sprawiała, że w naszym autobusie nigdy nie było nudno.&lt;br /&gt;     Kiedy zobaczyłem jak robi to pierwszy raz, myślałem, że siada na kolanach jakiemuś znajomemu. Młody chłopak zrobił jednak taką minę, że widziałem, iż coś jest nie tak.&lt;br /&gt;     Była ładną, zgrabną dziewczyną. Nosiła kolorową torbę z dzwoneczkiem. Dzięki temu dzwoneczkowi każdy wiedział, że się zbliża.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Dzisiaj patrzę na kalendarz i myślę o tym, że minął już rok odkąd "poznałem" tajemniczą dziewczynę. Dlaczego siada ludziom na kolanach? Jest psychiczna czy po prostu robi sobie żarty? Nigdy nie odezwała się słowem, kiedy oburzeni pasażerowie krzyczeli i pytali, o co chodzi. Uśmiechała się tylko. Były to sympatyczne uśmiechy, więc nie wydawało mi się, że mogłaby być chora na umyśle.&lt;br /&gt;     Wychodzę z domu. W ręce jak zwykle trzymam skórzaną teczkę. Na garniturze mam szary płaszcz.&lt;br /&gt;     Jest zimno. Nie przeszkadza mi to. Pogoda nigdy nie stanowi dla mnie problemu.&lt;br /&gt;     Zastanawiam się co zrobić, żeby porozmawiać z dziewczyną. Oczywiście wszyscy pasażerowie zwróciliby na mnie uwagę i zapamiętaliby mnie, więc musiałbym jeździć do pracy innym autobusem. Myślę więc, że po prostu wysiądę któregoś dnia za dziewczyną i wtedy do niej zagadam. W tym celu wezmę urlop.&lt;br /&gt;     Dziewczyna zawsze wysiada później niż ja. Nie zamierzam podpaść i spóźnić się do pracy. Staram się wszystko dokładnie zaplanować. Niestety planowanie jest moją słabą stroną. Kiedy po tysiące razy obmyślam w głowie jakąś sytuację - co powiem, jak się zachowam - to w rzeczywistości nic mi nie wychodzi. Wszystko odbywa się zawsze gorzej niż w wyobraźni. Dlatego nie będę o tym myślał.&lt;br /&gt;     Wziąłem urlop na pojutrze.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Kolejny dzień. Wsiadam do autobusu i przeżywam mały szok. Nie ma jej. Rozglądałam się i szukałam jej wzrokiem, ale wiem, że to daremne. Dziewczyna zawsze pierwsza rzucała mi się w oczy.&lt;br /&gt;     - Nie ma jej - mówi jakaś starsza kobieta stojąca obok mnie. - Dziwne dziecko, ale wesołe.&lt;br /&gt;     Kobieta uśmiecha się do mnie, więc odwzajemniam mechanicznie uśmiech. Mało w nim radości, bo bardzo się zmartwiłem.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Kolejny dzień. Wstaję i mam ochotę ubrać się odświętnie. Jest to dla mnie wielki dzień. Przypominam sobie kolegów z pracy, którzy wybierali się na randki. Byli wtedy bardzo ożywieni i chcieli wyglądać nadzwyczaj dobrze, chociaż na co dzień nie zależało im na tym. Myślę, że dzisiaj jestem bardzo do nich podobny. Zakładam więc swoją ulubioną marynarkę z ciemno-zielonego pluszu i ciemne dżinsy. Wyszukałem też białą koszulę (do pracy zawsze chodziłem w jasno-niebieskich) i ciemno-zielony krawat pasujący do marynarki. Biorę teczkę, która i tak nie będzie mi potrzebna. Wychodzę bez płaszcza, bo jest ciepło.&lt;br /&gt;     Stoję na przystanku i myślę. Jestem zdenerwowany. Teraz dociera do mnie, że nie będę w stanie się do niej odezwać. To się nie uda. Zastanawiam się co zrobię, żeby nawiązać z nią kontakt. Nadjeżdża autobus. Przez głowę śmiga mi jeszcze myśl: "Czy dzisiaj ją spotkam?" Wydaje mi się, że tak. Chyba tak.&lt;br /&gt;     Autobus się zatrzymuje. Wsiadam. Rozglądam się, ale dzisiaj też jej nie ma. Wysiadam na następnym przystanku. Wracam do domu na piechotę.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Następnego dnia też jej nie ma. I następnego też.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Minął już miesiąc od dnia, gdy po raz ostatni ją widziałem. Jeżdżę ciągle tym samym autobusem. Wyrzuciłem moją ulubioną marynarkę. Zielony krawat oddałem koledze z pracy.&lt;br /&gt;     Teraz siedzę przy stole. Jem kanapkę. Myślę, że jej życie pewnie się zmieniło. Musiało wydarzyć się coś niezwykłego. Może kupiła samochód? Albo zmieniła szkołę? A może teraz podwozi ją jej chłopak? Mam nadzieję, że teraz jest szczęśliwsza, niż wtedy, gdy jeździła tym brudnym, zatłoczonym autobusem.&lt;br /&gt;     Ja nadal stoję w miejscu. Na dodatek ciągle tęsknię za dziewczyną z autobusu.&lt;br /&gt;     Jestem facetem z autobusu. Może kiedy z niego wysiądę, też ktoś będzie za mną tęsknić? Muszę lepiej się rozejrzeć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      27 IV 2005&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-1218112714325453406?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/1218112714325453406/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/dziewczyna-z-autobusu.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1218112714325453406'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/1218112714325453406'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/dziewczyna-z-autobusu.html' title='Dziewczyna z autobusu'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZndZrYhLI/AAAAAAAAFFY/4f9H2IBOkwM/s72-c/dziewczyna.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-666217293118871451</id><published>2009-08-02T21:27:00.001-07:00</published><updated>2009-08-02T21:27:48.012-07:00</updated><title type='text'>Kocham mordercę</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnMfK53KI/AAAAAAAAFFQ/dYIbseohfO4/s1600-h/kocham.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnMfK53KI/AAAAAAAAFFQ/dYIbseohfO4/s320/kocham.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365589470281850018" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     Na początku jest spokój. Mieszkam ze swoją współlokatorką. Wynajmujemy mieszkanie przy ruchliwej ulicy. Centrum. Życie i gwar. Dużo ludzi, sklepy, szeleszczące reklamówki, stukot obcasów o chodnik, kolorowe ulotki i ten dźwięk z ulicy (oddech miasta).&lt;br /&gt;     Na początku nie ma nikogo innego: tylko ja. Praca w bibliotece, późne powroty z zakupów, wiele książek, kartki na święta i żadnych odwiedzin. Zdarza się kino, rzadziej teatr, jeszcze rzadziej herbata z ciastkiem w kawiarni. Spojrzenia mężczyzn ześlizgują się po mnie jak po kawałku betonu. Znajomi ze szkoły, sąsiedzi, pseudo koleżanki z nikąd... Ludzie są głupi - niektórzy. A ja głowę sobie łamię przez nich i marnuję cenne sekundy mego życia. Dość. Mam ich gdzieś. Pokój wam ludzie dobrej woli.&lt;br /&gt;     Jak mi coś nie pasuje to do widzenia! Nie czuję żalu. W każdej osobie, którą znam, znajdę coś, co mnie denerwuje. Dlatego: jestem sama.&lt;br /&gt;     Wieczny spokój. Szaleństwa, imprezy, dyskoteki traktuję na równi z chodzeniem do kościoła. Zbędne, zbędne, nie mają miejsca w moim życiu.&lt;br /&gt;     Moja współlokatorka. Nie rozmawiamy, bo nie mamy o czym. Ona się uczy, ja zajmuję się książkami. Czasem wymieniamy kilka zdań o pogodzie. Nie przyprowadza nikogo do mieszkania. To dobrze, za dużo hałasu by było. Ja mam dopiero dwadzieścia trzy lata, ale coś sprawiło, że zachowuję się jak stara baba. Ciekawe co? Ale czy taki stan jest zły? Po prostu lubię ciszę. Wtedy myśli płyną swobodnie.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Pojawia się mężczyzna. Zupełnie niespodziewanie. Pracuję w bibliotece dla dzieci i młodzieży. Czytelnicy najchętniej wypożyczają lektury szkolne, atlasy i fantastykę. Lubię to zajęcie. Ale nie lubię, gdy dzieje się coś niepożądanego.&lt;br /&gt;     Praca jest przyjemna. Sala przytulna, wypełniona regałami z sosnowego drewna. Biurko, przy którym siedzę jest niebieskie. Stoi na nim kubek z długopisami, skrzynka z kartami czytelników i wazonik ze sztucznymi kwiatami. W szufladzie biurka trzymam przybory papiernicze, notesy i słoik z drobnymi (kary za przetrzymanie książki).&lt;br /&gt;     Wstaję zza biurka. Biorę kupkę oddanych książek. Mam zamiar odstawić je na miejsce i zamknąć bibliotekę.&lt;br /&gt;     Otwierają się drzwi. Wchodzi facet. Pierwsza myśl: rzucić w niego książkami. Druga myśl: przecież się zniszczą. Facet wchodzi pewnym krokiem, ja szybko zmykam za biurko, odkładam książki, dyskretnie odsuwam szufladę, wyczuwam nożyk do papieru. Zaciskam dłoń na rękojeści.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry - mówi nieznajomy. Jest wysoki, w szarej marynarce. Przez ramię ma przewieszoną skórzaną torbę. Kamasze rozchodzone i przykurzone. Na głowie ma szary kapelusz. Nastaje chwila milczenia. Mierzę go wzrokiem, oceniam, ale nie odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Chciałem zapisać się do biblioteki.&lt;br /&gt;     - Proszę wyjść i przeczytać tabliczkę przed wejściem - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Ach... Chodzi o to, że już zamknięte? - Patrzy na mnie błagalnym spojrzeniem. - Bardzo zależy mi na pewnej pozycji a... jutro jest sobota... i... będzie nieczynne.&lt;br /&gt;     - To jest biblioteka dla dzieci i młodzieży. Pan nie zalicza się do tego przedziału wiekowego - zauważam.&lt;br /&gt;     - E... A do jakiego przedziału się zaliczam? - pyta. Co za bezczelny i upierdliwy typ!&lt;br /&gt;     - Do przedziału gderliwych staruchów. - Mrużę oczy i wyciągam rękę z nożykiem przed siebie.&lt;br /&gt;     - Ach! - robi wielkie oczy. - To zupełnie jak pani. Myślę, że do siebie pasujemy.&lt;br /&gt;     - To zbędna uwaga. - Zaciskam wargi. - Jeśli pan nie wyjdzie w tej chwili, zjem pana razem z moją współlokatorką na kolację. - Wychodzę zza biurka. Patrzę w jego oczy. Mam jego duszę na talerzu. Głupiec.&lt;br /&gt;     - Ma pani współlokatorkę? Mieszkacie tu? W bibliotece? - Pyta spokojnie, jakbym trzymała w ręce lizaka, a nie bardzo niebezpieczne narzędzie.&lt;br /&gt;     - Mieszkamy w kopalni węgla - odpowiadam. - A teraz wynocha!&lt;br /&gt;     - Tak się składa, że wiem co nie co o pani znajomej - mówi tonem wszechwiedzącego pryka. - Chodzi do szkoły, w której uczę. Opowiadała mi o pani. Opowiadała mi o pani talencie. - Uśmiecha się jak do trzyletniego berbecia umazanego czekoladą. - Proszę opuścić tę łyżeczkę, jest naprawdę niebezpieczna...&lt;br /&gt;     Spoglądam na swoją dłoń. To nie nożyk tylko łyżeczka! Przez cały czas groziłam mu łyżeczką! Cóż za kompromitacja! Nic dziwnego, że się nie przestraszył!&lt;br /&gt;     - O co panu chodzi? - pytam. Przestaję panować nad głosem. Nienawidzę tego.&lt;br /&gt;     - Chodzi mi o panią.&lt;br /&gt;     - Oho! Już szósta. Czas zamykać. - Wyjmuję z kieszeni klucze i potrząsam nimi. - Czas zamykać!&lt;br /&gt;     -  Nie chcę zabierać cennego czasu, przyjdę kiedy indziej. Tymczasem dziękuję za miłą pogawędkę. Do widzenia!&lt;br /&gt;     I wyszedł. Poczułam się jak chrząszcz gnojarz topiący się w kibelku. Coś takiego nigdy mnie nie spotkało (i oby nie zdarzyło się ponownie!). Dzisiejszy wieczór poświęcę na dogłębną analizę tego wszystkiego... Odczuwam jakieś zachwianie równowagi. Jakiś dyskomfort.&lt;br /&gt;     Ustawiam książki, zabieram swoje rzeczy i wychodzę. Przekręcam klucz w zamku. Zastygam. O czym on mówił? O talencie? Owszem piszę, ale... nikomu nie daję nic do czytania. Czyżby... Trzeba będzie to wszystko wyjaśnić.&lt;br /&gt;     Wracam do mieszkania na piechotę. Chcę myśleć o dzisiejszym spotkaniu, ale odsuwam tę miłą chwilę na później. Gdy zanurzę się w wannie z gorącą wodą lub położę głowę na poduszce. Jeszcze trochę, jeszcze trochę.&lt;br /&gt;     Mijam ludzi. Niektórzy idą spokojnie prezentując swoje modne płaszcze, inni pędzą w ortalionowych kurtkach, potrącając mnie, nie zwracając uwagi na styl. Gazety poprzyklejane do mokrego chodnika wyglądają jak gigantyczne, umarłe ćmy. Kupki śniegu koło latarni są czarne i twarde. Tysiąc odcieni szarości męczy oczy. Odwracam wzrok w stronę wystaw. Razi mnie roześmiany idealny świat. Napisy, migające ledy, miękkie kształty, iskrzące się słoiczki, wszystko za szybami. Przeźroczyste tafle oddzielają świat brudu od tego idealnego - do kupienia.&lt;br /&gt;     W domu wita mnie głos współlokatorki. Nie mówi do mnie. Rozmawia przez telefon. Zostawiam płaszcz i buty w przedpokoju. Idę do kuchni. Odgrzewam wczorajsze spaghetti. Idę do swojego pokoju. Kładę się na łóżko i zajadam. Tę przyjemną chwilę mogę poświęcić nieznajomemu. Czego on tak właściwie chciał i kim jest? Nauczyciel, wypytywał moją znajomą, wypytywał mnie, chciał wiedzieć gdzie mieszkamy... Zaraz, zaraz... Mój umysł przeszyła myśl. Straszna myśl. Ale realna. Przypomniałam sobie jego oczy. Tak wyraźnie. Można byłoby w nie wskoczyć i popłynąć do dna. A na dnie... On jest mordercą. Chce zabić moją współlokatorkę. Przechodzi mnie dreszcz. Makaron z sosem smakuje jakoś inaczej. Chcę zerwać się i ostrzec biedną dziewczynę, ale przecież rozmawia teraz przez telefon. Może rozmawia z nim? Umawia się na ostatnią randkę w życiu?&lt;br /&gt;     Co robić?&lt;br /&gt;     W brzuchu dzieje się coś niedobrego. Adrenalina w żyłach. Jak cholerny narkotyk. W głowie bałagan. Różowy puch. Coś mi podchodzi do gardła. Słodka fala. Czuję ciepło. Idę do łazienki. Schłodzić się. Patrzę w lustro i widzę... go.&lt;br /&gt;     - O...o...o...Boże...&lt;br /&gt;     - Przepraszam... nie zamknęłaś drzwi... - mówi i uśmiecha się jak... No właśnie! Uśmiech mordercy. Taki wredny, z wyszczerzonymi zębami i zmrużonymi oczami...&lt;br /&gt;     - Hej! - Nadbiega współlokatorka. - Może przedstawię cię mojej koleżance.&lt;br /&gt;     - Nie ma potrzeby. Spotkaliśmy się dziś, przypadkiem w bibliotece - odpowiada.&lt;br /&gt;     Cha, cha! Przypadkiem? To wszystko było perfekcyjnie zaplanowane. Łyżeczka, łyżeczka... mam... ją...&lt;br /&gt;     - Mam ją w kieszeni... - Głos sam wydobywa się z mojego gardła.&lt;br /&gt;     - My się znamy ze szkoły, wiesz Celinko? - mówi do mnie jakbym miała dziesięć lat. Zawsze uważa się za starszą! Co za gówniara! - Uczy mnie polskiego. Opowiadałam mu o tobie, dałam mu do przeczytania twoje...&lt;br /&gt;     - Co? - tym razem głos wypluwam z wielkim trudem. Brzmi jak beknięcie.&lt;br /&gt;     - Celino, co się stało? - pyta suka (teraz tak ją będę nazywać, awansuje ze współlokatorki na sukę). - Wyglądasz na chorą!&lt;br /&gt;     - Po prostu jestem bardzo zmęczona. Pójdę się położyć. - Trzecia przemiana mojego głosu. Tym razem jest słaby, drżący i nieprzyjemny. Jak skrzypienie drzwi w horrorze.&lt;br /&gt;     Wymykam się z łazienki, zamykam się w swoim pokoju. Niech ją zamorduje. Teraz jest mi wszystko jedno. Zdrajczyni!&lt;br /&gt;     Nie mogę umyć zębów. Trudno. Przebieram się i kładę się do łóżka. Nasłuchuję. Słyszę śmiechy (pewnie śmieją się ze mnie), potem muzykę (no tak! Włączył muzykę, żeby nie było słychać krzyków, no bo w końcu mordowany krzyczy... a morderca krzyczy? Czy morderca krzyczy podczas mordowania?)... Zasypiam.&lt;br /&gt;     Ranek. Do mózgu powoli dochodzi informacja, że pora wstać. Umysł poraża igła strachu. Myślę: wejdę do jej pokoju i zobaczę trupa. Policja, przesłuchania, kajdanki, więzienie, próba wytłumaczenia, że zostałam wrobiona, w końcu odsiadka się kończy, wychodzę, żegna mnie wysoka brama z drutem kolczastym i... widzę go, mówi: dziękuję (uśmiecha się jak wilk do zabitego królika), wtedy ja rzucam się na niego i rozszarpuję mu gardło własnymi zębami...&lt;br /&gt;     Teraz już wiem czego chce! To szatan. Przybył, aby zmusić mnie do popełnienia mordu. A wczoraj? Byłam gotowa wbić mu nożyk w serce. Łyżkę. W końcu łyżką też można zabić. Czy chciałam tego naprawdę? Chciałam zabić, zobaczyć jego krew obryzgującą "Zbrodnię i karę", chciałam zobaczyć w jego oczach radość (w końcu szatan cieszy się gdy dzieje się zło...)&lt;br /&gt;     Wstaję z łóżka. Przemierzam pokój w koszuli nocnej. Otwieram drzwi. Dźwięki wybuchają w umyśle. Idę korytarzem, staję naprzeciwko drzwi umarłej (była współlokatorka, była suka, teraz jest umarła). Otwieram drzwi. Krew, wszędzie krew, a na ścianie napis: wrócę po twoje dziewictwo. Nie, to tylko wyobraźnia. Mam zamknięte oczy, boję się ich otworzyć...&lt;br /&gt;     - O! Cześć! - woła umarła, a ja otwieram oczy. - Szkoda, że wczoraj źle się poczułaś. Było naprawdę fajnie. Morderca dał mi do przeczytania swoje wiersze.&lt;br /&gt;     - Morderca?&lt;br /&gt;     - Co? Chyba ci się przesłyszało. Lepiej idź się połóż. Wyglądasz jak trup.&lt;br /&gt;     - Trup? - świat dziwnie podskakuje. Wyciągam rękę, aby złapać się framugi. Świat podskakuje coraz wyżej, ale ja zostaję w miejscu. Tylko oczy rejestrują zmianę wysokości. A potem już nic nie rejestrują. I tak oto w kropce jestem. A ta kropka jest duża, brązowa i bardzo, bardzo śmierdząca. Na imię jej... wiadomo jak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      2005-12-26&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-666217293118871451?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/666217293118871451/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/kocham-morderce.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/666217293118871451'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/666217293118871451'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/kocham-morderce.html' title='Kocham mordercę'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnMfK53KI/AAAAAAAAFFQ/dYIbseohfO4/s72-c/kocham.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-3221992825214001674</id><published>2009-08-02T21:26:00.001-07:00</published><updated>2009-08-02T21:26:59.147-07:00</updated><title type='text'>Lato</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnAKZ388I/AAAAAAAAFFI/tSP51HxlMZY/s1600-h/lato.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnAKZ388I/AAAAAAAAFFI/tSP51HxlMZY/s320/lato.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365589258549064642" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     Chciałbym myśleć, że wszystko miało swój początek. Dostałem straszny list, ktoś z rodziny umarł albo wyleciałem z pracy. Niestety mój beznadziejny stan nie jest związany z żadnym tragicznym wydarzeniem. Nie było strasznego początku, dzięki któremu mógłbym zasłużyć na współczucie społeczeństwa. Nie było początku o kolosalnym znaczeniu. Tak naprawdę wszystko rozpoczęło się w dniu mego przyjścia na świat. Wszystkie wydarzenia, ludzie, których spotkałem, a nawet słowa, które wypowiadałem doprowadziły mnie do tego punktu, w którym znajduję się dzisiaj. Ten punkt jest ciasny, ciemny i trudno się z niego wydostać. Ten punkt znajduje się między ściankami imadła. Niedługo dotkną moich ramion i rozlegnie się chrzęst. Identyczny z tym, który słyszy się, gdy ludzie rozrywają skrzydełka kurczaków wyciągnięte z zupy. Wtedy pojawia się myśl: "Skoro kurczaka można bezkarnie jeść palcami, to dlaczego kartofli już w dłoń ująć nie wypada? Dlaczego nie można poczuć ugotowanego kartofla między palcami? Na pewno zupełnie inaczej by wtedy smakowały".&lt;br /&gt;     Myśl o jedzeniu odwróciła moja uwagę od sprawy, którą powinienem się zająć. Punkt w imadle to taki stan, w którym każdy atom ciała chce zająć się czymś innym. Uczucie rozkładu. Co stanie się, gdy usiądę i nie będę siłą woli powstrzymywał swoich tkanek przed rozproszeniem się na cztery strony świata? Nie mam pojęcia.&lt;br /&gt;     Siadam na kuchennym taborecie. Czekam, obserwując, co się będzie działo. Przez chwilę wpatruję się w swoją dłoń. Dłoń nie zmienia kształtu. Tylko lekko drży. To przez upał. Ocieram pot z czoła i nosa. Czuję jego nieprzyjemny zapach. Wypadałoby wziąć prysznic. Ponieważ nigdzie nie wychodzę dzisiaj, jutro, a nawet po jutrze daruję sobie tę przyjemność.&lt;br /&gt;     Wstaję z taboretu, przemierzam syfiastą kuchnię. Stopy lepią się do podłogi. W zlewie piętrzy się piramida Cheopsa. Kuchenka pokryta jest kożuchem czegoś, co wykipiało tydzień temu. Z kranu kapie woda. Chcę go dokręcić, ale nie mogę dosięgnąć kurka. Przeszkadzają mi w tym sterty naczyń. Niech kapie. Może dzięki temu garnki same się umyją? Przynajmniej muchy mają pożywkę. Niech chociaż one będą szczęśliwe w ten upalny dzień.&lt;br /&gt;     Docieram do okna. Jest uchylone. Nie wiem, czy wpada przez nie chłód czy żar. Na dworze jest biało. Mrużę oczy. Ochraniam je dłonią przed słońcem Ulica, chodniki i drzewa wyglądają nienaturalnie, drżą. Osiedle wygląda jak ulepione z plasteliny. Lada moment zacznie się rozpływać. Czasem przechodzą ludzie w koszulkach na ramiączkach i luźnych spodenkach albo dziewczyny w miniaturowych topach i obcisłych dżinsowych spódniczkach. Od takiego widoku robi mi się jeszcze bardziej gorąco.&lt;br /&gt;     Myślę, co by się stało, gdybym położył na parapecie kawałek czekolady. Pewnie roztopiłaby się i zaczęłaby spływać w dół. Krople rozgrzanej czekolady skapywałyby z siódmego piętra na chodnik. Utworzyłaby się kałuża. Ktoś mógłby nawet w nią wejść i przykleić się do niej. Wtedy miałbym sąsiada pod oknem. Ale on pewnie i tak nie spojrzałby w górę i nie zauważyłby mnie.&lt;br /&gt;     Kończę obserwowanie świata za oknem. Zasłaniam szczelnie kuchenne okno zasłonkami z lnu. Kiedyś były niebieskie. Kurz sprawił, że stały się szare.&lt;br /&gt;     Zaglądam do lodówki. Gnieżdżą się tam same resztki. Wyschnięte kawałki żółtego sera, ogórka i pomidora. Nieświeże masło i skisła śmietana. W klejącym się garze jest resztka zupy. Wyjmuję garnek z lodówki i stawiam na blacie szafki pokrytym wyschniętymi okruszkami chleba. Okruszki chrzęszczą pod denkiem garnka.. Zupa jest szara, pływają w niej szare kartofle i niezidentyfikowane warzywa. Wlewam zawartość garnka w swoje ciało. Orientuję się, że zupa nie jest do mnie nastawiona pozytywnie. W brzuchu bulgocze, głód nadal doskwiera.&lt;br /&gt;     Opuszczam kuchnię. Wchodzę do pokoju. Wita mnie półmrok i ciężkie powietrze. Wiatraczek na pełnych obrotach zaczyna dziwnie rzęzić. Nic dziwnego. Działa bez przerwy czwartą dobę. Rzucam się na łóżko. Zamykam oczy. Pokój zaczyna powoli się obracać. Wszystkie rzeczy przestawiają się, tworzy się bałagan. Ja nie będę tego sprzątał.&lt;br /&gt;     Potęga niechcenia jest wszechmocna. Sprawia, że moje ciało staje się wrogiem. Jest sflaczałe i obolałe. Najcięższa jest głowa, która ciągnie mnie w dół. Miażdży kręgosłup. Przyprawia o zawroty głowy. Przez gorąco pocę się, jakbym uprawiał sporty wyczynowe. Luźna koszula i spodenki są wilgotne. Lepią się do skóry. Nachodzą mnie fale zimna i gorąca. Na zmianę.&lt;br /&gt;     Każda rzecz w pokoju sterczy. Sprzęty chcą, abym się na nie nabił. Jak na włócznie. Nawet kołdra nie jest przyjazna. Śmierdzi. Od miesiąca kisi się w tej samej poszewce. W takich momentach potrzebni są przyjaciele. Łącznikiem z nimi jest telefon. Co zrobić, gdy aparat telefoniczny też jest wrogiem? Słuchawka straszy swoim ciemnym sitem. Uświadamiam sobie, że przecież nie mam znajomych. Nie mam do kogo się zwrócić. Tę myśl podpowiedział mi niedobry, zielony telefon z czarnym kablem (dżdżownicą).&lt;br /&gt;     Marzenia, które się nie spełniają. Właśnie one trzymały mnie przy życiu. Przez ostatnie lata. A co było wcześniej? Gdy jeszcze wierzyłem, że pragnienia mogą się spełnić? Wierzyłem tak bardzo, że gdy czegoś chciałem, spełniało się to. Wcześniej... Myślę, że zżarła mnie ta sprawa. Sprawa, którą odkładałem przez kilka lat. Zapominałem, nie chciało mi się, udawałem, że nie mam czasu, jestem chory albo mam ważniejsze zadania. Teraz wiem, że nie ma nic ważniejszego od SPRAWY. Sprawa należy do takich, przed którymi trudno jest się przyznać przed sobą samym. Przez takie sprawy traci się wiarę w siebie. Znajomi albo rodzina nalegają, chcą usłyszeć, co jest przyczyną zmartwień. Chcą poznać tę sprawę. Ale jest ona tak wielka i jednocześnie tak błaha, że wstyd i nienawiść do siebie pogłębia się i rozlewa w sercu jak nieskończony ocean. Tego oceanu nie da się wypchnąć, przelewa się miedzy palcami. Jestem wobec niego bezsilny. Takie sprawy zostają tylko w głowach. I będą. Jak gumy do żucia przyklejone do asfaltowej nawierzchni. Niby to śmieci, które szpecą ulicę, ale z drugiej strony nikomu specjalnie nie przeszkadzają i nikt przecież nie będzie ich odklejał. Po prostu są. A życie pędzi tak, że się ich nie zauważa.&lt;br /&gt;     Ważne jest to, że ktoś umarł, miał wypadek, ożenił się, wyjechał, uciekł, zwariował, poparzył się, wyskoczył przez okno z dziesiątego piętra i przeżył, urodził dziecko z zespołem Dawna albo stracił pieniądze, bo uwierzył, że w całym bloku będzie remont okien i zapłacił sympatycznym panom. Ale o takich sprawach łatwiej jest powiedzieć, niż o wielkiej błahostce. Są pewne sposoby na oswojenie się ze SPRAWĄ. Jednym z nich jest nazywanie sprawy w inny sposób, niż ten, w jaki się o niej myśli. Moja nazywa się tęsknota.&lt;br /&gt;     Zrywam się z łóżka. Gwałtowny ruch powoduje, że buzuje mi w głowie. Chwytam się za skronie. Staram się nie przewrócić. Świat bryka. Leniwie zwalnia. Już dobrze. Podchodzę do regału zawalonego książkami. Szukam albumu ze zdjęciami. Dostrzegam go na półce koło fantastyki. Zdjęcia, uwiecznione momenty mają wiele wspólnego z fantastyką. Są odległe, fascynują i można obcować z nimi po kilka razy. Nigdy się nie nudzą.&lt;br /&gt;     Wracam z powrotem na łóżko. Otwieram album. Witają mnie uśmiechnięte twarze. Zastygłe ludziki. Wiecznie młode i wiecznie szczęśliwe. Bez trosk wymalowanych na twarzach, bez zmęczenia. Inna rzeczywistość. Przypominam sobie ich imiona. Ich historie. Dzisiaj już nic dla mnie nie znaczą. Wyobrażam sobie jak się zmienili. Jak teraz żyją. Jeden jest policjantem, inny bankowcem, ma dzieci albo pije. Jaki sens ma takie bujanie w obłokach?&lt;br /&gt;     Wreszcie odnajduję zdjęcie, którego szukałem. Uwieczniona na nim postać jest przyczyną mojej tęsknoty. Jest sprawą. I czymś co powoduje, że nie mam odwagi i siły na nic.&lt;br /&gt;     Błyszczące oczy, pewne spojrzenie. Lekki uśmiech, rozbawienie na twarzy. Dookoła drzewa, las.&lt;br /&gt;     Przez okno wpada chłodny powiew. Czuję się tak, jakbym powrócił do miejsca ze zdjęcia. Rześkość i lekkość w ciele. W sercu poczucie wolności. Żadnych zakazów i barier. Krzyk, który zastyga na ustach. Zmieszany z beztroskim śmiechem. Z zapachem leśnej roślinności. Uczucie znika, gdy wiaterek rozpływa się w rozgrzanym powietrzu. Pozostają załzawione oczy. Trudno jest pozbyć się starych wspomnień, gdy nie ma się nowych.&lt;br /&gt;     Wyjmuję zdjęcie z albumu. Patrzę na numer telefony zapisany z tyłu fotografii.&lt;br /&gt;     Trzymam zdjęcie w rękach. Waham się. Zdjęcie przykleja mi się do palców. Biorę telefon do ręki. Wykręcam numer. Słyszę sygnał. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...&lt;br /&gt;     - Halo? - Głos, który słyszę w słuchawce przeraża mnie. Nie spodziewałem się, że ktoś odbierze. Ja na pewno bym nie odebrał. Słuchawka robi się śliska od potu. - Słucham!&lt;br /&gt;     - Cześć, to ja... - Mój głos jest zachrypnięty i cichy, jakbym nie odzywał się od stuleci. Cisza.&lt;br /&gt;     Słyszę odgłos odkładanej słuchawki. Rozlega się sygnał. Raz, dwa, trzy...&lt;br /&gt;     - To ja. Pamiętasz mnie? - mówię do słuchawki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      2006-04-14&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-3221992825214001674?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/3221992825214001674/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/lato.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3221992825214001674'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/3221992825214001674'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/lato.html' title='Lato'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZnAKZ388I/AAAAAAAAFFI/tSP51HxlMZY/s72-c/lato.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-107110034157846785</id><published>2009-08-02T21:23:00.001-07:00</published><updated>2009-08-02T21:26:11.493-07:00</updated><title type='text'>Mieszkanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmziWyD4I/AAAAAAAAFFA/oQ6Dw3kC9h8/s1600-h/mieszkanie.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmziWyD4I/AAAAAAAAFFA/oQ6Dw3kC9h8/s320/mieszkanie.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365589041640247170" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     Boję się, że w moim życiu już nic się nie wydarzy. Brakuje mi kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. Brakuje mi zmian. Chyba za długo byłem samotny.&lt;br /&gt;     Mam dwa domy.&lt;br /&gt;     Mój pierwszy dom to moje mieszkanie. Mieszkam w bloku na ósmym piętrze. Mieszkanie składa się z dwóch pokoi (mój pokój oraz salon). Jest też kuchnia i łazienka. Urządziłem je skromnie. Tak, żeby łatwo było sprzątać. Lubię porządek, ale nie lubię sprzątania. Podłogi pokrywa wykładzina drewnopodobna. Meble są proste, z płyty wiórowej koloru orzechowego. Mam mnóstwo półek z książkami.&lt;br /&gt;     W moim mieszkaniu mieszka kilka kobiet. Pierwsza to łóżko. Stoi w moim pokoju pod oknem. Jest małe. Przykrywam je niebieską kapą. Druga kobieta to wanna. Stoi w łazience. Na jej brzegach ustawiam mydło i szampony. Jest zimna i twarda. Trzecia to lodówka. To bardzo duża lodówka. Ma zamrażalnik, którego nie używam. Gdybym miał psa, zamrażałbym w niej mięso dla niego. Nie jestem pewien, czy chciałbym mieć psa. Do lodówki przyczepiam magnesami listy rzeczy, które muszę zrobić oraz ulotki i informacje co jest do zjedzenia.&lt;br /&gt;     Czwarta kobieta to stół. Stoi w kuchni, razem z lodówką. Jest okrągła, ma kolor orzechowy. Najczęściej leżą na niej książki i czasopisma. Nie jem przy niej. Przeważnie jem na swoim łóżku.&lt;br /&gt;     Piąta - podłoga. Pokryta zieloną wykładziną. Szósta to lampa. Stoi u mnie w pokoju. Ma kolor pomarańczowy. Wszystkie zawsze są ze mną. Żadna jeszcze mnie nie opuściła.&lt;br /&gt;     Mój drugi dom to wieżowiec. Cały ze szkła. W południe słońce, które odbija się od okien, razi przechodniów w oczy. Tu pracuję. Jest tu moja żona - komputer i moi kochankowie - koledzy z pracy. Widuję ich codziennie. Spędzam z nimi tyle czasu co z moim łóżkiem (kobietą numer jeden). Myślę, że ona przez to cierpi. Czuje się zdradzona. Ale śpię tylko z nią. Koledzy są podobni do mnie. W marynarkach, z krawatami. Początkowo drażni mnie to, że wszyscy wyglądają tak samo. Z czasem zaczynam dostrzegać różnice. Krawaty, chusteczki w butonierce, buty, teczki, długopisy - każdy wybrał co innego. Teraz czuję się lepiej i sam zwracam większą uwagę na szczegóły w swoim ubiorze.&lt;br /&gt;     Rano jadę do pracy (dom numer dwa). Jadę samochodem. Kupuję śniadanie po drodze. Najczęściej bułkę i jogurt. Jem, gdy stoję w korku. Przyglądam się ludziom w innych samochodach. Nie lubię tej trasy. Ludzie są tu bardzo nerwowi.&lt;br /&gt;     Gdy otwieram okno, czuję smród. Słyszę hałas. Zamykam je i włączam radio. Lecą stare przeboje. Denerwują mnie, ale słucham dalej. W pracy nie rozmawiam. Przemierzam szybko korytarz, jadę windą na moje piętro. Znowu idę korytarzem. Otwieram drzwi do mojego działu. Mówię wszystkim "cześć", siadam na obrotowym fotelu, włączam komputer. Moje ciało przechodzi proces hibernacji. Prawdziwe rozmowy zaczynają się zwykle po pracy. Najczęściej w windzie.&lt;br /&gt;     - Rzuciła mnie dziewczyna - zagaduje mnie jeden z kolegów. Nie wygląda na zmartwionego.&lt;br /&gt;     - Aha.&lt;br /&gt;     - Ale znalazłem nową. - Śmieje się.&lt;br /&gt;     - O!&lt;br /&gt;     - Może chciałbyś wybrać się z nami do kina. Jutro?&lt;br /&gt;     - Nie mam żadnych planów - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - W takim razie idziemy! - mówi. W tym momencie drzwi windy otwierają się. Wychodzimy. Nasze drogi rozchodzą się. Idę do samochodu i wracam do domu.&lt;br /&gt;     Wieczorem długo nie mogę zasnąć. Idę więc do lodówki (do kobiety numer trzy) i szukam czegoś do jedzenia. Nie ma nic dobrego. Zapomniałem pójść po zakupy.&lt;br /&gt;     Idę do salonu. Włączam telewizor i oglądam film o złodzieju diamentów. Zasypiam z pilotem w ręce.&lt;br /&gt;     Następnego dnia jestem cały obolały. To dlatego, że zasnąłem na podłodze. Idę wykąpać się w ciepłej wodzie. Nalewam wodę do wanny. Wchodzę ostrożnie. Robi mi się gorąco. Długo siedzę bez ruchu. Myślę. Lustro jest zaparowane. Po kąpieli czuję się znacznie lepiej.&lt;br /&gt;     Przypominam sobie o dzisiejszym wyjściu. Przestałem mieć ochotę na kino. Pójdę, bo wieczorem nie mam nic do roboty. Po za tym może jeszcze zmienię zdanie.&lt;br /&gt;     W pracy spotyka mnie niespodzianka. Dostaję krawat. Używany. Bardzo się cieszę. Denerwuję się dzisiejszym wyjściem do kina.&lt;br /&gt;     Dzień mija szybko. Praca dobiega końca. Przychodzi do mnie kolega, który organizuje wyjście. Wyłączam komputer. Idziemy.&lt;br /&gt;     - Moja dziewczyna czeka już na dole. Przyprowadziła swoją koleżankę. Poznacie się.&lt;br /&gt;     Wsiadamy do windy. Widzę siebie w lustrze. Nowy, używany krawat wygląda świetnie.&lt;br /&gt;     Na dole wszyscy się witamy i przedstawiamy. Panuje atmosfera sztucznej uprzejmości. Dziewczyna mojego kolegi okazuje się ładną, wesołą blondynką. Jej koleżanka ma ciemne włosy i też przez cały czas się śmieje. Zarażam się ich dobrym humorem. Kiedy idziemy do kina, rozmawiamy o pracy, pogodzie oraz gotowaniu. Dziewczyna mojego kolegi opowiada o egzotycznych potrawach, które lubi przyrządzać. Pracuje w dobrej restauracji. Myślę, że mój kolega jest szczęściarzem. Ja nie potrafię ugotować żadnej potrawy. Jest to duża oszczędność czasu.&lt;br /&gt;     W kinie jest wesoło. Wybraliśmy się na komedię. Po filmie rozchodzimy się. Mój kolega idzie ze swoją dziewczyną, a ja zostaję z ich koleżanką. Na dworze jest już ciemno. W czasie filmu padało. Chodniki i uliczki są mokre. Odbija się w nich światło latarni. W mieście nie widać gwiazd. Królem nieba jest wielki, biały księżyc.&lt;br /&gt;     - Może pójdziemy do barku na herbatę? - mówi.&lt;br /&gt;     - Dobrze - odpowiadam. Najchętniej wróciłbym już do pierwszego domu, ale zgadzam się. Martwię się o kobiety.&lt;br /&gt;     Wchodzimy do małego baru obok kina. Barek ma sympatyczny wygląd. Obsługuje nas zgrabna kobieta. Spod fartucha wystaje eleganckie ubranie. Gdy kelnerka podchodzi bliżej zauważam, że ma zaczerwienione oczy. Płakała? Zamawiamy po herbacie. Rozmowa się nie klei. Dziewczyna zauważa, że spoglądam na zegarek.&lt;br /&gt;     - Podobno jesteś samotny? Moglibyśmy spotykać się częściej... - mówi i spuszcza wzrok.&lt;br /&gt;     - Tak. Świetny pomysł - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Też jestem samotna - zauważam, że w jej oczach zbierają się łzy.&lt;br /&gt;     - Przykro mi. - Nie bardzo wiem co mam odpowiedzieć.&lt;br /&gt;     - Pomyślałam, że skoro ty też nikogo nie masz, moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Nie sądzisz? - Mruga oczami kilka razy, ale to nie pomaga.&lt;br /&gt;     - Tak.&lt;br /&gt;     Łzy zbierające się w jej oczach są coraz większe. W końcu spływają po jej policzkach. Nie wiem co robić. Wyciągam z kieszeni paczkę chusteczek i podaję jej.&lt;br /&gt;     - Nie płacz. Będziesz miała czerwony nos - mówię, a ona uśmiecha się. - Ktoś cię zostawił?&lt;br /&gt;     - Nie... po prostu nikt nie poświęca mi czasu. Nikt nie chce ze mną rozmawiać. Czuję się samotna.&lt;br /&gt;     Ustalamy, że będziemy widywać w barku co sobotę. To dobry pomysł. Dzięki spotkaniom moje życie jest ciekawsze. Kupuję dwie nowe koszule. Spotyka mnie wiele niespodzianek. Nowy używany krawat, kino, nowo poznana dziewczyna.&lt;br /&gt;     Co tydzień spotykamy się w umówionym miejscu. Przeważnie rozmawiamy. Śmiejemy się i jest naprawdę przyjemnie. Moje życie jest teraz o wiele bardziej weselsze.&lt;br /&gt;     Kolejny dzień. Wychodzę z domu. Czuję, że moje kobiety chciałyby poznać nową dziewczynę. Waham się. Postanawiam zapytać się, czy nie chciałaby przyjść do mnie na herbatę.&lt;br /&gt;     Jest sobota. Wychodzę trochę wcześniej. Kupuję herbatę i kwiaty. Są to niebieskie i fioletowe kwiatki, których nazwy nie pamiętam. Gdy zjawia się pod barkiem wręczam jej kwiaty. Dziewczyna bardzo się cieszy. Zajmujemy nasz ulubiony stolik. Zamawiam herbatę. Dziewczyna wącha kwiaty. Dotyka je ustami. Wygląda znacznie lepiej od naszego pierwszego spotkania.&lt;br /&gt;     Pijemy herbatę i rozmawiamy. Dyskutujemy o filmach i ostatnio przeczytanych książkach. Przypominam sobie o tym, aby zaprosić ją do siebie.&lt;br /&gt;     - Czy chciałabyś dzisiaj wstąpić do mnie na herbatę? - pytam.&lt;br /&gt;     - Na herbatę? No pewnie, że tak!&lt;br /&gt;     - W takim razie dopijmy naszą herbatę i możemy jechać.&lt;br /&gt;     Dopijamy herbatę. Zamawiam szarlotkę na wynos. Znów zwracam uwagę na kelnerkę. Ma czerwone oczy - tak jak pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłem. Myślę, że może ma uczulenie. Idziemy do samochodu. Chcę powiedzieć dlaczego zapraszam ją do siebie, ale wydaje mi się to absurdalne. Mogłaby mnie wyśmiać.&lt;br /&gt;     Wkrótce dojeżdżamy. Moje mieszkanie jest niedaleko. Mijamy park, lodziarnię i kilka sklepów. Parkuję pod budynkiem, w którym mieszkam. Wysiadamy. Wchodzimy do budynku i czekamy na windę. W końcu przyjeżdża.&lt;br /&gt;     - Kupiłem taką zupełnie nową herbatę - mówię, gdy jedziemy windą. - Nigdy jej nie piłem. Może będzie ci smakowała.&lt;br /&gt;     Dojeżdżamy na siódme piętro. Idziemy w kierunku mojego mieszkania. Otwieram drzwi. Uświadamiam sobie, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zaprosić kogoś do domu.&lt;br /&gt;     Wchodzimy. Zdejmujemy buty. Nie bardzo wiem, co robić.&lt;br /&gt;     - Masz bardzo ładne mieszkanie - mówi dziewczyna. - Oprowadzisz mnie?&lt;br /&gt;     - Dobrze. - Cieszę się, że znajdujemy jakieś zajęcie.&lt;br /&gt;     Chodzimy po moim mieszkaniu i oglądamy wszystkie pokoje. Pokazuję jej rzeczy które lubię, przypominam sobie historie z nimi związane. Na początku oglądamy mój pokój. Mam tu dużo książek, czasopism. Jest komputer, niebieski fotel, łóżko, szafki, pomarańczowa lampa (szósta kobieta) oraz akwarium. - Bardzo lubię rybki - mówi dziewczyna. - Kiedyś też miałam akwarium, ale mi pękło. - Stuka w szybę akwarium palcem, a rybki podpływają i robią się niespokojne. Wrzucam im trochę suszonego pokarmu. Na ścianach wiszą zdjęcia różnych metropolii. Uwielbiam miasta, więc chcę mieć je też w swoim mieszkaniu.&lt;br /&gt;     Następnie oglądamy salon. Stoi tu kremowa sofa, stolik, regały i telewizor. Na parapetach trzymam kwiaty (kaktusy).&lt;br /&gt;     - Według feng shui kaktusy nie są dobrymi kwiatami - mówi dziewczyna.&lt;br /&gt;     Łazienka jest chyba najmniej ciekawa. Seledynowa terakota i glazura, biała szafka na ręczniki oraz lustro. I oczywiście wanna (druga kobieta).&lt;br /&gt;     Na koniec trafiamy do kuchni. Rozpakowuję szarlotkę i robię dwie herbaty. Siadamy przy stole kuchennym (czwarta kobieta). Tym razem nie leżą na nim żadnych książek i czasopism.&lt;br /&gt;     - Ta herbata jest bardzo dobra - mówię i spoglądam na opakowanie po niej. "Wiosenny ogródek" - głosi napis na torebce.&lt;br /&gt;     - Zgadza się. Jest smaczna i aromatyczna - mówi dziewczyna. Cieszę się, że ją kupiłem. - Podoba mi się twoje mieszkanie. Jest takie przytulne. Nie wiedziałam, że samotny facet może tak ładnie urządzić mieszkanie.&lt;br /&gt;     - Po prostu lubię porządek. To podstawa.&lt;br /&gt;     Jemy szarlotkę i rozmawiamy. Czas płynie szybko i nawet nie zauważam, kiedy się ściemnia. Za oknem widać miasto. Palą się lampy. Reflektory samochodów migają w oddali. Wydaje mi się, że miasto ucichło. To dlatego, że okno jest zamknięte. Ilu samotnych ludzi spogląda teraz w tym samym kierunku co ja?&lt;br /&gt;     - Jest już trochę późno. Będę się zbierała - mówi dziewczyna i wstaje od stołu.&lt;br /&gt;     - Jeśli chcesz, możesz zostać. Mieszkasz sama, a skoro ci się tu podoba... To chyba nie robi dużej różnicy gdzie będziesz spała, prawda? - Na ten pomysł wpadłem dopiero teraz. Myślę, że woli jednak wrócić do siebie.&lt;br /&gt;     - Naprawdę mogłabym? Byłoby fantastycznie! - mówi dziewczyna. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Mimo to cieszę się.&lt;br /&gt;     Przed snem długo rozmawiamy, przeglądamy książki oraz czasopisma. W końcu dziewczynie chce się spać. Idzie się wykąpać. Ja ścielę łóżko w swoim pokoju. Sam szykuję sobie do spania sofę. Kończę i czytam gazetę.&lt;br /&gt;     Dziewczyna wychodzi z łazienki owinięta w mój ręcznik.&lt;br /&gt;     - Przepraszam, zapomniałem dać ci czysty ręcznik! - mówię. - Już, już ci daję. - Biegnę do łazienki i przynoszę ręcznik.&lt;br /&gt;     - Nie ma sprawy.&lt;br /&gt;     - Zapomniałem o piżamie! Może dam ci moją koszulę do spania, dobrze?&lt;br /&gt;     Idziemy do mojego pokoju. Przeszukuję szafkę. Wyciągam niebieską koszulę. Daję jej i sam idę do łazienki.&lt;br /&gt;     Podczas kąpieli myślę o tym, w jaki sposób moje kobiety poznały nową dziewczynę. Na łóżku usiadła, gdy robiliśmy obchód mojego mieszkania. Teraz pewnie wśliznęła się pod kołdrę i cieszy się zapachem świeżej pościeli. Wanna także dobrze ją poznała. Bycie wanną ma wiele zalet. Kiedy poszliśmy do kuchni dziewczyna oparła się o lodówkę. Na stole jedliśmy szarlotkę. Po podłodze chodziła w skarpetkach. Nie chciała założyć kapci. Ja z resztą też nigdy w nich nie chodzę (nie mógłbym chodzić po kobiecie w kapciach...). A lampa może ją bezkarnie podglądać. Tak więc wszystkie poznały nową dziewczynę. Wydaje mi się, że kobiety ją polubiły.&lt;br /&gt;     Po kąpieli idę do swojego pokoju.&lt;br /&gt;     - Myślałem, że już śpisz, ale zobaczyłem, że pali się światło.&lt;br /&gt;     Siadam na podłodze. Dziewczyna leży pod kołdrą, tak jak myślałem. Siada i podkłada pod plecy poduszkę. W mojej koszuli wygląda dobrze. Na pewno lepiej niż ja.&lt;br /&gt;     - Chciałam na ciebie zaczekać - mówi. - Bardzo podoba mi się twoja koszula. Będę mogła ją zatrzymać?&lt;br /&gt;     - A... Koszula... Dobrze. I tak w niej nie chodzę. - Dziwię się, że tak podoba jej się męska koszula.&lt;br /&gt;     - Dziękuję. - Dziewczyna ziewa.&lt;br /&gt;     - Jest już późno. Pójdę do salonu. Dobranoc.&lt;br /&gt;     - W takim razie dobranoc.&lt;br /&gt;     Gaszę światło i idę się położyć.&lt;br /&gt;     Tak naprawdę chciałbym zostać w pokoju i patrzeć jak zasypia. Wolałbym spać na podłodze w pokoju, niż tu. Kładę się na kanapie, ale nie mogę zasnąć. Myślę o tym, że bardzo się zmieniłem. Jeszcze miesiąc temu nie chciałbym, żeby ktoś u mnie nocował. Moje kobiety też by nie chciały. W końcu zasypiam.&lt;br /&gt;     Budzę się wcześnie. Myję się, ubieram i robię śniadanie. Idę do swojego pokoju. Dziewczyna jeszcze śpi. Czekam aż się obudzi. Wygląda tak ładnie, że nie mogę się powstrzymać i wyciągam do niej rękę. Głaszczę jej ciemne włosy. Dotykam jej policzka. Porusza się przez sen. Zabieram dłoń. Otwiera oczy. Widzi mnie i uśmiecha się. - Cześć - mówi zaspanym głosem.&lt;br /&gt;     - Cześć! Zrobiłem śniadanie - odpowiadam i wskazuję na tacę, którą postawiłem na podłodze. Tej tacy używam pierwszy raz. Dostałem ją w prezencie w pracy. Schowałem ją do piekarnika. Teraz się przydała.&lt;br /&gt;     Dziewczyna przeciąga się.&lt;br /&gt;     - To bardzo miło - mówi.&lt;br /&gt;     Jemy razem śniadanie. Kanapki, sałatka z pomidorów i ogórka oraz sok pomarańczowy, który cudem ostał się w lodówce.&lt;br /&gt;     - Bardzo dobrze mi się spało. Myślałam tylko, że...&lt;br /&gt;     - Wczoraj miałem ochotę patrzeć jak zasypiasz - mówię. - Ale poszedłem do salonu. Pomyślałem, że jesteś zmęczona. - Po tym wyznaniu robi mi się trochę lżej.&lt;br /&gt;     - Głuptas. Mogłeś przyjść wczoraj. A przyszedłeś dzisiaj. Możesz zrobić to jeszcze raz.&lt;br /&gt;     - Słucham? - mówię zdziwiony.&lt;br /&gt;     Bierze moją rękę i dotyka nią włosów.&lt;br /&gt;     - Myślisz, że spałam?&lt;br /&gt;     - Nie wiem, o co ci chodzi... Musiało ci się coś przyśnić.&lt;br /&gt;     - Przyśniło mi się? Chyba masz rację. A chciałbyś wiedzieć co mi się śniło? - zapytała kładąc się na powrót do łóżka.&lt;br /&gt;     - Jeśli chcesz to powiedz - odpowiadam.&lt;br /&gt;     - Nie mogę powiedzieć tego na głos. Jakaś kobieta mogłaby usłyszeć.&lt;br /&gt;     - Możesz napisać.&lt;br /&gt;     - Nie chce mi się pisać. Ale gdybyś podszedł trochę bliżej, mogłabym powiedzieć ci to na ucho - mówi.&lt;br /&gt;     - Jesteś pewna, że chcesz mi to powiedzieć? - pytam, ale siadam na łóżku blisko niej. Dziewczyna podnosi się. Przysuwa swoją twarz do mnie. Czuję jej wargi na moim uchu. Czuję jej oddech.&lt;br /&gt;     - Śniło mi się, że mnie pocałowałeś, kiedy spałam - szepcze mi prosto do ucha. Odsuwa się i kładzie głowę na poduszce.&lt;br /&gt;     - Na pewno tego nie zrobiłem. Jesteś pewna, że to byłem ja? - mówię zakłopotany.&lt;br /&gt;     - Oczywiście. Możesz zrobić to jeszcze raz. Powiem ci czy będzie tak samo. Wtedy dowiemy się czy w śnie to też byłeś ty.&lt;br /&gt;     - Ale...&lt;br /&gt;     Właściwie, po co chce żebym to zrobił? Co pomyślą inne kobiety? Nie wiem, co począć.&lt;br /&gt;     Wyglądam przez okno. Miasto jeszcze śpi. Jest spokojne. Słońce wychyla się zza białych chmurek. Zapowiada się ładna pogoda. Spoglądam na dziewczynę. Wystawia jedną nogę zza kołdry. Dotyka stopą mojego policzka.&lt;br /&gt;     - Możesz pocałować mnie w stopę, jeśli chcesz.&lt;br /&gt;     Biorę jej stopę w dłonie i delikatnie całuję.&lt;br /&gt;     - W śnie całowałeś mnie dokładnie tak samo... Teraz jestem pewna, że to byłeś ty. Dlaczego jesteś taki nieśmiały? - Kładzie mi nogę na ramieniu.&lt;br /&gt;     - Chyba za długo mieszkałem sam - odpowiadam i spoglądam na jej zgrabną łydkę.&lt;br /&gt;     - Jesteśmy sami. Wyluzuj się. Jeśli ci się podobam, dlaczego nie możesz mi tego powiedzieć?&lt;br /&gt;     - Nigdy nie mówiłem nikomu takich rzeczy. Po prostu nie potrafię.&lt;br /&gt;     - Jeśli chcesz możesz pocałować mnie w kolano - mówi. Zdejmuje nogę z mojego ramienia.&lt;br /&gt;     - Nie wiem... A ty chcesz? - Mam ochotę skończyć tę głupią rozmowę, która i tak do niczego nie prowadzi.&lt;br /&gt;     - Jeszcze nigdy nie spotkałam takiego faceta.&lt;br /&gt;     Wstaję z łóżka. Zabieram talerzyki po kanapkach i szklanki po soku.&lt;br /&gt;     - Umyję talerze - mówię i wychodzę z pokoju.&lt;br /&gt;     Idę do kuchni pozmywać. Dziewczyna idzie do łazienki zmyć mój pocałunek.&lt;br /&gt;     ***&lt;br /&gt;     Po tym wszystkim widzieliśmy się jeszcze kilka razy.&lt;br /&gt;     Wydaje mi się, że oddaliłem się od moich kobiet. Im bliżej jestem niej, tym dalej od nich. Muszę zdecydować kogo wybrać.&lt;br /&gt;     Nie chcę więcej zmian.&lt;br /&gt;     Nadchodzi sobota. Widzimy się ostatni raz. Przynoszę jej kwiaty. Mówię, że nie powinniśmy się już więcej spotykać. Dziewczyna płacze. Rzuca kwiaty na chodnik. Krzyczy.&lt;br /&gt;     Wracam do domu. Chciałbym płakać, rzucać książkami po pokoju, krzyczeć, ale nie mam siły.&lt;br /&gt;     One też odeszły.&lt;br /&gt;     &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     03 V 2005&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-107110034157846785?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/107110034157846785/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/mieszkanie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/107110034157846785'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/107110034157846785'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/mieszkanie.html' title='Mieszkanie'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmziWyD4I/AAAAAAAAFFA/oQ6Dw3kC9h8/s72-c/mieszkanie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-6209813837051956144</id><published>2009-08-02T21:22:00.000-07:00</published><updated>2009-08-02T21:23:36.556-07:00</updated><title type='text'>Toksyczni</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmMN-YhaI/AAAAAAAAFE4/zgeOAR2vScw/s1600-h/toksyczni.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmMN-YhaI/AAAAAAAAFE4/zgeOAR2vScw/s320/toksyczni.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365588366154302882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     Ten związek przeżyją tylko najlepsi. Pozostali odejdą ze złamanymi sercami. Z zamętem w głowach. Z poczuciem bezsensu. Pragniemy naszego toksycznego związku. Pragniemy niszczyć siebie nawzajem. Bo nikt nie pokazał nam jak siebie miłować. Nauczeni strachu przed samotnością zatapiamy w sobie palce. Do krwi. Aby zawsze mieć coś wspólnego. Wspólne rany i wspólny ból. Aby zawsze coś nas łączyło. Chcę być tylko z tobą. Cały czas. Po prostu siedź i nie ruszaj się. Chcę patrzeć. Jak gardzisz mną i kochasz mnie w jednym momencie.&lt;br /&gt;     Rozumiem, że czujesz obrzydzenie do mojego ciała. Rozumiem też, że spala cię silne uczucie do mnie. Czy ty rozumiesz mnie?&lt;br /&gt;     - Zaprosiłem cię do tej kawiarni, aby coś ci powiedzieć... - Pochylam się nad stolikiem. Jest wcześnie. Chłodny, wiosenny poranek. Słońce kryje się za budynkami. Niebo ma kolor mętnej wody w wannie. Powietrze jest rześkie. Wyczuwam w nim resztki zimy.&lt;br /&gt;     Klienci schronili się w lokalu. Ja wybrałem stolik w ogródku. Żeby nikt nam nie przeszkadzał.&lt;br /&gt;     Przede mną stoi filiżanka kawy. Kawa jest obrzydliwa. Sam nie wiem, dlaczego ją zamówiłem. Żeby się torturować? A może po to, aby pobudzić trochę mózg?&lt;br /&gt;     Przed nią stoi koktajl truskawkowy. Wiem, że taki lubi najbardziej. Chciałem zamówić jej coś jeszcze, ale odmówiła.&lt;br /&gt;     Ma na sobie biały płaszcz, brązowy beret i szal o kolorze kawy. Sączy koktajl przez słomkę. Obserwuję ją przez chwilę. Koktajlu wcale nie ubywa.&lt;br /&gt;     - Och, przecież wiesz, jak bardzo nie znoszę takich miejsc - mówi, a potem udaje, że pije koktajl. - Kawiarnie, restauracje, kina, teatry... - Przekręca oczami. - Takie miejsca sprawiają, że czuję się bardzo, bardzo źle... A wiesz dlaczego? - Zapada cisza. Tylko na chwilę. - Bo wszyscy się na mnie gapią.&lt;br /&gt;     - Przepraszam... Po prostu pomyślałem, że będzie miło. Wziąłem urlop. Mamy dla siebie cały dzień... Możemy iść tam gdzie lubisz... Po za tym nikt na ciebie nie patrzy. Rozejrzyj się! Nikogo tu nie ma!&lt;br /&gt;     Wskazuję dłonią na ulicę. Jest pusto. Po szarym asfalcie przesuwają się tylko brudne reklamówki pchane przez wiatr.&lt;br /&gt;     - To może ty sobie tu posiedź, a ja pójdę już do siebie, dobrze? - mówi. Wiem, że nie chce iść. Ale nie protestuję.&lt;br /&gt;     Nie dopiła koktajlu.&lt;br /&gt;     Idzie szybko. Z przechyloną głową. Patrzę, jak znika za rogiem. Wlewam w siebie okropną kawę. Potem wracam do domu.&lt;br /&gt;     Wieczorem odzywa się telefon. Zrywam się, jakby od tego telefonu zależało moje życie. W pewnym sensie - zależy.&lt;br /&gt;     - Przepraszam, że tak się zachowałam. - Słyszę głos w słuchawce. - Byłam zdenerwowana. Nie wzięłam leków...&lt;br /&gt;     - Przecież ty nie bierzesz żadnych leków! - Naskakuję na nią. Niepotrzebnie. Przecież tak bardzo ją lubię... Jestem na nią zły. Przypominają mi się wszystkie momenty, gdy wykręcała mi podobne numery.&lt;br /&gt;     - No właśnie... Wiem. Możesz do mnie przyjść? Ugotowałam za dużo makaronu, a ty pewnie nie jadłeś jeszcze kolacji.&lt;br /&gt;     - Już jadę.&lt;br /&gt;     Zakładam w biegu kurtkę i kapelusz. W głowie mam tylko jedną myśl: "Jaka ona jest cudowna".&lt;br /&gt;     Gdy jestem już pod jej drzwiami, entuzjazm opada. Czuję się tak, jakbym ważył tysiąc ton. Oplata mnie jej sieć. Gdy otwierają się drzwi, wchodzę do środka. Wiem, że to pułapka.&lt;br /&gt;     - Cześć! - mówi. Jest ubrana w krótką, kremową piżamkę. Staram się nie patrzeć na jej nogi. Wiem, że ona tego nie lubi. Więc dlaczego tak się ubrała?!&lt;br /&gt;     Wewnątrz jest ciepło, pachnie sosem pomidorowym.&lt;br /&gt;     - Myślałam, że nie przyjedziesz i dlatego jestem już...&lt;br /&gt;     - Wyglądasz bardzo... - Och nie! Nie zaczynajmy gadać jak filmowa para. To wszystko jest takie wtórne i tandetne. Zalewa mnie fala irytacji.&lt;br /&gt;     Zdejmuję kurtkę. Kapelusz zostawiam na wieszaku.&lt;br /&gt;     Wchodzimy do salonu. Na stole stoi talerz z makaronem. Siadam i zaczynam jeść. Ona siada naprzeciwko mnie. Przygląda mi się i co chwila pyta się czy dobre, czy nie za gorące albo czy nie za mało słone.&lt;br /&gt;     - Było pyszne. Dziękuję, że mnie zaprosiłaś - Odkładam widelec na talerz.&lt;br /&gt;     - Może chodźmy do sypialni? Tam jest przyjemniej niż na tych twardych krzesłach.&lt;br /&gt;     Wstajemy od stołu, po czym zmierzamy do sypialni. Wchodzę za nią do pomieszczenia. W środku pachnie mydłem i perfumami. Zapachy mieszają się tworząc przyjemną, lekką kompozycję. Siadamy na łóżku przykrytym niebieską kapą. Na łóżku leżą poduszki w ręcznie wyszywanych powłoczkach. Wiem, że szczegółowe ornamenty roślinne wyszywane kolorowymi nićmi to jej dzieło.&lt;br /&gt;     - Myślałam dużo o nas. Przez cały dzień. I wiesz do czego doszłam?&lt;br /&gt;     - Nie.&lt;br /&gt;     - Że mam przez ciebie nerwicę.&lt;br /&gt;     - Aha.&lt;br /&gt;     - Nie martwi cię to?&lt;br /&gt;     - Nie.&lt;br /&gt;     - Mam się rozebrać?&lt;br /&gt;     - Po co?&lt;br /&gt;     - Tylko sprawdzałam twoją reakcję. Czasami wydaje mi się, że się mnie brzydzisz. Nawet nie spojrzałeś na moje nogi. Specjalnie je wydepilowałam!&lt;br /&gt;     - Mówiłaś, że nie lubisz, gdy gapią się na ciebie ludzie.&lt;br /&gt;     - Ale ty to co innego! Wiesz ile pieniędzy wydałam na kosmetyki?! A ty nawet nie powiesz jak wyglądam! Jesteś paskudnym ignorantem! O czym ty w ogóle myślisz, gdy się ze mną spotykasz? O myciu okien czy o wieczornym wydaniu wiadomości?&lt;br /&gt;     - Nie chciałem cię zranić... - Przybliżam się do niej. Dotykam jej ramienia. Czuję, jak jej mięśnie się napinają. Zagrożenie wyczuwam zbyt późno. Jej ręka z szybkością torpedy ląduje na mojej twarzy. Czuję ból. Bardziej psychiczny niż fizyczny. Powstrzymuję łzy.&lt;br /&gt;     - Za co? - pytam masując policzek. To nie zdarzyło się pierwszy raz.&lt;br /&gt;     Odpowiedzi nie ma. Do jej oczu napływają łzy. Wybucha płaczem. Zarzucam na jej drżące ramiona niebieską kapę.&lt;br /&gt;     Wcale nie jest łatwo, spędzać ze sobą czas. Mimo to uwielbiam te chwile, gdy jesteśmy razem. Wtedy krew krąży szybciej, a serce bije NAPRAWDĘ. Reszta to fikcja. Te cenne minuty, gdy jest blisko mnie są prawdą. Tylko, że... Nie chcę aby trwały wiecznie. Zawsze musi nastąpić rozstanie. Ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić co byłoby dalej. Nie przyznać się przed samym sobą, że pragnę zostać z nią jeszcze trochę. Wymyślam głupie sprawy, przez które muszę ją opuścić. Gdy siedzę sam w domu, dławię się kłamstwami życia codziennego. Ale równocześnie śnię o spotkaniu z nią. Zastanawiam się co robi, gdzie jest, co je, z kim przebywa, w co jest ubrana. Natomiast gdy widujemy się za często, czuję się ograniczony. Przytłacza mnie jej osoba i to, że tak mało o niej wiem. To, że nie potrafię się do niej zbliżyć i sprawić, aby poznała mnie lepiej.&lt;br /&gt;     Jest nieprzewidywalna. Raz mnie dusi, a raz przynosi świeże powietrze. Karmi mnie, a kiedy indziej - głodzi. I zawsze mam jej za mało. Nie chce mi się pokazać w całości, nie chce odsłonić swojej duszy, bo ja też nie chcę tego zrobić. Ponieważ boję się, że zawładnie mną całkowicie. Boję się, że mnie posiądzie.&lt;br /&gt;     A potem myślę, że tego właśnie chcę. Pragnę być jej własnością, pragnę aby mnie biła, głaskała po głowie, aby dawała mi do jedzenia makaron, a do picia słabą herbatę. Żeby nigdy nie przestała opowiadać o sobie. Chcę żeby mówiła mi o wszystkim - o tym kiedy cierpi, o swoim bólu, o rozpaczy, która zawsze ją hamuje, nie pozwala otworzyć się na mnie. Nie pozwala mnie przyjąć w pełni. Tylko powierzchownie.&lt;br /&gt;     Ile bym tak wytrzymał? Wieczność, która byłaby tylko sekundą.&lt;br /&gt;     - Przyjdź jutro. - Mówi przez łzy.&lt;br /&gt;     - Nie. Zostanę na noc - mówię i przytulam ją. Tym razem nie dostanę po twarzy. Jest już zbyt wyczerpana. - Może będzie coś dobrego w telewizji? Obejrzymy razem. Mogę zejść na dół do sklepu. Kupię coś dobrego. Chcesz?&lt;br /&gt;     - To byłoby zbyt łatwe - mówi. - My musimy sobie wiecznie utrudniać życie. W końcu tylko najbliżsi wiedzą, jak ranić siebie nawzajem najboleśniej. Ja też wiem, jak zranić ciebie. I chcę teraz to zrobić. Tylko, że nie wiem dlaczego. Nie wiem dlaczego kolejny raz chcę cię odrzucić.&lt;br /&gt;     - Nie zranisz mnie. Wiem, że cokolwiek powiesz, zrobisz to z miłości. Tak wielkiej, że nie potrafisz jej objąć.&lt;br /&gt;     - Nienawidzę cię.&lt;br /&gt;     - Ja ciebie też. Jesteś moją jedyną miłością.&lt;br /&gt;     - A ty moją.&lt;br /&gt;     - Po prostu bądźmy zawsze razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;      2006-11-05&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-6209813837051956144?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/6209813837051956144/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/toksyczni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/6209813837051956144'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/6209813837051956144'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/toksyczni.html' title='Toksyczni'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZmMN-YhaI/AAAAAAAAFE4/zgeOAR2vScw/s72-c/toksyczni.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-8880029393107178484</id><published>2009-08-02T21:20:00.000-07:00</published><updated>2009-08-02T21:21:53.023-07:00</updated><title type='text'>Trzy fazy nieszczęścia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlyohrxxI/AAAAAAAAFEw/v_bSL9EbCMU/s1600-h/trzy.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlyohrxxI/AAAAAAAAFEw/v_bSL9EbCMU/s320/trzy.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365587926605088530" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     Początek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Wszyscy są silni, gdy nie mają bagażu.&lt;br /&gt;     My wcale nie byliśmy silni. Byliśmy smutnymi ludźmi, którzy spotkali się przez przypadek. Bez marzeń, planów i nadziei. Tworzący swój własny, hermetyczny świat. Świat egoistów. Nasz egoizm wziął się z wiecznej samotności. Zapomnieliśmy, jak rozmawiać z innymi. Czuliśmy się obco, gdy ktoś podawał nam na powitanie rękę.&lt;br /&gt;     Nasze twarze były szare, powieki zaczerwienione. Światło latarni nadawało oczom niezdrowego blasku. Ręce mieliśmy szorstkie, paznokcie krótko obcięte.&lt;br /&gt;     Wyszedłem z domu na wieczorny spacer. Kończyła się zima. Wieczór był chłodny, ale wiatr już przynosił wieści o nadchodzącej wiośnie. Okolica stawała się bardziej przyjazna. Ziemia była miękka. Trawa unosiła się powoli. Zmieniała barwę z brunatnej na zieloną. Śnieg przemienił się w brudne kałuże.&lt;br /&gt;     Szedłem wolno. Pozwalałem sobie na takie flegmatyczne spacery tylko wtedy, gdy ulice były puste. W dzień chodziłem szybko. Uciekałem przed spojrzeniami innych. Ale wieczór przynosił spokój. Fala pewności rozlewała się po całym moim ciele. Dlatego mogłem wydłużać kroki, swobodnie machać rękami, rozglądać się dookoła. W świetle słońca nigdy nie odważyłbym się tak maszerować. Mrok dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Był niewidzialną, ochronną otoczką.&lt;br /&gt;     Gdy ktoś nadchodził z naprzeciwka, przyspieszałem kroku ze wzrokiem wbitym w odległe bloki. Uciekałem.&lt;br /&gt;     - Dzień dobry! - Usłyszałem głos. Obejrzałem się za siebie. Doganiała mnie drobna dziewczyna. Machała do mnie ręką. Stawiała małe kroki w zawrotnym tempie. Jej długa granatowa spódnica falowała pod wpływem ruchu. Dziewczyna była owinięta wielką chustą w czerwone róże z długimi frędzlami. Zatrzymałem się i powiedziałem:&lt;br /&gt;     - Raczej dobry wieczór. - Nieznajoma skrzywiła się. Następnie uraczyła mnie nerwowym uśmiechem. Jej twarz była napięta, dłonie gorączkowo ściskały frędzle.&lt;br /&gt;     - Pan jest tym pisarzem spod szesnastki?&lt;br /&gt;     Jej pytanie zaskoczyło mnie. Nikt nigdy nie rozpoznał mnie na ulicy. Rzadko kto kojarzył moje powieści.&lt;br /&gt;     - Owszem. Mieszkam pod numerem szesnaście - odparłem. Zastawiałem się, o co jej chodzi. Poczułem adrenalinę krążącą w ciele. Zapragnąłem uciec. Powstrzymałem się. Spocone dłonie wetknąłem w kieszenie płaszcza.&lt;br /&gt;     - Ja mieszkam w tym samym bloku. Nad panem. - Wzięła głęboki wdech równocześnie zamykając oczy. Wydychając powietrze otworzyła oczy, a właściwie wytrzeszczyła je na mnie. - Pan chodzi na spacery. Obserwuję pana... To znaczy nie chcę, żeby to tak wyglądało... Ja pana nie śledzę... Ale zdarza mi się wyglądać przez okno, gdy pan wychodzi z bloku. I wtedy pana widzę. No. Widzę pana. O. Tak jak teraz.&lt;br /&gt;     Nieznajoma zakończyła swoją wypowiedź głupkowatym chichotem.&lt;br /&gt;     - Pani jest nienormalna? - zapytałem. Od kilku miesięcy nie wdawałem się w żadne rozmowy. Chciałem być grzeczny, ale palnąłem głupstwo.&lt;br /&gt;     - Pod pewnym względem wszyscy są nienormalni. Pan też. Więc proszę lepiej formułować pytania. - Zapadło milczenie. Chwilę staliśmy w bezruchu. Lekki wiatr poruszał frędzlami u chusty nieznajomej. Staliśmy niedaleko sklepu spożywczego. Zacząłem patrzeć na wystawę. "Przecena: makarony i groszek konserwowy za pół ceny!" - głosił plakat w oknie sklepu. Hmm... może wstąpię?&lt;br /&gt;     - Teraz pana kolej - odezwała się. Podskoczyłem na dźwięk jej głosu. - Teraz niech pan coś powie.&lt;br /&gt;     - Czy coś się stało? - Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. - Zalałem panią?&lt;br /&gt;     - Przecież mówiłam, że mieszkam nad panem. Niech pan nie ukrywa swojej inteligencji. Ja się nie dam na to nabrać. Oczekiwałam, że zachwyci mnie pan porywającą konwersacją, ale teraz widzę, że jest pan o wiele bardziej przebiegły. Chciał pan, abym mylnie pana oceniła, ale ja też jestem przebiegła.&lt;br /&gt;     Światło z wnętrza sklepu nadawało naszym twarzom żółtawą barwę.&lt;br /&gt;     - O co pani chodzi? - spytałem.&lt;br /&gt;     - Proszę podpisać mi książkę. - Wyciągnęła z kieszeni spódnicy wymiętą książkę z wyblakłą okładką. "Wzgórza" - głosił tytuł. Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego.&lt;br /&gt;     - Ma pan długopis? - zapytała.&lt;br /&gt;     Pokręciłem przecząco głową.&lt;br /&gt;     - Ja też nie. W takim razie chodźmy do mnie.&lt;br /&gt;     - Dobrze - odpowiedziałem i od razu tego pożałowałem. Nie miałem ochoty iść do obcego mieszkania z obcą nieznajomą. Nie znosiłem wizyt w czyichś apartamentach. Czułem się nieswojo. Ale poszedłem. Szliśmy środkiem ulicy nie przejmując się samochodami.&lt;br /&gt;     Czułem się jak uprowadzony głupiec. Nieznajoma wzięła mnie pod rękę. Jej żelazny uścisk sprawił, że zdrętwiała mi dłoń. "Chora, ona jest chora!" - krążyło mi po głowie. Szedłem jak opętany. Wywarł na mnie wrażenie sposób jej mówienia. Zupełnie bez hamulców. Taki właśnie wydawał mi się styl jej bycia. Po za tym całe jej ciało było niesamowicie napięte, jakby miało zaraz wybuchnąć. Plecy, szyja i ręce. Zupełnie jakby była zdenerwowana. Zawiał wiatr. Poczułem zapach potu zmieszany z perfumami.&lt;br /&gt;     - Pani ma nerwicę? - spytałem.&lt;br /&gt;     - Tak, tak oczywiście. W pewnym sensie wszyscy mają nerwicę. A pan nie?&lt;br /&gt;     - Ale pani się poci.&lt;br /&gt;     Podskoczyła z zaskoczenia. Uśmiechnąłem się głupio.&lt;br /&gt;     - Przepraszam. Bardzo ci to przeszkadza? - Zdumiało mnie, że tak szybko przestała zwracać się do mnie per pan.&lt;br /&gt;     - Nie szkodzi. Nie przeszkadza mi, tylko zastanawiam się...&lt;br /&gt;     - Aha! To świetnie. - Przerwała mi.&lt;br /&gt;     Doszliśmy do bloku. Nieznajoma otworzyła drzwi kluczem. Weszliśmy na klatkę schodową. Zaczęliśmy wspinać się po schodach. Minęliśmy drzwi od mojego mieszkania, spojrzałem na nie tęsknie. Stanęliśmy przed drzwiami z numerem dwadzieścia pięć. Brzęk kluczy odbił się echem po klatce schodowej. Nieznajoma męczyła się z zamkami. W tym czasie drzwi obok otworzyły się. Wyjrzała z nich gruba kobieta. Była ubrana w kwiecistą podomkę. Na głowie miała lokówki, a na twarzy grubą warstwę białej maseczki. Z jej mieszkania buchnął zapach gotującej się kapusty.&lt;br /&gt;     - Ha! Przyprowadziłaś faceta na noc! - wykrzyknęła na całą klatkę. Poczułem jak beton pod moimi nogami, zamienia się w pulchniutkie drożdżowe ciasto. - Wiedziałam, że cię kiedyś na tym przyłapię. Ty bezbożnico! Kreaturo, diable!&lt;br /&gt;     Moja towarzyszka otworzyła wreszcie drzwi do swojego mieszkania. Wepchnęła mnie i sama szybko weszła do środka. Zatrzasnęła drzwi obite czerwonym materiałem. Głos sąsiadki nadal dudnił nam w uszach.&lt;br /&gt;     - Będę podsłuchiwać pod drzwiami! - Rozległo się walenie w drzwi. - Ha! Po policję zadzwonię! Po straż pożarną. Zobaczysz! Zabiorą ci tego facecika i do paki wsadzą!&lt;br /&gt;     Przedpokój był wąski. Ściany pomalowane na biało, obwieszone wyszywankami w drewnianych ramkach. Po mojej prawej wisiał wieszak z różnokolorowymi chustami i płaszczami, po lewej - wielkie lustro. Pod lustrem stał stolik z wiklinowym koszyczkiem wypełnionym różnymi drobiazgami. Na podłodze stało mnóstwo butów: klapek, pantofli, trzewików. Zrobiłem krok i potknąłem się o jej stopę.&lt;br /&gt;     Próbowałem się uspokoić. Wdech-wydech. Świetnie mi szło, dopóki nieznajoma nie podeszła do mnie i nie powiedziała:&lt;br /&gt;     - Nazywam się Rozetta. Proszę o ładną dedykację. - Podała mi książkę. Sięgnęła do koszyczka i wyjęła z niego długopis. Wcisnęła mi go w dłoń. Nie mogła doczekać się autografu.&lt;br /&gt;     Świat przez chwilę wirował. Wyciągnąłem rękę, ale wszystko dwoiło mi się w oczach.&lt;br /&gt;     - To przez te nerwy. - Teraz ja głupio się zaśmiałem. Straciłem równowagę i zachwiałem się. - Może usiądziemy?&lt;br /&gt;     Rozsiedliśmy się na podłodze w przedpokoju.&lt;br /&gt;     - Jeszcze tu jestem! - Usłyszałem głos grubej sąsiadki. W dalszym ciągu stała pod drzwiami!&lt;br /&gt;     - Co jej jest? - Zwróciłem się do Rozetty wskazując na drzwi.&lt;br /&gt;     - Odbiło jej. Rok temu wymyśliła sobie o mnie historyjkę. Twierdziła, że uwodzę mężczyzn i przyprowadzam ich do siebie. Chciała się ze mną założyć. Chodziło o to, żebym rok nie wychodziła z domu i dała jej klucz od mieszkania. Przyjęłam zakład z przyjemnością. Przynosiła mi jedzenie i wszystko czego potrzebowałam. Załatwiała mi wszystkie sprawy. No i oczywiście przegrała. Dlatego teraz tak się wkurza. A dzisiaj, pierwszy raz od roku wyszłam na świeże powietrze.&lt;br /&gt;     - Nie nudziło się pani? - zapytałem, chociaż wcale nie byłem ciekaw. Marzyłem o czymś takim już od dawna. "Niektórym to dobrze" - pomyślałem.&lt;br /&gt;     - Czasem mi się nudziło. Zajmowałam się głupstwami. - Objęła nogi ramionami. Oparła głowę o kolano. - Oglądałam telewizję, śpiewałam dziwne piosenki, wyrywałam sobie włosy z nóg. Czasami cały dzień spędzałam wyglądając przez okno. Wtedy wypatrzyłam ciebie. Co kilka dni, mniej więcej o tej samej, wieczorowej porze wychodziłeś na spacer. Potem zauważyłam, że jesteś podobny do jednego z moich ulubionych pisarzy - wskazała zdjęcie na tylniej okładce. - Pomyślałam, że gdy wygram zakład, poproszę cię o autograf.&lt;br /&gt;     "Jeden z moich ulubionych pisarzy" - słysząc te słowa zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Moje powieści nie sprzedawały się dobrze. Ludzie uważali je za banalne, wtórne i beznadziejnie napisane. Ale jednak ktoś je kupował.&lt;br /&gt;     Rozległo się walenie w drzwi. Przestraszyłem się, ale zaraz przypomniałem sobie, że to tylko sąsiadka. Po chwili łomotanie ucichło. Słychać było szuranie kapci i zatrzaskujące się drzwi. Do widzenia gruba paniusiu!&lt;br /&gt;     - No dobrze, to już podpisuję - odpowiedziałem biorąc książkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Numer dwa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Spotykamy się po to, aby się rozstać. Oto moja życiowa dewiza doprowadzająca mnie do regularnych westchnień.&lt;br /&gt;     Nasza znajomość rozwijała się.&lt;br /&gt;     Zmieniła się pogoda. Zrobiło się ciepło. Słońce zaczęło świecić mocniej. Wszystko budziło się do życia. Zdawało się, że my również.&lt;br /&gt;     Rozetta sprawiła, że zacząłem myśleć o wychodzeniu z domu trochę inaczej. Zawsze traktowałem to jako karę. Ale gdy wychodziłem, aby się z nią spotkać, wszystko działo się spontanicznie. Szykowałem się w błyskawicznym tempie. Automatycznie zamykałem drzwi i pędziłem na miejsce spotkania. Nie zwracałem uwagi na ludzi, których mijałem. Nie musiałem uciekać przed ich spojrzeniami. Nie zauważałem ich. Mój umysł był skupiony na zupełnie czym innym. Zacząłem traktować wychodzenie z domu jako coś naturalnego.&lt;br /&gt;     Czułem się wolny. Mogłem przemierzać ulice z uśmiechem. Dokładnie w takim tempie jakim chciałem. Mogłem przystawać przed sklepowymi wystawami, dogonić autobus, który właśnie mi uciekał albo przeskakiwać przez połamane, betonowe płyty chodnika. Przedtem mój krok był sztywny. Chodziłem jak zbity pies. Zawsze w pełnej gotowości, aby móc szybko uskoczyć przed kolejnym ciosem. Skulony, aby nie rzucać się za bardzo w oczy.&lt;br /&gt;     To sprawiało, że jeszcze bardziej wyróżniałem się z tłumu. Próbowałem się zamaskować. Prostowałem plecy, podnosiłem wyżej głowę. Czułem się jeszcze gorzej.&lt;br /&gt;     Dopiero dzięki Rozettcie rozluźniłem się. Przestałem zwracać uwagę na to, ile kroków wykonuję na minutę. Przestały męczyć mnie natręctwa.&lt;br /&gt;     Ogarniała mnie radość. Zupełnie czysta i niczym nie poskromiona. Widziałem wyraźniej. Zielone krzaki, kwitnące drzewa, źdźbła trawy zdawały mi się przepełnione sokami i energią. Natura dawała mi siłę, pogłębiała moje oddechy. Niebo nie spadało mi już na głowę. Nie miażdżyło mnie. Tylko wzlatywało coraz wyżej, dając mi nieograniczone przestrzenie do wymachiwania rękami i stawiania tak wielkich kroków, jakie chciałem stawiać.&lt;br /&gt;     Nigdy przedtem nie czułem się tak wyśmienicie. Nic nie mąciło mego znakomitego samopoczucia.&lt;br /&gt;     - Rozetto jak myślisz, czas jest naszym wrogiem czy przyjacielem? - zapytałem ją, gdy pewnego razu wracaliśmy autobusem z pikniku.&lt;br /&gt;     - Nie mam pojęcia - odpowiedziała Rozetta. - Nie mam ochoty wysilać swojego mózgu po takim pysznym jedzonku. Po za tym mój umysł jest otumaniany zbyt dużą ilością świeżego powietrza. - Rozetta zamyśliła się na chwilę. - Czasem chciałabym, aby wszystko zamarzło. Chciałabym zostać zamknięta w kostce lodu. Żeby już nic się nie działo. Tylko... Zastanawiam się, czy chciałabym być w tej kostce razem z tobą. Chciałabyś? - Rozetta wpatrzyła się w okno. Byłem zaskoczony jej odpowiedzią. Dla mnie świat rozciągał się teraz w nieskończoność. Przestrzeń, którą mi ofiarował zachwycała mnie i trudno było mi myśleć o jakiejś drobnej kostce lodu, ukrytej na dnie starej lodówy. Dla mnie brzmiało to bardzo ograniczająco.&lt;br /&gt;     Jej słowa sprawiły, że niebo nade mną zaczęło powoli opadać. Coś zgrzytnęło i cała maszyneria, która doprowadziła mnie do poczucia wolności zaczęła się cofać. Poczułem nad głową kopułę. Drażniła mnie, bo nie pozwalała mi unieść rąk. Chciałem ją rozbić, ale już nie potrafiłem. Kopuła z każdą chwilą stawała się coraz grubsza i twardsza.&lt;br /&gt;     - Ja też nie wiem - powiedziałem obserwując twarz Rozetty. Jej oczy napełniły się łzami.&lt;br /&gt;     Uczyniliśmy pierwszy krok w stronę ucieczki. Byliśmy tchórzami. Pozwoliliśmy sobie otworzyć się odrobinę. Ale co za dużo, to nie zdrowo! Trzeba się w porę wycofać. Uciec do swojej skorupy. Tylko tam nie trzeba się męczyć. Zraziło nas to, że byliśmy do siebie tak bardzo podobni. Gdybym chciał wyjść na dobre ze swojej nory, pociągnąłbym Rozettę za sobą. Ale niepewność i strach były naszymi wspólnymi cechami. Dlatego mimo iż było nam ze sobą dobrze, odpychaliśmy się. Byliśmy jak rozpędzone piłki. Zderzyliśmy się ze sobą w tym samym momencie i teraz przyszedł czas na to, aby odbić się od siebie i popędzić w przeciwne strony. Z powrotem do naszych kokonów. Nie żałowałem, że nie zbudowaliśmy sobie wspólnego, w którym moglibyśmy gnić razem. Już dawno oduczyłem się żałowania. Zamiast tego jest tylko pustka. Toksyczna pustka.&lt;br /&gt;     Patrzenie na szkolne zdjęcia sprawiało mi ogromny ból. Przypominałem sobie imiona osób, z którymi kiedyś się śmiałem. Imiona osób, które kiedyś śmiały się ze mnie. Podarłem zdjęcia na małe kawałeczki. Otworzyłem okno. Wyrzuciłem strzępy zdjęć. Wirowały na wietrze. Wyglądały ładnie. Przynajmniej taki z nich pożytek.&lt;br /&gt;     Nudziło mi się. Chodziłem po mieszkaniu. Udawałem, że sprzątam. Przekładałem rzeczy z jednego pokoju do drugiego.&lt;br /&gt;     To wszystko było jak mydło. Wyślizgiwało się i już nie chciało wracać. Im bardziej ściskałem to mydło, tym dalej ode mnie odskakiwało.&lt;br /&gt;     Czułem niemoc. Mój strach pęczniał. Karmiła go myśl, że nie mogę nic zrobić.&lt;br /&gt;     Patrzyłem na zdjęcie Rozetty. Zrobiłem je dwa miesiące temu. Rozetta spała w niebieskiej koszuli nocnej. Jej włosy były rozrzucone na poduszce. Dłoń zaciśnięta w pięść. Oczy mocno zamknięte. Miała smutną minę. Jakby przewidywała nasze rozstanie.&lt;br /&gt;     Niemoc zaczęła promieniować z głowy na całe ciało. Budziłem się i zmuszałem się, aby wstać. Stawiałem jedną, a potem drugą stopę na podłodze. Zastanawiałem się, czy to moje stopy. Nie poznawałem ich. Były takie ciężkie...&lt;br /&gt;     Wejście na piętro Rozetty stało się ogromnym wysiłkiem. To dlatego nasza znajomość tak gwałtownie się urwała.&lt;br /&gt;     &lt;br /&gt;     Rozstanie &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     Tylko miłość przemienia przyjaźń w nienawiść. Albo niszczy wszystko dookoła jak bomba atomowa. Zostaje tylko poczucie winy i obrzydzenie w stosunku do własnego ciała. To przez ciebie, to wszystko przez ciebie! Zobacz, jak ty wyglądasz! Wracaj do swojej dziupli i nie pokazuj się światu na oczy.&lt;br /&gt;     Pewnego słonecznego dnia wybraliśmy się z Rozettą na zakupy. Rozetta chciała kupić sobie nową sukienkę na lato. Uznała, że koniecznie muszę jej pomóc w zakupach i wyborze ubrań. Chodziliśmy po sklepach cały dzień. Rozetta przymierzyła mnóstwo sukienek, ale żadna jej się nie podobała. Nie chciała wracać z pustymi rękami. Zrobiło się późno i byłem już zmęczony.&lt;br /&gt;     - Rozetto, wracajmy - powiedziałem. - Jutro możemy poszukać sukienki gdzie indziej.&lt;br /&gt;     Ruszyliśmy do przystanku. Gdy doszliśmy, Rozetta usiadła zrezygnowana na ławce. Słońce zachodziło leniwie. Powietrze było gęste od zapachu drzew.&lt;br /&gt;     Skoczyłem do kiosku po lody. Kiedy wróciłem i wręczyłem Rozettcie rożka, uśmiechnęła się nagle, jakby zupełnie zapomniała o nieudanej wyprawie.&lt;br /&gt;     Gdy podjeżdżał autobus, który nam pasował, udawaliśmy, że go nie zauważamy.&lt;br /&gt;     - Nie chcę jeszcze wracać do domu. Chciałabym jeszcze trochę pogadać - powiedziała.&lt;br /&gt;     - Ja też chętnie z tobą posiedzę - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się.&lt;br /&gt;     - Czasami mam tak, że gdy coś się kończy, chcę cofnąć czas, aby to się powtórzyło. A potem jeszcze raz i jeszcze... Tak jak dzisiejszy dzień. Chciałabym, żeby całe moje życie to był dzisiejszy dzień powtarzający się w nieskończoność.&lt;br /&gt;     - Nie chciałabyś przeżyć czegoś nowego? - zapytałem.&lt;br /&gt;     - Żeby wydarzyło się coś nowego, najpierw musi skończyć się stare. A ja wcale tego nie chcę. Zakończenia przynoszą tylko cierpienie.&lt;br /&gt;     Zrobiło się ciemno. Rozmawialiśmy jeszcze długo. W końcu ruszyliśmy do domu na piechotę. Rozetta cieszyła się z tego powodu. Powiedziała, że dzięki temu dzień będzie trwał dłużej.&lt;br /&gt;     Nie ważne ile będzie trwał nawet najcudowniejszy dzień w naszym życiu. On i tak przestanie istnieć. I zostaniemy sami. Chłód wleje się w serce i zacznie wyciskać z nas piekące łzy. Tego wieczora, leżąc już w łóżku, myślałem, że Rozetta w mieszkaniu nade mną czuje zupełnie to samo. Mimo iż mamy siebie nawzajem, nie potrafimy w pełni z tego korzystać. Zarzucamy sobie ograniczenia. Jak łańcuch naszpikowany kolcami. Zaciskamy je na sobie raniąc się do krwi. Jesteśmy bezwzględni. Dławimy się, nie mogąc powiedzieć tego, co byśmy chcieli. Nasze światy kurczą się. Jest tak mało miejsca. Tak mało powietrza.&lt;br /&gt;     Po moich policzkach spływały łzy.&lt;br /&gt;     Dlaczego nie potrafię rozerwać tych więzów?&lt;br /&gt;     To nie przez nieśmiałość, brak pewności siebie czy niską samoocenę. Tak długo hodowaliśmy nasze ciała w ciasnych komorach, że w końcu je polubiliśmy. Wychodzenie z nich było bolesne. Wywoływało obrzydzenie do życia. Wbijało się tysiącem odłamków w serce, oczy i stopy.&lt;br /&gt;     Wszystko to co mi nie wyszło w życiu sprawiało, że zaczynałem więcej myśleć. Te myśli nie doprowadzały mnie do niczego konstruktywnego. Kłębiły się w głowie. Czasami było ich tak dużo, że nie mogłem wyodrębnić pojedynczych. Zupełnie tak jakby w mojej głowie siedziało z dziesięciu ludzi. Wszyscy zaczynali mówić, a ja próbowałem wysłuchać chociaż jednego. To było niemożliwe. Był tylko wir, który mnie wciągał.&lt;br /&gt;     Zamknąłem oczy, aby dojść do siebie. Gdy je otworzyłem, znajdowałem się na łóżku. Wszystko wokół stało. W pokoju byłem tylko ja. Okna pozamykane. Brak powietrza.&lt;br /&gt;     Moją głowę wypełniła maź. Pływała w niej drobna postać, owinięta kwiecistą chustą. Śmiała się ze mnie. Wskazywała na mnie palcem. Wyśmiewała to, że nie wiem, co jej odpowiedzieć, nieudolnie ukrywam zakłopotanie i nie potrafię się uspokoić. Ja też się śmiałem. Z siedzącego w kącie, nad słownikiem wyrazów obcych faceta. Tym facetem byłem ja.&lt;br /&gt;     Któregoś dnia Rozetta powiedziała mi, że gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, potwornie się denerwowała. Mówiła, że wyjście z domu planowała już od dawna, ale nie miała motywacji. Nie chciało jej się. Dopiero kiedy mnie zobaczyła, zaczęło do niej docierać, że marnuje czas, siedząc w miejscu. Minął miesiąc nim zebrała się na odwagę, aby wyruszyć ze swej przystani.&lt;br /&gt;     Powiedziała, że przed naszym spotkaniem przez trzy dni nie jadła i nie spała. Dzięki temu denerwowała się trochę mniej. Pomyślałem, że ja nie byłbym w stanie zrobić czegoś takiego. Mój strach był zbyt silny.&lt;br /&gt;     Męczyły mnie zawroty głowy. Nie mogłem nawet dotrzeć do mieszkania Rozetty. Schody zaczynały falować. Chwytałem się ściany. Nachodziła mnie fala ciepła i bezpieczeństwa. Potem budziłem się z policzkiem przyciśniętym do chłodnego stopnia. Ścierałem z niesmakiem ziarnka piasku, przylepione do twarzy. Schodziłem na swoje piętro trzymając się za głowę.&lt;br /&gt;     Pewnego dnia postanowiłem to zmienić. Przyrządziłem syte śniadanie. Jajecznicę z czterech jajek, trzy kromki chleba, grubo posmarowane masłem. Do tego zaparzyłem mocną herbatę z cytryną. Zjadłem puszkę brzoskwiń, popiłem dwoma solidnymi szklankami soku pomarańczowego. Zjadłem tarte jabłko. Łyknąłem witaminy. Wypiłem szklankę ziół. Wziąłem na drogę dwa banany, karton soku i trzy bułki z rodzynkami.&lt;br /&gt;     Wyszedłem z mieszkania. Zamknąłem drzwi (To przecież nie jest tak daleko! Trzeba tylko wejść na piętro wyżej! Ile to może być stopni? Dwadzieścia? Kiedyś... Ech... Nie ważne co było kiedyś. Skup się na teraźniejszości!!!). Szedłem cicho trzymając się poręczy. Pod pachą ściskałem swoją wałówkę. Spociły mi się dłonie. Ślizgały się po granatowym tworzywie pokrywającym poręcz. Liczyłem stopnie. Jeszcze dziesięć! Jeszcze pięć! Jeszcze...&lt;br /&gt;     Dotarłem. Stanąłem przed jej drzwiami. Zapukałem. Zero odzewu. Zapukałem jeszcze raz. Usłyszałem szmer.&lt;br /&gt;     - Rozetto? - powiedziałem. Spokój zaczął się powoli ulatniać z mojego ciała - Jesteś tam jeszcze?&lt;br /&gt;     - Jeszcze jestem. - Usłyszałem głos Rozetty, dobiegający zza drzwi. Był to cichy i zachrypnięty głos. Zupełnie inny od tego, który słyszałem ostatnio - wyraźny i odbijający się echem w czaszce.&lt;br /&gt;     - Od ilu dni nie wychodzisz? - spytałem naciskając na klamkę. Zamknięte. - Od tygodnia?&lt;br /&gt;     Usłyszałem jak coś za drzwiami uderza o podłogę.&lt;br /&gt;     - Co się stało? Rozetto! - przestraszyłem się. Zacząłem nerwowo szarpać klamkę.&lt;br /&gt;     - Nic, nic. Przewróciłam się. - Zza drzwi dobiegł nieprzyjemny chichot.&lt;br /&gt;     - Rozetto otwórz - poprosiłem. Czekałem chwilę na odpowiedź. Rozetta nic nie odpowiedziała. - Rozetto! Rozetto!&lt;br /&gt;     Nawoływałem ją przez kilkanaście minut. Pukałem w drzwi. Nic.&lt;br /&gt;     Usiadłem na wycieraczce opierając się o drzwi. Energia po sytym śniadaniu ulotniła się. Po co ja w ogóle wyszedłem z mieszkania?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;     2006-05-16&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-8880029393107178484?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/8880029393107178484/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/trzy-fazy-nieszczescia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8880029393107178484'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/8880029393107178484'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/trzy-fazy-nieszczescia.html' title='Trzy fazy nieszczęścia'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlyohrxxI/AAAAAAAAFEw/v_bSL9EbCMU/s72-c/trzy.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-5314314768870363446</id><published>2009-08-02T21:18:00.000-07:00</published><updated>2009-08-02T21:47:24.994-07:00</updated><title type='text'>W strugach deszczu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlf9PekHI/AAAAAAAAFEo/97Oyu_xuf0I/s1600-h/w.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlf9PekHI/AAAAAAAAFEo/97Oyu_xuf0I/s320/w.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365587605748355186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;     To nie było łatwe. Gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, pomyślałem: wpadłem.&lt;br /&gt;   Był chłodny, letni ranek. Piłem herbatę. Siedziałem przy oknie i spoglądałem na uliczkę wyłożoną nierównymi kamieniami. Naprzeciwko kamienica, taka sama jak moja. Okna w okna. Interesujące wieczorne widoki. Możliwość podglądania tych, którzy jeszcze nie zamontowali żaluzji.&lt;br /&gt;   Obserwowałem, co dzieje się na zewnątrz.&lt;br /&gt;   Rodzina z kamienicy naprzeciwko szykowała się do wyjazdu. Pod drzwiami stało zielone auto. Obok samochodu poukładane były walizki i plecaki.&lt;br /&gt;   Dopiłem herbatę. Okno zostawiłem uchylone. Niech się wietrzy. Wygładziłem koszulę, poprawiłem krawat. Pokój zostawiłem we względnym porządku. Łóżko zaścielone, na stole porozwalane książki i gazety. Kurz na półkach. Trzeba będzie się tym zająć.&lt;br /&gt;   Przeszedłem do przedpokoju. Spojrzałem w lustro. Nieźle, nieźle. Poprawiłem włosy. Narzuciłem jasną marynarkę. Pora ruszać do pracy. Niechętnie opuściłem mieszkanie. Zatrzasnąłem drzwi, pokryte brązową, łuszczącą się farbą.&lt;br /&gt;   Zbiegłem po schodach. Drzwi kamienicy otworzyłem kopnięciem. Uderzyły w ścianę z hukiem. Wyszedłem na zewnątrz. Świeże powietrze sprawiło, że lekko się zachwiałem. Wybornie. Wziąłem głęboki oddech. Piękne słońce. Zero chmur. Robiło się coraz cieplej.&lt;br /&gt;   Ruszyłem na przystanek. Minąłem samochód i pakunki.&lt;br /&gt;   - Mógłby pan pomóc? - usłyszałem dziewczęcy głos. Obejrzałem się.&lt;br /&gt;   Właśnie wtedy ujrzałem cię po raz pierwszy. Stałaś w wejściu do kamienicy. U twoich stóp leżała przewrócona walizka. Podszedłem. Chwyciłem za uchwyt. Ciężkie! Kolekcja kamieni, czy co? Przeniosłem walizkę pod auto. Postawiłem obok pozostałych bagaży.&lt;br /&gt;   - Dzięki! - powiedziałaś.&lt;br /&gt;   - Gdzieś się wybierasz? - zagadnąłem.&lt;br /&gt;   - Tak. Jadę z rodzicami nad morze.&lt;br /&gt;   - No to miłej podróży! - rzekłem. Chciałem już iść, ale zastąpiłaś mi drogę.&lt;br /&gt;   - To ty tak fałszujesz na saksofonie po nocach? - spytałaś.&lt;br /&gt;   - Tak... - odpowiedziałem ostrożnie.&lt;br /&gt;   - Śpię z otwartym oknem i wszystko słyszę. Nie mogę przez pana spać. - Rzuciłaś mi oskarżycielskie spojrzenie. Spodobało mi się.&lt;br /&gt;   - W takim razie będę musiał przerzucić się na cymbałki. - "Albo na alkohol" - pomyślałem i zaśmiałem się w myślach. Są różne sposoby na urozmaicenie rzeczywistości.&lt;br /&gt;   - Mi to nie przeszkadza. Nie mogę spać z innego powodu. Zawsze chciałam poznać tego tajemniczego saksofonistę.&lt;br /&gt;   Ulala! Zamurowało mnie.&lt;br /&gt;   Przyjrzałem się tobie uważniej. Wyglądałaś na szesnaście, siedemnaście lat. Byłaś ubrana w białą, prostą sukienkę. Ciemne włosy związałaś w kucyk. Zwykła dziewczyna. Jednak zwróciłaś moją uwagę. Twój styl bycia był zbyt bezpośredni. W oczach nie dostrzegłem strachu, ani niepewności. Ujrzałem w nich ciekawość i przekorę.&lt;br /&gt;   - Jestem tylko amatorem. Na co dzień zajmuję się zupełnie czym innym.&lt;br /&gt;   - Aha. - Splotłaś ręce za plecami, pochyliłaś głowę i spojrzałaś na mnie, jakbyś rzucała mi wyzwanie. - Ale wiesz, już zdążyłam się zakochać w tej muzyce.&lt;br /&gt;   W tym momencie z budynku wyszli twoi rodzice. Spojrzeli na mnie podejrzliwie. Nie zwróciłem na nich większej uwagi. Ruszyłem wzdłuż uliczki.&lt;br /&gt;   Kręciło mi się w głowie od świeżego powietrza i wrażeń.&lt;br /&gt;   Długo o tobie myślałem. Mój umysł powtarzał naszą rozmowę w kółko, jak film. Czułem wstyd, bo mnie zafascynowałaś. Facet w moim wieku powinien mieć inne zainteresowania. Chyba. Poczułem się bezradnie. Zachwyciłaś mnie. Sprawiłaś, że... No tak. Wpadłem. Wpadłem po uszy.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Drugi raz spotkaliśmy się w tym samym miejscu. Był upalny dzień. Miałaś na sobie zieloną sukienkę w białe groszki. W ręce trzymałaś reklamówkę z brzoskwiniami.&lt;br /&gt;   - Jak tam wyjazd? - spytałem, gdy podeszłaś bliżej. Stałem pod ścianą budynku. W cieniu. Miałem na sobie luźną, jasną marynarkę i białe spodnie. Zanurzyłem ręce w kieszenie.&lt;br /&gt;   - Beznadziejnie. Nudy, kiepska pogoda...&lt;br /&gt;   - Bywa.&lt;br /&gt;   Otworzyłaś drzwi wejściowe. Skrzypnęły żałośnie. Weszłaś na klatkę schodową. Twoje sandałki zastukały.&lt;br /&gt;   - Czekam na dzisiejszy koncert - rzuciłaś przez ramię i znikłaś w budynku.&lt;br /&gt;   Wieczorem otworzyłem okno na oścież. Powietrze było gęste. Zdawało mi się, że wszystko drży. Budynki i uliczka oddawały ciepło dnia. Duchota i bzyczące owady były nie do zniesienia. W oknach mieszkańców migały telewizory. Zacząłem grać. Jak zwykle - smętne melodie z głowy.&lt;br /&gt;   Dźwięki wydobywające się z instrumentu zawisały w nieruchomym powietrzu. Wyobraziłem sobie ciebie. Leżałaś na łóżku pod oknem. Twoje powieki błyszczały, usta zastygły w uśmiechu. W ręce zaciskałaś rąbek prześcieradła.&lt;br /&gt;   Skończyłem grać o północy. Sąsiedzi już dawno przestali zwracać mi uwagę, że hałasuję. Przywykli, a może polubili moją muzykę?&lt;br /&gt;   A ty? Polubiłaś mnie? Bo ja od tamtego spotkania wciąż o tobie myślałem.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Hej, hej! Miło cię widzieć! - Zaczepiłem cię, gdy dojrzałem twoją postać między sklepowymi regałami. Cóż za nieoczekiwane spotkanie w dziale z konserwami!&lt;br /&gt;   - O! To pan! - powiedziałaś zaskoczona. Podeszłaś do mnie. W rękach trzymałaś koszyk z zakupami.&lt;br /&gt;   - Daj, poniosę - zaproponowałem.&lt;br /&gt;   Wziąłem od ciebie koszyk. Nasze ręce zetknęły się na ułamek sekundy. Przeszyłaś mnie stanowczym spojrzeniem. Moje serce na moment zamarło. Pomyślałem, że kocham w tobie tę siłę. Czystą, kobiecą moc. Nieujarzmioną. A potem mój wzrok powędrował na puszki z pomidorami bez skórki. Wyglądają jak serca. Dziś kupię dwie puszki. W domu je zmiksuję i będzie pyszny sos...&lt;br /&gt;   Chodziliśmy po supermarkecie tam i z powrotem, szukając potrzebnych produktów. Gdy już skończyliśmy rajd po sklepie, stanęliśmy w długiej kolejce do kasy. Ludzie pchali się, rzucali wrogie spojrzenia, narzekali na upał, długość kolejki, ślamazarne kasjerki, dziury w budżecie, dziury w bucie... To co zwykle.&lt;br /&gt;   Spojrzałem na ciebie wzrokiem kota, który upatrzył sobie ptaszka na obiad. Dobrze, że patrzyłaś w inną stronę. Dziecino, po prostu stój w odpowiedniej odległości. I nie prowokuj niebezpiecznych rozmów.&lt;br /&gt;   - Miewasz sny erotyczne? - spytałaś zupełnie naturalnie. Starsza kobieta stojąca przed nami obróciła się. Jej biust opięty czerwoną bluzką zafalował. Zmierzyła nas wzrokiem. Niech słucha. Niech ma rozrywkę.&lt;br /&gt;   - Rzadko. - Zaśmiałem się. Kobieta odwróciła się i zajęła się swoim koszykiem. Wyjęła na taśmę piersi drobiowe. Zrobiło mi się słabo.&lt;br /&gt;   - A ty? - spytałem.&lt;br /&gt;   - Ostatnio cały czas. I to na jawie. - Spojrzałaś na mnie tak, jakbyś znała wszystkie moje myśli. - Przecież żartuję! - Roześmiałaś się i klepnęłaś mnie w ramię. Po przyjacielsku.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Ciche pukanie do drzwi. Przesłyszało mi się. To przez upał. I przez schorowany umysł. Za dużo filmów, za dużo literatury. To wszystko przez ciebie! Wróciłem do czytania gazety. "W rozgrzanym asfalcie grzęzną auta" - głosił nagłówek artykułu. Fascynujące. Relaks totalny. Fotel, wiatrak i mrożona herbata. Rozpięta koszula i lniane spodnie. Właśnie tak zawsze spędzałem czas w wolne, upalne dni. Po co się zarzynać i wyjeżdżać? Szkoda pieniędzy, nerwów i zdrowia. Nie ma to jak prywatny raj we własnym mieszkaniu.&lt;br /&gt;   Pukanie powtórzyło się. Było bardziej zdecydowane.&lt;br /&gt;   Wstałem. Kto to może być? Podszedłem do drzwi. Otworzyłem je z impetem. Na wycieraczce stałaś ty. Przestraszyłaś się gwałtownego ruchu. Cofnęłaś się.&lt;br /&gt;   - Czołem... - Podrapałem się po głowie z zakłopotaniem.&lt;br /&gt;   - Cześć - odpowiedziałaś. Powróciła twoja pewność siebie. Na twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Czaruj mnie, czaruj. Ty mała wiedźmo.&lt;br /&gt;   - Chcesz wejść? - spytałem.&lt;br /&gt;   - Chętnie wejdę.&lt;br /&gt;   I weszłaś. Podążyłem za tobą. Zapiąłem koszulę, przygładziłem włosy.&lt;br /&gt;   - Zapraszam do pokoju. - Wskazałem drzwi. - Rozgość się. Przyniosę ci mrożonej herbaty.&lt;br /&gt;   Poszedłem do kuchni. Wziąłem głęboki oddech. Teraz twoja wizyta wydawała mi się czymś zupełnie naturalnym. Może nawet czymś na co czekałem? Czego pragnąłem? O czym śniłem po nocach... Dość, dość. W końcu nie jestem zboczeńcem. O nie!&lt;br /&gt;   Porozmawiać na spokojnie. Pobyć ze sobą w ustronnym miejscu. Właśnie o to chodzi!&lt;br /&gt;   Nalałem herbaty do szklanki. Wrzuciłem plasterek cytryny i kilka kostek lodu. Ruszyłem do pokoju. Lód w szklance grzechotał.&lt;br /&gt;   Rozsiadłaś się w moim fotelu. Przeglądałaś gazetę. Odłożyłaś ją, gdy wszedłem. Podałem ci szklankę. Przysiadłem na parapecie. Siedź sobie w fotelu, słonko.&lt;br /&gt;   - Pycha! - powiedziałaś po kilku łykach.&lt;br /&gt;   - Nie masz ciekawszych zajęć niż siedzenie w fotelu nudnego faceta?&lt;br /&gt;   - Wygląda na to, że nie. Nudny facecie. Przyszłam pogadać. - Odstawiłaś szklankę na podłogę. Splotłaś dłonie.&lt;br /&gt;   - Pogadać, pogadać... - Zastanawiałem się, o czym miałaś ochotę pogadać. - No to mów.&lt;br /&gt;   - Masz kogoś? - zadałaś pytanie oschłym tonem.&lt;br /&gt;   - Mam ciebie.&lt;br /&gt;   Spojrzałaś na mnie poważnie.&lt;br /&gt;   - Stawiam wszystko na ostatnią kartę - rzekłaś konkretnym tonem. - Taka już jestem. Oszaleliśmy. Oboje. Czy to prawda?&lt;br /&gt;   - Myślę, że tak. - Ukucnąłem przy fotelu. Ująłem twoją stopę w dłonie. Zdjąłem z niej sandałek. Przysunąłem ją do policzka. - Myślę, że tak.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Halo?&lt;br /&gt;   - To ja. Co robisz?&lt;br /&gt;   - Właśnie zmywałem.&lt;br /&gt;   - Ja leżę i nie mogę zasnąć. Za gorąco.&lt;br /&gt;   - Weź zimny prysznic.&lt;br /&gt;   - Sama?&lt;br /&gt;   - ...&lt;br /&gt;   - Wolałabym z tobą.&lt;br /&gt;   - Jesteś taka bezpośrednia.&lt;br /&gt;   - To źle?&lt;br /&gt;   - Bardzo mi się to podoba.&lt;br /&gt;   - Naprawdę?&lt;br /&gt;   - Przyjdź do mnie któregoś wieczora... Pogadamy.&lt;br /&gt;   - Weźmiemy prysznic?&lt;br /&gt;   - ...&lt;br /&gt;   - Och! Muszę kończyć. Rodzice.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Zachwyca mnie ta twoja dojrzałość. Skąd ona się w tobie wzięła?&lt;br /&gt;   Na te słowa tylko się uśmiechnęłaś.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Spacer po parku był naszym pierwszym wspólnym wyjściem.&lt;br /&gt;   Tutaj upału się nie czuło. Wśród drzew panował przyjemny chłód. Nasze dłonie splotły się.&lt;br /&gt;   Podziwiałem piękno natury. Małe ptaki przeskakujące z gałęzi na gałąź i wiewiórki ganiające po pniach drzew. Nie zauważałem innych ludzi. Byłaś tylko ty, zieleń i kojący wietrzyk.&lt;br /&gt;   - Ludzie się na nas gapią, czy tylko mi się wydaje?&lt;br /&gt;   Twoje pytanie wyrwało mnie z beztroskiego stanu. Nie puszczałaś mojej dłoni.&lt;br /&gt;   Rozejrzałem się. Spostrzegłem, że rzeczywiście ludzie spoglądają na nas podejrzliwie, z niezdrowym zaciekawieniem. Z pogardą?&lt;br /&gt;   - To chyba dlatego, że jesteś już za duża na chodzenie za rączkę z tatusiem, ale za młoda na chłopaka w moim wieku.&lt;br /&gt;   - To dla mnie bez znaczenia. - Na potwierdzenie tych słów mocniej ścisnęłaś moją dłoń. Twoje palce nie mogły jej objąć w całości. Żwirek chrzęścił pod naszymi stopami.&lt;br /&gt;   - Czy aby na pewno? A rodzicom nie powiedziałaś - rzekłem obojętnym tonem. Nie miałem ochoty poznawać twoich rodziców. Chciałem jedynie żebyś nie miała przez nich problemów. Chciałem też wiedzieć, czy nasza sytuacja nie jest dla ciebie ciężarem.&lt;br /&gt;   - Kochanie, męczysz mnie - powiedziałaś. - Usiądźmy tam, na tej górce. Nikt nas nie będzie widział.&lt;br /&gt;   Zeszliśmy z żwirowej ścieżki na trawnik i wspięliśmy się na małe wzgórze. Potem usiedliśmy pod rozłożystym bukiem. Drzewo dawało wspaniały cień. Osłaniało nas jak baldachim.&lt;br /&gt;   Widzieliśmy wszystkich z góry, ale spacerowicze nas nie dostrzegali.&lt;br /&gt;   Siedziałaś blisko mnie, głowę oparłaś o moje ramię.&lt;br /&gt;   - Ile ty w ogóle masz lat? - zapytałaś żartobliwym tonem.&lt;br /&gt;   - Trzydzieści dziewięć - odpowiedziałem. Żadna tajemnica. - Straszne, nie?&lt;br /&gt;   - Dorośnij. Proszę, dorośnij.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Halo?&lt;br /&gt;   - Cześć!&lt;br /&gt;   - Co słychać?&lt;br /&gt;   - Chciałabym być teraz z tobą.&lt;br /&gt;   - Przyjdź.&lt;br /&gt;   - Nie mogę. Jest przyjęcie. Przyjechali dziadkowie.&lt;br /&gt;   - Przyjdź jak sobie pójdą.&lt;br /&gt;   - Będzie już za późno.&lt;br /&gt;   - Myślę o tobie.&lt;br /&gt;   - Muszę iść. Wołają mnie.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Nie opuszczały mnie wątpliwości.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Czy to prawda, że większość związków międzyludzkich nie jest zdrowa? A może tylko tak mi się wydaje. Kłamstewka, gra, nieokazywanie emocji, chęć przypodobania się - to wszystko psuje atmosferę. Czy to obrona swojego świata? Wewnętrznego świata, który jest zamknięty w sercu. Ten świat pragnie tylko ciszy i spokoju. Każda rozmowa, spotkanie, dotknięcie - burzą spokój w świecie serca. To jakieś herezje. Ale dlaczego tak jest? Dlaczego ciągle pojawiają się przeszkody? Przeszkody tworzone przez innych są lepsze, bo można na nich zwalić całą winę. Ale przeszkody tworzone przez nas to jeden wielki szajs. Bo nikt nie przyzna się przed sobą, że utrudnia i niszczy sobie życie. Więc trzeba to zatuszować, ukryć. Udawać, że wszystko jest dobrze. Że jest się normalnym. Tak jak inni, z trudem dąży się do osiągnięcia celu. I wciąż nie wychodzi. Wciąż ciągle coś się zawala. Nie chcę zdać sobie sprawy, nie chcę sobie przypomnieć, że to przecież JA to wszystko psuję. Prawda i kłamstwo, które żrą się nawzajem w jednym ciele.&lt;br /&gt;   Próba uspokojenia drżących dłoni. Drżących warg. Drżącej powieki. Boże, to niedobór magnezu. Jutro skoczę do apteki. Czy ja mogę z nią być? Czy ja CHCĘ z nią być?&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Ale gorąco! - powiedziałaś. - Idę do wanny.&lt;br /&gt;   Wstałaś z podłogi, przeciągnęłaś się i ruszyłaś do łazienki.&lt;br /&gt;   Zostałem na fotelu z gazetą w dłoniach. Tekst tańczył, stracił sens.&lt;br /&gt;   - Przynieś mi ręcznik - zawołałaś z łazienki.&lt;br /&gt;   Nie wytrzymałem.&lt;br /&gt;   - Hej! Co ty sobie wyobrażasz?!&lt;br /&gt;   Rzuciłem gazetę. Zaszeleściła i opadła na podłogę. Otworzyła się na stronie z artykułem o młodocianych przestępcach.&lt;br /&gt;   Zerwałem się z fotela i pobiegłem do łazienki. Otworzyłem drzwi bez pukania. Siedziałaś na krawędzi wanny w swojej pomarańczowej, krótkiej sukience.&lt;br /&gt;   - Pogrywasz sobie ze mną - powiedziałem. Próba uspokojenia głosu przebiegła pomyślnie.&lt;br /&gt;   - Oczywiście - odparłaś. - Bo jesteś tchórzem.&lt;br /&gt;   Wargi zacisnęłaś, a oczy miałaś lekko zmrożone.&lt;br /&gt;   - Nie chcę schrzanić ci życia, ale ty mnie do tego prowokujesz! - wrzasnąłem. Po spokojnym tonie nie było śladu. Powinienem się uspokoić, ale wcale nie miałem na to ochoty.&lt;br /&gt;   - Chrzanisz mi życie, odrzucając mnie. - W twoich oczach błysnęły łzy. - Stawiasz między nami jakąś barierę. Łamiesz mi serce.&lt;br /&gt;   - W takim razie czego chcesz? - spytałem. Mój głos drżał, ponieważ trafiłaś w sedno. Podszedłem do ciebie. Otarłem łzę z twojego policzka.&lt;br /&gt;   - Chcę wolności.&lt;br /&gt;   - Zbyt ogólnie.&lt;br /&gt;   - Jestem od ciebie uzależniona - wyznałaś cicho. - To chyba nie dobrze?&lt;br /&gt;   - W takim razie ile chcesz to ciągnąć?&lt;br /&gt;   - Ty nieczuły kretynie!&lt;br /&gt;   - O co ci znowu chodzi?&lt;br /&gt;   - Mogłeś się do mnie nie odzywać! Moglibyśmy się nie poznać i wszystko byłoby proste!&lt;br /&gt;   - A co powiesz o sobie? - Dotknąłem twojego podbródka. Odsunęłaś twarz do mojej dłoni.&lt;br /&gt;   - Mam ciebie dość!&lt;br /&gt;   - Wiem, że wcale tak nie myślisz.&lt;br /&gt;   - Jak to?&lt;br /&gt;   - Gdyby tak było, nie siedziałabyś tu.&lt;br /&gt;   - Masz tupet! - Kolejne łzy popłynęły po twoich policzkach.&lt;br /&gt;   Zerwałaś się z krawędzi wanny. Wymierzyłaś we mnie piąstkę i walnęłaś mnie w klatkę piersiową. Aż zadudniło. Przytrzymałem twoją pięść. Chciałaś ją wyrwać. Była jak ptaszek, próbujący zerwać się do lotu. Bólu nie czułem. Nie przy tobie.&lt;br /&gt;   - Chodź, no chodź, ptaszku - powiedziałem. Dostrzegłem w twoich oczach strach. Pewnie dlatego, że mój głos stał się nagle bardzo spokojny. Naprawdę myślałaś, że ci oddam? Miałaś rację.&lt;br /&gt;   Przyciągnąłem cię i objąłem jedną ręką. Drugą sięgnąłem po słuchawkę prysznica. Odkręciłem wodę. Skierowałem strumień prysznica na ciebie. Zimna woda błyskawicznie zmoczyła twoje włosy i ubranie. Krzyknęłaś zdumiona i wyrwałaś mi się. Po chwili wszystko było mokre. Ty, ja i cała łazienka.&lt;br /&gt;   Stałaś z zaciśniętymi pięściami. Mięśnie miałaś napięte, głowę pochyloną. Twoja twarz pobladła. Mokre włosy miały czarny kolor. Sukienka przylgnęła do ciała. Strumyki wody spływały po nogach.&lt;br /&gt;   Woda z prysznica lała się nadal.&lt;br /&gt;   Podeszłaś tak blisko, że czułem twoje ciało przez mokry materiał. Uniosłem słuchawkę prysznicową. Teraz woda spływała po nas obojgu. Chłód koił wszystkie emocje, które tyle czasu się we mnie zbierały.&lt;br /&gt;   - Jeśli chcesz, zostań na noc.&lt;br /&gt;   Poczułem skurcz twoich mięśni. Zorientowałem się za późno. Twoja pięść wylądowała na mojej szczęce. Tym razem bolało. Zakręciło mi się w głowie. Wybiegłaś z łazienki. Usłyszałem trzask drzwi. Wyszłaś. Zostawiłaś mnie.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Tak słucham?&lt;br /&gt;   - Kochasz mnie jeszcze?&lt;br /&gt;   - Gdybym mógł cię nie kochać...&lt;br /&gt;   - Co robisz?&lt;br /&gt;   - Właśnie leżałem z kompresem na szczęce. Dlaczego mnie uderzyłaś?&lt;br /&gt;   - Bo zasłużyłeś. Byłeś niegrzeczny. Zmoczyłeś mi sukienkę.&lt;br /&gt;   - Ale przyjdziesz?&lt;br /&gt;   - Przyjdę.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   - Nie uważasz, że to jest nienormalne? - spytałem. Leżałaś na mojej kanapie. Jedna noga prawie dotykała podłogi, drugą zarzuciłaś na oparcie. Wyglądałaś jak cholernie znudzona księżniczka. Sukienka odsłoniła trochę za dużo. Nie zwróciłem ci uwagi. I tak doskonale o tym wiedziałaś.&lt;br /&gt;   - Co? - spytałaś po chwili. To przez upał. Wolno się myśli.&lt;br /&gt;   - To wszystko. Nasza miłość.&lt;br /&gt;   - Nigdy wcześniej się nie zakochałeś? Nie miałeś dziewczyny?&lt;br /&gt;   Podałem ci szklankę z zimnym sokiem. Naczynie pokrywały kropelki wody.&lt;br /&gt;   - Nigdy - odparłem. - Jesteś pierwszą kobietą, która tyle dla mnie znaczy.&lt;br /&gt;   Odstawiłaś szklankę na podłogę. Usiadłem obok ciebie. Wziąłem twoją dłoń w swoje ręce. Była chłodna od szklanki. Odrobinę wilgotna. Przyłożyłem ją do swojego policzka. Do ust.&lt;br /&gt;   - Ja też nigdy nikogo nie miałam. Więc skąd możemy wiedzieć, czy to jest normalne czy nie?&lt;br /&gt;   - Przecież wiesz o czym mówię! - podniosłem nieco głos. - Chodzi mi o nasz wiek. Twoim rodzicom chyba by się nie podobało to, że masz prawie czterdziestoletniego faceta. -Zorientowałem się, że za mocno ścisnąłem twoją dłoń. Nie zareagowałaś. Sprawiało ci to przyjemność. Widziałem to w twoich oczach.&lt;br /&gt;   - Powiem im. Zobaczymy co się stanie.&lt;br /&gt;   - Zobaczymy co się stanie?! Dobrze wiem, co się stanie! Twój tatuś mnie odwiedzi i uświadomi!&lt;br /&gt;   - Jesteś przewrażliwiony - odpowiedziałaś bez zastanowienia. Szybko. Automatycznie. Zabrałaś dłoń. Podniosłaś się, poprawiłaś sukienkę.&lt;br /&gt;   - Zgadzam się z tobą - powiedziałem. - To dlatego, że czuję się nie w porządku wobec ciebie. Może wyrządzam ci teraz krzywdę? Nie mogę sobie wyobrazić co dalej. Zobaczysz, pewnego dnia twoi rodzice się dowiedzą, a wtedy... koniec. Pewnie się wyprowadzicie. A na pożegnanie dostanę w twarz.&lt;br /&gt;   Spojrzałaś na mnie tak, jakbyś to ty była starsza.&lt;br /&gt;   - Też trudno mi sobie poradzić - powiedziałaś. - Muszę się ciągle kontrolować. Żeby mi się nie wypsnęło. Muszę okłamywać rodziców, a wcale tego nie chcę. Źle się przez to czuję. Chciałabym, żeby wszystko było proste. Dlatego trzeba coś postanowić. Właśnie teraz. Wyjedźmy.&lt;br /&gt;   - Myślisz, że to dla mnie łatwe? Wyjechać, wyprowadzić się... Przecież twoi rodzice szału by dostali! Szukaliby ciebie. - Tłumaczyłem się niczym dzieciak!&lt;br /&gt;   - To nie jest łatwe, dlatego musimy to zrobić - odpowiedziałaś twardo. Jak dorosła kobieta. Jak kobieta, która wie, czego chce.&lt;br /&gt;   - Słuchaj, życie to nie film. A jeśli już, to na pewno nie jest komedią z happy endem. Czasem trzeba się ocknąć i uświadomić sobie, że miłość i niektóre zakochania są zupełnie niepotrzebne. - Słowa, które wypowiedziałem raniły i mnie, i ciebie.&lt;br /&gt;   - Nasza miłość jest potrzebna. Tobie i mnie. Bez niej umrę, a ty zwariujesz do reszty.&lt;br /&gt;    "Jak ja cię kocham..." - pomyślałem. "Uwielbiam. Co mi odbiło? To przez to, że kobiety ze mną nie rozmawiały. I gdy ty zawróciłaś mi w głowie - oszalałem na twoim punkcie.&lt;br /&gt;   - Chodzi mi o to, że dla ludzi to może źle wyglądać - powiedziałem. - Nie chcę iść za kraty albo żeby mnie palcem wytykali...&lt;br /&gt;   - Wobec tego co robimy? - Dostrzegłem w twoich oczach łzy. Zamrugałaś oczami i łzy znikły. Widziałem, że jesteś na krawędzi.&lt;br /&gt;   - Nic - odparłem. - Niech będzie tak jak do tej pory. Bo inaczej oszaleję i wyskoczę przez okno.&lt;br /&gt;   - Muszę już wracać.&lt;br /&gt;   - Poczekaj. Chcę żebyś wiedziała, że nie chcę cię zranić. Jeśli nieświadomie zrobię albo powiem coś, co cię urazi, uderz mnie w twarz. W każdej chwili możesz mnie zostawić. Jeśli tylko będziesz miała mnie dość. Kochana.&lt;br /&gt;   - Doceniam twoją troskę. Ale możesz być pewny, że tak szybko z ciebie nie zrezygnuję. Wiem, że nasza sytuacja jest niezręczna i się boisz. Ja też się boję. Nie chcę żebyś wyszedł na podrywacza dziewczynek. Boli mnie to, że ty możesz najbardziej ucierpieć na tym wszystkim. Muszę lecieć.&lt;br /&gt;   - Na razie.&lt;br /&gt;   - Pa.&lt;br /&gt;   Miałaś wyjść, ale zawróciłaś. Zarzuciłaś mi ręce na szyję. Pocałowałaś w usta. Był to rozpaczliwy pocałunek pełen pasji i żaru. Skąd to w tobie? Twoje usta drżały, po policzkach spłynęły łzy. Już ich nie powstrzymywałaś. Dotknąłem twoich pleców. Stop. STOP. Przed oczami stanęli mi obcy ludzie. Patrzyli na mnie z pogardą. Chryste! Ja naprawdę jestem tchórzem.&lt;br /&gt;   - No, ruszaj do domu...&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Stałaś w strugach deszczu. Woda zmywa, woda uspokaja. Wybacza? Daje wolność.&lt;br /&gt;   Obserwowałem cię przez okno. Zza zasłony. Ty wpatrywałaś się we mnie. Chociaż mnie nie dostrzegałaś, wiedziałaś, że tam jestem. I że patrzę na ciebie. Płakałaś? Trudno powiedzieć. Może to tylko krople deszczu spływały po twych policzkach.&lt;br /&gt;   W taką noc trudno zasnąć. Dźwięk deszczu i duszne powietrze budzą niepokoje w umyśle. Może też powinienem wyjść?&lt;br /&gt;   Tak cię zapamiętam na zawsze. W strugach deszczu.&lt;br /&gt;   ***&lt;br /&gt;   Boję się pożegnań.&lt;br /&gt;   Nie napiszę listu, nie powiem do widzenia. Nie zostawię ci nic po sobie. Nigdy nie dowiesz się, jak za tobą szalałem. Nigdy nie dowiesz się, jak bardzo to szaleństwo stało się rozległe. I niebezpieczne.&lt;br /&gt;   Dla ciebie mógłbym oddać swoje życie. Mógłbym... Ale jednak tego nie robię. Coś powstrzymuje falę moich uczuć. Tama. Rujnująca mnie myśl. Wszystko się chwieje. Zaczyna się sypać. Rzeczywistość zmienia się z sekundy na sekundę. Niczego nie jestem pewien. Stajesz się moją obsesją. Moją chorobą i zagładą. Dlatego odchodzę. Jestem tchórzem. Wiem. Ta świadomość sprawia, że ciężko mi oddychać. Moje dłonie nie należą do mnie.&lt;br /&gt;   Pakuję saksofon do futerału. Ubrania starannie układam w walizkach.&lt;br /&gt;   Ból jest tak wielki, że trudno jest mi stać. Czuję zmęczenie i pomieszanie. Chcę spać.&lt;br /&gt;   Tak, chciałem żebyś to ty odeszła. Wtedy to ty byłabyś winna. Mógłbym wyładować się na tobie. Ale to ja okazałem się tchórzem!&lt;br /&gt;   A może wręcz przeciwnie? Może cię ratuję? Wspaniała myśl. Mydlę sobie oczy. To nieprawda. Niszczę twoje delikatne serce. Wycinam fragment twojej duszy, jak kawałek tortu. Nigdy już nie będziesz taka sama. Nigdy nie będziesz osobą, którą poznałem. Mimo to, moja miłość nie wygaśnie.&lt;br /&gt;   Trąbi auto. To taksówka, którą przed chwilą zamówiłem. Wychylam się przez okno. Daję znać kierowcy, że już schodzę. Zakładam plecak, w ręce biorę walizki i futerał z saksofonem. Rozglądam się po pokoju. Pusto. Wcześniej pozbyłem się niepotrzebnych rzeczy. Sprzedałem, oddałem. Nie chciałem obciążać się niepotrzebnym balastem. Nie wiem ile będzie trwała moja podróż. Nie wiem, gdzie się zakończy. Ale tutaj na pewno już nie wrócę.&lt;br /&gt;   Ostatni raz zamykam drzwi, ostatni raz schodzę po wytartych stopniach.&lt;br /&gt;   Taksówkarz wychodzi mi na spotkanie. Bierze ode mnie walizkę. Pakuje cały mój dobytek do bagażnika. Spoglądam na okno mojego mieszkania. Do widzenia. Tyle razy przez nie wyglądałem. Zerkam na twoje okno.&lt;br /&gt;   - Gdzie jedziemy? - pyta taksówkarz.&lt;br /&gt;   - Na lotnisko - mówię. Wsiadam do auta.&lt;br /&gt;   Ruszamy. Taksówkarz rozprawia o pogodzie i swojej pracy. Zasypuje mnie anegdotkami ze swojego życia. Słucham go, ale informacje do mnie nie docierają. Obserwuję uważnie okolicę. Moją okolicę. Bardzo mi bliską. Nie wiedziałem, że tak bardzo przywiązałem się do tego miejsca. Polubiłem je? A może przywykłem? Staram się zapamiętać wszystko ze szczegółami. Jaki to ma sens?&lt;br /&gt;   Mijamy piekarnię, kiosk, drzewa, ławki. Wszystko co prawie codziennie mijałem, zostaje za mną.&lt;br /&gt;   Wreszcie wyjeżdżamy na główną ulicę. Taksówka pędzi, ale nie przeszkadza mi to. Im szybciej tym lepiej. Im dalej...&lt;br /&gt;   - Jesteśmy - mówi taksówkarz. Wyrwany z zamyślenia przez kilka sekund dochodzę do siebie. Zerkam na licznik i płacę kierowcy.&lt;br /&gt;   - Reszta dla pana.&lt;br /&gt;   Taksówkarz pomaga mi wypakować bagaże.&lt;br /&gt;   - Dziękuję za pomoc. Do widzenia!&lt;br /&gt;   - Eeee... A jeszcze pasażerka.&lt;br /&gt;   Staję jak wryty. Zauważam jakiś ruch na tylnym siedzeniu. Spod leżącego na nim koca wyłania się jakaś postać. Otwierają się drzwi. Wychodzisz z samochodu. Kierowca siada za kierownicą. Odjeżdża.&lt;br /&gt;   - Co ty tu robisz?&lt;br /&gt;   - Kocham cię.&lt;br /&gt;   - Ale...&lt;br /&gt;   - Gdy zobaczyłam taksówkę po domem i ciebie w oknie od razu wiedziałam, ze wyjeżdżasz. Wzięłam kilka rzeczy, wsiadłam do taksówki. Powiedziałam, że tata zaraz będzie, a ja się w tym czasie zdrzemnę i...&lt;br /&gt;   - Rozumiesz, że powrotu nie będzie?&lt;br /&gt;   - Rozumiem i... cieszę się.&lt;br /&gt;   - Daj mi rękę. Córko.&lt;br /&gt;   Roześmiałaś się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;    2007-05-29&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-5314314768870363446?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/5314314768870363446/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/to-nie-byo-atwe.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5314314768870363446'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/5314314768870363446'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/to-nie-byo-atwe.html' title='W strugach deszczu'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZlf9PekHI/AAAAAAAAFEo/97Oyu_xuf0I/s72-c/w.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-4550177781022943630.post-510574012729425174</id><published>2009-08-02T21:14:00.000-07:00</published><updated>2009-08-02T21:18:29.655-07:00</updated><title type='text'>Zimne ręce</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZk699wpKI/AAAAAAAAFEg/a2OTyrrNfxg/s1600-h/zimne.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 80px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZk699wpKI/AAAAAAAAFEg/a2OTyrrNfxg/s320/zimne.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5365586970287318178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;   Otacza mnie chłód. Nie przebiję się.&lt;br /&gt;    Rozmowy są krótkie. Nie podajemy rąk. Nie spoglądamy długo w oczy. Nic nie dostałam. On nie dostał nic ode mnie. Najbliższa odległość między nami to szesnaście centymetrów. Zbliżenie trwa pół sekundy. Spotykamy się na mieście. Teren neutralny. Rozmowy dotyczą pogody i śmierci sławnych ludzi.&lt;br /&gt;    Nie potrafię powiedzieć kim dla mnie jest. Słowa są ciężkie. Lubię gdy inni rozumieją mnie bez słów. Takich ludzi jest mało. Taki człowiek jest jeden. Nie myśleć.&lt;br /&gt;    Moje ręce są zawsze zimne. Nie przeszkadza mi to. To nie boli. Gdy nie myślę.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Spotykamy się co tydzień. Rozmowy trwają około pięciu minut.&lt;br /&gt;    Zaciska usta. Powstrzymuje uśmiech. Dotyka policzka dłonią. Policzek jest zimny. Dłoń też. Pod szarym płaszczem kryje skrawek tęczy. Zielone falbanki chcą wolności.&lt;br /&gt;    Jej zapach sprawia, że beton pod stopami mięknie.&lt;br /&gt;    Wycieczka w zatłoczonym autobusie bardzo zbliża. Okna zaparowane. Dotykam dłonią szyby. Zostawiam ślad.&lt;br /&gt;    Na dworze pada deszcz. Wiatr zrywa ostatnie liście. Kolorowe szaliki giną między blokami. Jej usta są czerwone. Chcę czuć jak jej serce bije przy moim uchu. Autobus zagłusza oddechy.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Wysiadamy z autobusu. Kierujemy się w stronę parku.&lt;br /&gt;    Moją sukienkę szarpie wiatr. Chmury kradną słoneczne ciepło. Zgubione rękawiczki leżą na chodnikach. Są mokre. Nikt ich nie chce. Chłód głaszcze kolana. Nie boję się go. Ręce szukają czegoś w kieszeniach. Kieszenie są puste.&lt;br /&gt;    Asfaltowe uliczki parku przykrywa koc mokrych liści. W kałużach odbijają się nagie gałęzie. Wyglądają jak dłonie szukające ciepła. Szukające rękawiczek.&lt;br /&gt;    - Zapomniałaś? - pyta.  &lt;br /&gt;    - Tak, zostawiłam w autobusie - odpowiadam.  &lt;br /&gt;    - Proszę. - Podaje mi parę czarnych, skórzanych rękawiczek. - Weź moje.  &lt;br /&gt;    Cztery miesiące znajomości. Nie liczę spotkań. Nie chcę jego rękawiczek. Byłyby dla mnie za ciężkie.  &lt;br /&gt;    - Przepraszam. - Chowa rękawiczki do kieszeni. Patrzy w kałużę. W brudnej wodzie pływa liść.  &lt;br /&gt;    Spoglądam na czubki swoich butów.  &lt;br /&gt;    - Przejdziemy się po parku? - proponuje.  &lt;br /&gt;    Idziemy wolno. Odległość między nami wynosi czterdzieści centymetrów. Zmniejsza się do trzydziestu. Lub zwiększa do pół metra.&lt;br /&gt;    ***&lt;br /&gt;    Patrzę na jarzębinę. Chcę ją zerwać. Patrzę na jej biodra. Obiecują mi, że nie ma nikogo innego. Mijają nas ślepi zakochani. Trzymają się za ręce. Międlą się zabierając sobie wolność. Siadamy na ławce na przeciwko fontanny. Zakłada nogę na nogę. Stajemy się szarymi pomnikami. Siedzimy na ławce bez ruchu. Przegania nas zimno. Patrzę jak odchodzi. Myślę o następnym spotkaniu. O tym jaki kolor tęczy wybierze.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Słońce zasypia. Króluje miękki mrok. Ludzie pędzą.&lt;br /&gt;    Czekam na przystanku. Powtarzam to, co mam mu powiedzieć.&lt;br /&gt;    Podjeżdża autobus. Widzę go w oknie. Wysiada. Spoglądam na zegarek. Minuta spóźnienia. Przeprasza mnie spojrzeniem. Ruszamy na spacer. Zagłębiamy się między ostre budowle. Mijamy sklepowe wystawy. Są jasne. Rażą oczy. Przystajemy przy kwiaciarni. Patrzymy na kolorowe kwiaty. Tulipany, róże, irysy. Za szybami. Szyby z lodu. Nie lubię ciętych kwiatów. Cięte kwiaty to moje odcięte palce.&lt;br /&gt;    Ruszamy dalej. Czas płynie wolniej.  &lt;br /&gt;    Mija pół godziny. Żegnamy się i rozchodzimy. W naszych myślach spacer nadal trwa. W myślach zaczynamy rozmawiać. Wylewamy na siebie ból. Znikają zegarki. Deszcz staje się ciepły. Słońce wybucha w centrum miasta.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Zima. Liście przysypuje śnieg. Mróz dotyka policzków. Wiatr zmienia się w kąsającego węża. Słońce żegna się ze mną na długo. Kupuję rękawiczki dla niej. Czerwone, ze skóry. Dotykam ich. Jej dłonie w czerwieni. Dotykam rękawiczek ustami. Wciągam powietrze. Pachną skórą. Zostawiam je w autobusie.&lt;br /&gt;    - Rękawiczki! Zostawił pan rękawiczki! - ktoś woła.&lt;br /&gt;    Może znajdzie je ONA.  &lt;br /&gt;    Nasze spotkania stają się bolesne. Uśmiecham się. Milczę. Patrzę na jej ręce. Są suche. Zaczerwienione. Nie chowa ich do kieszeni. Dlaczego? Co czuje?&lt;br /&gt;    - Kochanie... dlaczego nie schowasz rąk do kieszeni? - pytam i wyciągam do niej dłoń. Pięć centymetrów bywa ogromnym bólem  &lt;br /&gt;    - Chcę więcej czuć - odpowiada. Cofa rękę. - Gdybym miała rękawiczki nie czułabym zimna.  &lt;br /&gt;    - Nie lepiej czuć ciepło zamiast zimna? - pytam.  &lt;br /&gt;    - Ciepła nie ma - odpowiada.  &lt;br /&gt;    - Nie mogę patrzeć jak marzniesz. - Spoglądamy sobie w oczy. Jej oczy. Włosy. Palce. Stopy. Plecy. Nogi. Rozbiegany wzrok. Nie-chcę-nie-chcę-nie-chcę-nie-chcę cię stracić. Ale tracę.&lt;br /&gt;    Patrzę w śnieg pod moimi stopami. Wokół nas świat wariuje i spada na głowę. Przewala się jak pijak. Moczy spodnie.  &lt;br /&gt;    - Lubię te nasze spacery - mówi.  &lt;br /&gt;    Jej dłonie są splecione. Silne i smukłe dłonie. Długie palce z krótkimi paznokciami. Nie maluje ich. Rzadko używa kremu.  &lt;br /&gt;    - Czy możesz przez chwilę się nie ruszać? - pytam. Patrzy na mnie zdziwiona. Marszczy brwi. Otwiera i zamyka usta. Splata mocniej dłonie.&lt;br /&gt;    - Dobrze.  &lt;br /&gt;    Pochylam się i zbliżam usta do jej dłoni. Dwa centymetry. Wciągam powietrze. Wydycham obłoczek pary na jej palce. Podnoszę głowę. Patrzę na jej twarz.&lt;br /&gt;    - Co czułaś?  &lt;br /&gt;    - Nic.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Zima jest słodka. Lody z czekoladową posypką. Można opatulić się w kurtkę, owinąć się szalikiem, zasłonić włosy czapką. Można przemierzać miasto jako anonim. Jako mumia. Patrzeć na ludzi, którzy nie zwracają na nic uwagi. Tylko na zimno, które traktują jak wroga.&lt;br /&gt;    Czuję się bezpiecznie, gdy ściskam coś w rękach.  &lt;br /&gt;    Zmarznięty beton wydaje się taki twardy.  &lt;br /&gt;    Spotykamy się na przystanku. Uśmiecha się. Ja też.  &lt;br /&gt;    - Pomyślałam, że moglibyśmy pójść do kina - proponuję.  &lt;br /&gt;    - Ponad dwie godziny ze sobą to bardzo dużo. Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - pyta.  &lt;br /&gt;    - W takim razie przejdźmy się do naszego parku - mówię. - Zobaczymy co się zmieniło.&lt;br /&gt;    Idziemy w milczeniu. Patrzę na brudne gołębie. Drepczą w kółko. Pewnie chcą się ogrzać. Ławki są zimne. Przykryte lodową skorupą. Nasze spotkania męczą mnie. Nie cieszę się tak jak wcześniej. Obawiam się, oceniam i za dużo myślę. Nie ma spokoju. Coś się burzy. Może to przez zimno? Mróz chce nas uziemić. Chce zabić nasze uczucie, do którego się nie przyznajemy. Jest za duże. A my za mali. Mamy małe serca, małe ręce i małe dusze. Gdy coś mnie przytłacza, zwykle od tego uciekam. On mnie przygniata. Za późno i za wcześnie się orientuję. Będę tęsknić za jego głosem. Lubię ludzi, którzy mówią wyraźnie. Każde słowo, które wymawiał było doskonałe. Słowa, które wypowiadał były fragmentami jego duszy. Doskonałej, małej duszy zgniecionej przez kloc uczucia.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Ona nie da mi nigdy swojej dłoni, ja nie dam jej nigdy ciepła. Lawa kwitnie w moim sercu kolczastą różą. Nikomu nie jest potrzebna. Chcę ją ugasić. Jest zbyt silna. Nie pozwala mi się uwolnić.&lt;br /&gt;    Ograniczony czas, ograniczone miejsce, wyliczone odległości. Zimno sprawia, że oddechy są widoczne. Mój oddech łączy się z jej oddechem. Jej policzki są blade, usta wyblakłe. Oczy zaczerwienione. Pochylam się i całuję jej dłoń. Odwracam się i odchodzę.&lt;br /&gt;    Rzeczywistość staje się rybą wyrzuconą na brzeg. Wije się i wali ogonem w ziemię. Otwiera pyszczek i zamyka. Otwiera i zamyka. Otwiera-zamyka. Błaga. Zdycha. Idę. Samotny spacer nie jest spacerem. Jest przemieszczaniem się ciała. Zimno wbija się kawałem szkła między poły płaszcza. Rozwiewa moją szarą osłonę. Chce mnie złamać. Śnieg razi oczy. Uciekam przed tym czego nie mogę zmierzyć, objąć ramionami. Znowu rozlewa się we mnie ból. Zostanie sama. Zostanę sam.&lt;br /&gt;    ***&lt;br /&gt;    Chcę przypomnieć sobie, co czułam. Co robiłam z rękoma, gdy na mnie patrzył. Czy się uśmiechałam? Czy się uśmiechał? Jak się uśmiechał? Jak wyglądał? Co mówił? Czy spuszczałam wzrok?&lt;br /&gt;    Siedzę w kawiarni. Oglądam gazetę. Szybko przekręcam strony. Wyłapuję tylko zdjęcia. Obok gazety stoi filiżanka herbaty. Zimna. Tak jak moje palce. Zostawiam gazetę i nietkniętą filiżankę. Wychodzę. Zmierzam w kierunku stacji metra. Stacja wita mnie suchym powiewem. Pisk pociągu. Ludzie biegną, ja idę. Metro odjeżdża. Czekam na następne. Patrzę na tory. Pocą mi się dłonie. Chcę odwrócić wzrok, ale czerń przyciąga moje oczy. Pojawiają się światła. Nadjeżdża kolejny pociąg. Pisk i duszny powiew. Wsiadam. Zajmuję miejsce przy drzwiach.&lt;br /&gt;    Metro - laboratorium. Badam ludzi licząc ich zmarszczki, oceniając obuwie.  &lt;br /&gt;    Obok mnie siada mężczyzna. Jest za blisko. Odległość wynosi zero centymetrów. Nasze kolana dotykają się. Chcę spojrzeć na nieznajomego, poddać go badaniom. To niemożliwe.&lt;br /&gt;    Nie pamiętam stacji, na której mam wysiąść. (potrzask) Nie potrafię się szarpać. (ciasno) Nie potrafię sprawić sobie bólu. (panika) Odgryźć uwięzionej nogi jak przerażony wilk. Nie potrafię uciec. (chłód) Spoglądam na pasażera kątem oka. (śmierć) Nasze oczy spotkają się na zbyt długo. (muchy) Dojeżdżamy do ostatniej stacji.&lt;br /&gt;    - Wierzy pani w przeznaczenie? - odzywa się. Jego głos jest szeptem.&lt;br /&gt;    - Oczywiście, że nie - odpowiadam.&lt;br /&gt;    - Ja też nie. Najgłupsza rzecz na świecie. Ja nawet tego słowa nie znoszę.&lt;br /&gt;    Nieznajomy wstaje. Ja również. Wysiadamy z metra. Stacja jest pusta.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Kawiarnia. Drewniane stoliki. Białe serwety, plastikowe serwetniki. Dzwoneczek przy drzwiach odzywa się, gdy ktoś wchodzi do środka. W rogu, na wysokiej półce stoi telewizor. Trwa program o ciepłych krajach: "Nie ma słońca, ogrzewanie szwankuje, chłopak cię zostawił? A co powiesz na mały wypad tam, gdzie zawsze jest ciepło?". Czytam gazetę. Ludzi jest mało. Filiżanka z kawą parzy. Nie znoszę smaku kawy. Rozlewa się w ustach jak błoto.&lt;br /&gt;    Błoto odwraca moją uwagę od niej. Od rękawiczek. Centymetrów. Liści, wiatru, błyszczących kasztanów, płatków śniegu na jej płaszczu. Płatków śniegu na jej rzęsach. Suchych dłoni. (gdzie jest co robi z kim się spotyka ile czasu się nie widzieliśmy czy jest jej zimno na pewno jest jej zimno zawsze jest jej zimno przecież nie ma rękawiczek śpi a może czyta co czyta książkę z biblioteki czy gazetę leży już w łóżku czy siedzi przy kuchennym stole przy otwartym oknie aby mogła czuć zimę nie nie nie nie nie nie jest w domu jest na mieście nie bój się zaraz przyjdę do ciebie chodźmy razem)&lt;br /&gt;    Wlewam w siebie resztkę kawy. Zakładam płaszcz. Wychodzę z kawiarni. Witają mnie latarnie. Księżyc jest rogalikiem. Idę.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Wsiadamy do metra w przeciwnym kierunku. Zajmujemy miejsca koło siebie.&lt;br /&gt;    - A w co pani wierzy? - odzywa się gdy metro rusza. Patrzę w okno. Ciemność.&lt;br /&gt;    Strach wlewa się do głowy. Płynie żyłami. Zgniata żołądek.  &lt;br /&gt;    Metro zatrzymuje się. Zrywam się w ostatniej chwili i wybiegam na peron. Nieznajomy biegnie za mną, ale drzwi w ostatniej chwili więżą go w pociągu. Teraz on jest zwierzątkiem. Jego twarz zmienia się. Odwracam głowę. Wybiegam z podziemi. Poraża mnie chłód i przestrzeń.&lt;br /&gt;    ***  &lt;br /&gt;    Idę w kierunku stacji metra. Widzę szarą figurkę. Figurka nie porusza się. Tylko jej płaszcz szarpie wiatr. Figurkę oświetla sztuczne światło. Podchodzę. Jej policzki są mokre. Dłonie drżą. Zdejmuję swój płaszcz. Zarzucam na jej ramiona. Mi nigdy nie jest zimno.&lt;br /&gt;    2006-02-27&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/4550177781022943630-510574012729425174?l=opowiadaniamarty.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/feeds/510574012729425174/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/zimne-rece.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/510574012729425174'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/4550177781022943630/posts/default/510574012729425174'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://opowiadaniamarty.blogspot.com/2009/08/zimne-rece.html' title='Zimne ręce'/><author><name>Marta Nieznayu</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10215695774535141477</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZjhcH6s0I/AAAAAAAAFD8/LAfsGTHL3XA/S220/martek.JPG'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_h_keSnKW0VM/SnZk699wpKI/AAAAAAAAFEg/a2OTyrrNfxg/s72-c/zimne.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
